Szukaj i zarabiaj

Bill Gates zapowiada, że będzie dzielił się z internautami zyskami z reklam publikowanych w serwisie MSN. Czy jest to tylko chwyt marketingowy giganta z Redmond, który czuje na karku oddech Google'a?

W 2004 roku na reklamę w wyszukiwarkach wydano prawie cztery miliardy USD, co stanowi już dziewiątą część pieniędzy przeznaczanych rocznie na telewizyjne spoty. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią też, że tendencja wzrostowa się utrzyma. Nie dziwi więc fakt, że Bill Gates zabrał się do obliczeń. Oszacował on, że dzięki wpływom z reklamy (które są oczywiście uzależnione od liczby osób odwiedzających daną witrynę) Google na jednym użytkowniku zarabia około 50 dolarów rocznie. „Firma ta uważa, że nie ma żadnej konkurencji, dlatego też nie dzieli się tymi pieniędzmi z internautami” – stwierdził właściciel Microsoftu w wywiadzie dla serwisu Computing.co.uk. Co więcej, Gates nie ograniczył się do moralnej oceny konkurenta. Zapowiedział, że jego firma już w przyszłym roku rozpocznie pracę nad mechanizmami, które umożliwią płacenie internautom za korzystanie z wyszukiwarki MSN. W ten sposób Microsoft stawi czoła sieciowemu potentatowi.

Jak to będzie wyglądało, na razie nie wiadomo. Można przypuszczać, że chodzi o tzw. mikropłatności. Przy każdym skorzystaniu z wyszukiwarki system naliczałby internaucie drobne sumy, zapewne dziesiąte części centa. Byłyby one na bieżąco gromadzone na specjalnych kontach i – z chwilą osiągnięcia wyznaczonej kwoty – wypłacane.

Było, minęło

Wbrew pozorom pomysł nie jest ani nowy, ani rewolucyjny. Za przykład takiego przedsięwzięcia można uznać wyszukiwarkę SearchCactus, która oferuje swoim użytkownikom pieniądze nie tylko za wyszukiwanie, ale nawet za samą rejestrację (w USA i Kanadzie). Jeszcze inny pomysł mieli twórcy firmy Spedia, którzy chcieli płacić za to, że ktoś będzie oglądał reklamy umieszczane na ich stronach. Zaledwie kilka lat temu od takich firm roiło się w Sieci. Przez pewien czas cieszyły się one dużą popularnością, ale szybko pojawili się ludzie, którzy – dzięki specjalnemu oprogramowaniu umożliwiającemu oszukiwanie systemu – zarabiali nawet tysiąc dolarów miesięcznie.

Wraz z pęknięciem internetowej bańki oka­zało się, że reklamodawcom nie opłaca się generowanie sztucznego ruchu na swoich witrynach (uczestnicy takich programów wprawdzie klikali banery reklamowe, ale wcale nie interesowało ich, co znajduje się na docelowej stronie). Firmy opłacające internautów za klikanie banerów jeszcze istnieją, lecz liczba ich klientów stopniała.

Ale kto to mówi

Czy opłacanie użytkowników ma sens? Chyba tak, bo teraz o wynagradzaniu internautów mówi najbogatszy człowiek świata i jeden z najbardziej wpływowych ludzi w branży komputerowej. To każe brać sprawę na poważnie. „Nigdy nie było usługi, która oferowałby tak niskie koszty zmiany jednego usługodawcy na drugiego. Możesz skorzystać z Google’a, minutę później z MSN, a jeśli nie będzie Ci odpowiadał, znowu powrócić do Google’a. Wprowadzenie nowego adresu w przeglądarce nie kosztuje wiele” – uważa Gates. Tylko czy naprawdę te kilka dodatkowych centów zdecyduje o tym, że wybierzemy inną wyszukiwarkę? Trudno przypuszczać, aby ktokolwiek mógł zaoferować w Sieci na tyle atrakcyjne warunki finansowe, by internauci masowo zaczęli zmieniać swoje nawyki. W końcu mogą liczyć się również jakość wyszukiwarki i to, jak dużo czasu poświęcimy na proces odszukania interesujących nas informacji.

To tylko marketing!
Andrzej Piotrowski, ekspert z Centrum im. Adama Smitha.

Potencjał, którego dopracował się Google, i jego ekspansja na wiele nowych obszarów branży IT prowokują do myślenia najmożniejszych animatorów elektronicznego biznesu. Z emocjonalnych wypowiedzi Billa Gatesa można wywnioskować, że szykuje się starcie lub przejęcie którejś z firm. Równie prawdopodobne jest jednak to, że rozwój wypadków nieco przerósł koncepcje strategiczne giganta i stąd ta nerwowość.
      Konkurencja między np. Yahoo! i Google’em rozwija się nadal na zasadzie strategii „blue ocean” – wchodzenia na nowe terytoria, niezajęte jeszcze przez konkurencję. To problem dla Microsoftu, dla którego takie obszary zawsze były i są piętą achillesową. Wypowiedź Gatesa odczytuję więc bardziej jako prowokację, która ma pobudzić pozostałych graczy do podjęcia walki w znanych już obszarach „red ocean”. Tu bowiem potencjał Microsoftu umożliwia zdobycie strategicznego odcinka rynku.
      Mało prawdopodobne jednak jest, by konkurenci dali się na to złapać. Nie oczekiwałbym więc w przewidywalnej przyszłości w dosłownym sensie wypłacania gratyfikacji za korzystanie z wyszukiwarek.

Jak na BP

Należy pamiętać, że Bill Gates nie sprecyzował tego, w jakiej formie miałyby być przekazywane gratyfikacje. Jednak najbardziej prawdopodobne wydaje się wdrożenie systemów partnerskich podobnych do tych, które dzisiaj mamy na przykład na stacjach benzynowych. Niezależnie od tego czy zatankujemy benzynę, czy też kupimy kanapkę w bufecie na stacji, na nasze konto trafią punkty za udział w programie, a po osiągnięciu wyznaczonych pułapów punktowych odbierzemy nagrody.

MSN, Google, Yahoo! i wielu innych dostawców usług internetowych oferują na tyle szeroki wachlarz usług, że bez większych trudności mogliby wdrożyć tego typu programy. Niezależnie od tego, którą witrynę spod ich marki internauta by odwiedził, zbierałby punkty. Niewykluczone też, że wyszukiwarkowi potentaci mogliby skorzystać z usług wyspecjalizowanych firm. Dla przykładu: w Polsce takie usługi świadczy PayBack, który przyznaje punkty za pieniądze wydawane we współpracujących z nim serwisach z różnych branż (sklepów z odzieżą, księgarni, perfumerii czy serwisów aukcyjnych).

Andrzej Piotrowski, ekspert z Centrum im. Adama Smitha, przypuszcza, że formą gratyfikacji internautów może być darmowy dostęp do na ogół płatnych usług – możliwość obejrzenia wideoklipu, pobrania melodyjek do telefonu komórkowego itp. „To sytuacja, która przypomina dodawanie >>darmowego<< kubka do paczki kawy. Ale ponieważ użytkownik przeglądarki w odróżnieniu od miłośnika kawy nie płaci, to również oferowane prezenty będą raczej miały chwilową wartość" - ocenia ekspert. Pomysły cenniejsze od pieniędzy

Jeśli faktycznie dojdzie do „wyścigu na wydatki”, polskie serwisy nie mają w tej konkurencji większych szans. „Wystarczy porównać roczną wartość użytkownika Google’a, którą Bill Gates szacuje na 50 USD, z maksymalnie kilkoma złotymi, na jakie NetSprint szacuje wartość jednego użytkownika w Polsce” – przyznaje Artur Banach, prezes firmy NetSprint. Dlatego jedyną bronią naszych rodzimych serwisów musi być pomysłowość ich twórców.

Mało znana wyszukiwarka Szukacz.pl oferuje to, czego nie mogą zaproponować zagraniczne serwisy. Odwołuje się do zawiłości gramatyki języka polskiego i wypełnia niewielką niszę rynkową, dając możliwość przeszukiwania dokumentów z uwzględnieniem fleksji. Wspomniany już NetSprint.pl zaproponował swoim użytkownikom konkurs. Po zarejestrowaniu się za każde przeprowadzone wyszukanie przyznawane są punkty. Jeśli pod koniec tygodnia internauta zbierze odpowiednią ich liczbę, otrzymuje od firmy zadanie konkursowe. Tym, którzy rozwiążą je najlepiej, przyznawane są nagrody.

Globalny PR

Microsoft coraz wyraźniej czuje na karku oddech Google’a. Szefowie firmy, do której należy najpopularniejsza wyszukiwarka świata, tryskają pomysłami i nieustannie rozszerzają zakres swojej działalności. Coraz częściej wkraczają na pola, w których nieuniknione jest starcie z gigantem z Redmond (krążą plotki np. o przeglądarce internetowej, nad którą ma pracować Google). Zresztą konkurencja między tymi firmami już trwa (wyszukiwarka MSN należąca do Microsoftu kontra Google; wirtualne mapy Microsoftu kontra Maps.google.com) i na razie wygrywa w niej Google. Niewykluczone więc, że słowa Billa Gatesa mają zapewnić MSN ogólnoświatowy PR. „Sądzę, że płacenie użytkownikom za skorzystanie z konkretnej przeglądarki może zaistnieć jedynie jako doraźny chwyt reklamowy” – ocenia Andrzej Piotrowski.

Czy naprawdę powinniśmy się spodziewać, że będziemy opłacani za korzystanie z wyszukiwarek? A jeśli tak, to w jaki sposób? Tego po lekturze wywiadu z Billem Gatesem nie można być pewnym. Ale jedno nie ulega wątpliwości: jest to zapowiedź jeszcze silniejszej konkurencji między dwoma gigantami. I trzeba się z tego tylko cieszyć, bo na pewno skorzystamy na tym my – użytkownicy.

Pieniądze wydane na reklamę w Internecie w latach 2003 i 2004
20032004
Źródło przychodumln USDUdział w rynkumln USDUdział w rynku
Banery na stronach WWW152621%182919%
Sponsorowane witryny internetowe72710%7708%
Pozycjonowanie reklam na stronie WWW2183%1932%
Reklama interaktywna72710%96310%
Pozycjonowanie reklamy w wynikach wyszukiwania254335%385040%
Wyświetlanie list określonych produktów (np. na aukcjach)123517%173318%
Banery w newsletterach2183%961%
Opłata dla serwisu, z którego nastąpiło przekierowanie731%1932%
W sumie:7267100%9626100%
Interactive Advertising Bureau
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.