Sieć zniewolenia

Internet przestał być wolnym medium, a przeistoczył się w narzędzie, za pomocą którego rządy mogą dokładniej niż kiedykolwiek kontrolować obywateli. Masowej inwigilacji nie trzeba już nawet uzasadniać walką z terroryzmem

Na polecenie George’a W. Busha mająca się zajmować wywiadem elektronicznym National Security Agency (NSA) szpiegowała obywateli USA, monitorując m.in. ich aktywność internetową. Ponieważ jest to sprzeczne z amerykańską konstytucją, prezydent Bush ma okazję być pierwszą głową państwa usuniętą z urzędu (impeachment) z powodu nadużyć popełnionych w Internecie. Jeśli ktoś myśli, że stanowi to dowód, jak bardzo Sieć stała się fundamentem swobód obywatelskich, to niestety bardzo się myli. Prezydent USA płaci tylko za staromodne i nieeleganckie wykorzystanie instytucji państwowych do inwigilacji. Tymczasem modne jest szpiegowanie obywateli za pomocą firm komercyjnych. Co więcej – szpiegowanie za pomocą portali, wyszukiwarek czy providerów nie tylko nie grozi sankcjami prawnymi, ale na dobrą sprawę wydaje się nie spotykać nawet ze społecznym potępieniem.

Płaćmy szpiegom

Jednym z najdonioślejszych, choć równocześnie niemal całkowicie niezauważonych odkryć zeszłego roku był pomysł sprawnego finansowo modelu Orwellowskiego Wielkiego Brata. Państwa policyjne były do tej pory bardzo kosztowne, bo masowe śledzenie obywateli wymagało armii szpiegów. Rewolucja informatyczna niewiele tu dotąd zmieniła, ponieważ infrastruktura gromadząca wszelkie dane nawet po skomputeryzowaniu pozostawała droga, a do tego nad analizą informacji nadal ślęczała armia urzędników opłacanych z państwowej kasy.

Impas przezwyciężyli pomysłowi chińscy komuniści, którzy zlecili szpiegowanie swoich obywateli zachodnim firmom. Nie kosztowało ich to dużo, bo płacili… dostępem do swojego rynku. Układ wygląda więc tak: „możesz robić u nas interesy, jeśli równocześnie będziesz wykonywał robotę szpicla”.

Nie tylko w USA

Na lokalną – np. rosyjską, ale nie tylko – skalę realizacja tego modelu finansowania wygląda tak, że firmy internetowe muszą fundować specsłużbom infrastrukturę potrzebną do monitorowania ruchu. Oczywiście ostatecznie koszty przerzucane są na klientów-internautów.

Jest to absolutnie genialny pomysł, abyśmy korzystając z portali, sklepów online i wyszukiwarek, sami płacili za to, że będziemy szpiegowani. Człowiek, który to wymyślił, zasługuje na Nobla z ekonomii (choć oczywiście wszyscy zainteresowani będą woleli zachować tu skromną anonimowość).

Chiński wzór

Tych obywateli Państwa Środka, którym zamarzyła się demokracja, w karbach trzymają technologie cenzorskie (tzw. Wielki Firewall), opracowane m.in. przez Cisco, a znane amerykańskie portale z Yahoo! i Google’em (pamięta tam ktoś jeszcze hasło „Don’t be evil!”?) na czele starannie selekcjonują informacje udostępniane Chińczykom. Chińska edycja microsoftowego serwisu MSN nie pozwala w blogach użyć m.in. słów „wolność”, „demokracja” i „prawa człowieka”. Ostatnio na tym polu szczególnie wykazało się Yahoo!. Ten portal pomógł chińskim władzom wyśledzić opozycyjnego dziennikarza Shi Tao, który przesłał do nowojorskiego serwisu informacje o przepisach cenzorskich. Dziennikarz siedzi, ale z pewnością byłoby mu miło, gdyby wiedział, że jego poświęcenie podniosło kurs akcji Yahoo! i zapewniło temu serwisowi świetne perspektywy rozwoju w jego ojczyźnie.

Lekarstwo gorsze od choroby

Obserwując zapał, z jakim koncerny z państw demokratycznych pomagają tłumić przejawy wolności w krajach totalitarnych, trudno się oprzeć przed przywołaniem bon motu Lenina, który prorokował, że „kapitaliści sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”. Konkluzja, że pieniądze nie śmierdzą, a ideałami nie można się najeść, byłaby jednak banalna i niewarta zaczerniania papieru. Znacznie istotniejsze jest uświadomienie sobie faktu, że Internet przestał być hippisowską idyllą. Wypracowane w Chinach narzędzia i metody przenoszone są na zachodni grunt. America Online, MSN i Yahoo! udostępniają amerykańskiej administracji dane o zapytaniach kierowanych do wyszukiwarek przez internautów (patrz: „$(LC166466:Kogo chroni Google?)$”). Podobno Biały Dom potrzebuje tych informacji do walki z… pornografią. Jak się okazuje, już nawet nie trzeba straszyć islamskim terroryzmem, żeby dobrać się do komputerów obywateli. Zagrożenie – przepraszam za wyrażenie – widokiem gołej dupy jest wystarczającym uzasadnieniem.

Nie znaczy to oczywiście, że terroryzm przestał być wygodnym usprawiedliwieniem dla ograniczania swobody wypowiedzi, tajemnicy korespondencji i tępienia innych liberalnych mrzonek. Dla zachowania wartości świata Zachodu, oprócz przeciwdziałania ekstremizmom, należałoby zacząć walczyć z antyterroryzmem, rozumianym jako trzymanie obywateli na krótkiej smyczy dla ich własnego dobra.

Lepiej offline

Paradoksalne w tym kontekście staje się to, że dzisiaj dostępność Internetu jest jednym z wyznaczników wolności obywatelskich i poziomu rozwoju demokracji. W ciągu kilku lat to się zmieni i to w krajach bez sieciowej infrastruktury obywatele będą mogli mieć nadzieję na zachowanie prywatności. Rok 2005 jest granicą, za którą Sieć z gigantycznego Hyde Parku przeistoczyła się w Wielkiego Brata, spisującego czyny i rozmowy, a następnie sprawnie wyszukującego mniej lub bardziej podejrzane treści za pomocą najnowszych komercyjnych technologii informatycznych.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.