Volume Empty is full

Tytuł tego blogowego wpisu to autentyk – dowód paranoi do jakiej może dojść, jeśli sformatuje się na Amidze dyskietkę z domyślną nazwą (Empty), a później wypełni plikami po brzegi. Taką samą paranoję od lat można obserwować w nazewnictwie komputerowym. Zarówno sprzętu, jak i oprogramowania.

Zaczęło się całkiem niewinnie. Gdzieś na styku lat 80. i 90. Sir Clive Sinclair nazwał kolejno parę swoich cudownych dzieci: Z80 i Z81. Ale kolejny w rodzinie ZX Spectrum już tak łatwo upgrade’ować się nie dał. Dopiero Plus rozwiązał sprawę. I tak powstał ZX Spectrum+. A za nim, jak grzyby po deszczu: Amstrad 6128 Plus, Amiga 500+, ba nawet Commodore Plus/4 (bo jeden plus to za mało!) i ZX Spectrum +2/+3, a i jeszcze C++, ale to już zupełnie inna bajka. IBM w tym samym czasie również eksperymentował z nazwami. No bo jak nazwać nową, rozszerzoną wersję IBM PC? Najlepiej IBM PC XT (od eXTended). Co dalej? Może: IBM AT (jak Advanced Technology, co z perspektywy lat brzmi równie dobrze jak określenie „realistyczna grafika 3D” tego co wyświetlał Pole Position na małym Atari). Plus to za mało! Kogo bawi zaawansowany i rozszerzony? I w tym momencie Atari wystrzeliło z grubej rury: Atari 800 XL! Szkoda, że nie przewidziano następcy: np. 1600 XXL, a dalsze nazewnictwo czerpali z szerokości szyny i struktury procesora (Atari ST – Sixteen/Thirty-two). I jedynie ostatni komputerowy projekt miał górnolotną nazwę: Atari Falcon. Tego nawet współczesny Leopard nie przebije, choć Apple „zapożyczył” sobie od Atari nazwę Jaguar.

W latach 80. dominowały proste, acz krzykliwe nazwy: SuperBASIC (dla Sinclair QL), Turbo Pascal, TurboTape (taki „dopalacz” do wgrywania gier z taśmy). Epoka ta umarła razem z popularnością komedii z Arnoldem Swarzeneggerem, nota bene była jedna z Turbomanem w roli głównej. Lata 90 zdominowały dwa słowa: multimedialny i interaktywny. W gruncie rzeczy wszystko wtedy było multimedialne (wystarczyło wyświetlić jednocześnie tekst i grafikę i puścić jakiegoś przeciętnej urody MID-a) i interaktywne (kliknij, aby kontynuować…). Dziś to na szczęście już wyświechtane i pozbawione treści zwroty.

Niemałą karierę zrobiło także hasło reklamowe Microsoftu „Where do You want to go today?”. Wielokrotnie parafrazowane i chyba najcelniej poprawione na „Where do You want to be tomorrow?” przez niemiecką firmę Phase5.

Połowa lat 90. przyniosła jeszcze jeden skrótowiec, który szybko zrobił karierę – NT, jak New Technology, zamieszało na rynku serwerowym. Jego następca również wywołał szereg nawiązujących do roku 2000 – ot choćby foobar2000, którego nazwa być może brzmiała świeżo jeszcze… 8 lat temu. Niesmak do dziś pozostał po sokole tysiąclecia wśród systemów operacyjnych: Windows Millennium Edition. Ciekawe kto dziś odważyłby się dodać do nazwy swojego produktu Me. Za to moda na wstawianie roku w miejsce numeru wersji zdominowała dziś pakiety biurowe, antywirusy i programy ochronne, i, ma się rozumieć, narzędzia do rozliczeń z fiskusem.

Kiedy millennium buga mieliśmy już za sobą, Microsoft wylansował kolejnego, udanego skrótowca – XP (eXPerience, doświadczenie) do dziś pokutuje w nazwach wielu aplikacji. Ale, ale, równie ładne było NG, zastosowane w Pajączku!

Niewiele za to przebije trzyliterowy skrót Pro, jak Professional. Jednynie firma Adobe była skłonna rozbudować tą nazwę do Pro Extended.

Dużą inwencją wykazują się producenci oprogramowania antywirusowego i pakietów ochronnych. No bo przecież ochrona nie może być zwyczajna: musi być albo Totalna, albo Globalna, albo (wzorem Xboksa) dookoła, czyli 360. Nieco rzadziej są stosowane nazwy metali kolorowych, np. Bronze, Silver i Gold, za to Platinum wciąż robi karierę!

Nic jednak nie przebije Apple’owego „i”. I to nie kropki nad i, ale „i” samego w sobie, stawianego z małej litery tuż przed wyrazem. iJabłko niejedno ma imię i jeszcze wielokrotnie zobaczymy ten marketingowy zabieg pod różnymi postaciami. Zauważcie jednak, że jabłkowe „i” to odpowiedź na lansowany w czasach Windows 98, Me i XP wyraz „Mój”. Trochę to brzmi jak mantra materialisty (mój komputer, moje dokumenty), a czasem zakrawa o sztukę „moja muzyka” i „moje obrazy” (jakby ktoś ją/je sam napisał/namalował). Że już o „moich wideo” nie wspomnę…. „Moje” kariery nie zrobiło. Na szczęście.

Współcześnie wszystko miało być Premium i Ultimate. No bo kto będzie kupował Vistę Basic? Trochę nie jest, bo Vista okazała się Be… a raczej jak Me…

Fajnym łamańcem językowym jest też dopisek „One”, coś jak jedyny (w swoim rodzaju), np. AmigaONE. Ale cóż to znaczy wobec 7? Ciekawe czy czeka nas wkrótce wysyp aplikacji o zredukowanych numerach wersji do 7. Albo cudacznych form pokroju Program7 4.11. Wróżę jednak karierę innemu wyrazowi. Live. Bo niedługo będziemy pracować w Windows Live, z Office Live, o ile tylko cienkiej linii życia nie odetnie nam lokalny dostawca pakietów internetowych.

Bardzo się jednak cieszę, że producenci oprogramowania nie reagują na młodzieżowe trendy lansiarskie i nie stworzyli do dziś różowo-różowej wersji WiNdOwS;) dla nastolatków, zielono-czarnego w!ñd0w$ w Matriksowe wzory dla nastoletnich haxorów. Dobrze, że Johnson&Johnson nie robi specjalnej edycji szamponu dla dzieci „More tears” dla początkujących Emo… I fajnie by było, gdyby nazwy produktów przestały w znacznej części składać się z wyczynów copywriterów i marketingowców. Może kiedyś, zamiast czytać w specyfikacji komputera: GTX, Ultra, Extreme i OC zobaczylibyśmy coś zdecydowanie bardziej opisowego:

Procesor:

dwujądrowy, antywirus go nie pogrąży

Pamięć:

jest, wystarczy na pół roku uruchamiania „co podejdzie”

Dysk twardy:

wiruje i buczy, zmieści Biuro i 100 gier

Rozdzielczość:

więcej niż TV, lepiej niż DVD, ale nie HD

Grafika:

da radę pograć, trochę szumi, nie zagłusza dobrze podkręconego dźwięku

Dźwięk:

5 głośników (na małe dziurki do Jacków) z gniazdkiem do basowego umilacza życia sąsiadom

Zasilacz:

może wywalić korki, ale pracuje stabilnie

Klawiatura:

ponad 100 klawiszy, z dokładnymi opisami

Mysz:

szybka, że kot nie złapie dzięki naoliwionym ślizgaczom

Nagrywarka:

wypala szybko i pewnie, wzmocniona podstawka na kawę

System operacyjny:

7 okienek (w wersji ekstra za dopłatą wyświetli 77)

PS

Jest moda pro-eko i do tego musi być zgodnie z recesją. A więc kilka propozycji recesyjnych i ekologicznie:

ekoOkna

– działają wyłącznie w trybie awaryjnym. Każde niepotrzebne otwarcie okna jest rejestrowane i natychmiast przesyłane do najbliższej ekoterrorystycznej placówki.

ekografika

– w stanie spoczynku wyświetla wyłącznie statyczny obraz. Redukuje liczbę kolorów i polygonów do niezbędnego minimum. I tak z Tomb Raider Underworld zrobi Chronicles, a z Need for Speed: Undercover – Hot Pursuit.

ekoprzeglądarka WWW

– nie wyświetla grafiki (szczególnie w sklepach internetowych i aukcjach, chroniąc tym samym nasz portfel), z zasady nie otwiera stron banków internetowych.

ekoruter

– ma wbudowany limit transmisji, 300 bodów i nie ma bata, nie będzie ani bita na sekundę więcej

ekotelefon

– z zielonym wyświetlaczem. Back 2 The Roots!

ekoTV-HD

– wyświetlamy co drugi piksel i co drugą linię. Zaoszczędzonymi pikselami dzielimy się z sąsiadem.

ekokonsola (do gier)

– jeden pad dla całej rodziny, kto go zdobędzie ten gra.

ekolaptop

– po prostu: nie ma wbudowanej baterii, ani gniazdka zasilającego. Podobno działa metoda szybkiego pocierania touchpada.

ekoWikipedia

– wszystkie wpisy urywają się w połowie, na transmisję reszty zabrakło funduszy

Życie dopisało do tego blogowego wpisu kolejne trzy rozdziały.

1.

Portale amigowe rozpisują się o tym, że Hyperion wydał na Pegasosa II AmigaOS 4. Rzeczywiście, Volume empty od dziś jest full.

2.

Kryzys dotknął telewizyjne dodatki do gazet.

Jeden z największych dzienników, którego copiątkowe wydanie ceniłem chyba tylko za krótkie, czasami trafne recenzje filmów, odrobinę napsuł w layoucie, wyróżniając (zupełnie niepotrzebnie) większą czcionką te pozycje w programie, do których dołożono zdjęcia, a filmy – dodatkową czarną kreską. W efekcie krótkie opisy skurczyły się do 2-3 linii i brzmią np. tak:

„Tytuł mówi wszystko. Ilość gwiazdek nieprzypadkowa.”

Cóż – Krokodyl zabójca z jedną gwiazdka, recenzję bez oglądania filmu w ten sposób też potrafię napisać. Albo tak:

„[…] To na planie tego filmu Tom zakochał się w Nicole Kidman”

(hm, jakoś nie interesuje mnie życie osobiste aktorów). I jeszcze:

„Kowboj może pokochać konia, ale kolegę? […]”

. Może chodził o kowbojską miłość do konia kolegi? A może metafora na metaforze:

„Dojrzewający nastolatkowie, kobieta w kwiecie wieku, czyli pierwszy krok w chmurach. Deszcz nagród.”

, tylko treści zabrakło. I jeszcze zbędne pytania retoryczne:

„Psycholog teoretyk i praktyka – dzieci siostry. Czy to takie śmieszne?”

– a ja chcę wiedzieć czy to śmieszne, czy nie!

Zmęczony dziesiątkami podobnych, pozbawionych treści skrótowców, powodowany impulsem rzuciłem TV-gazetę w kąt i pobiegłem kupić konkurencyjne produkty (obiecując sobie: nigdy więcej takiego dodatku telewizyjnego). Z czterech dzienników (chodnikowych gazet nie liczę) jeden już miałem, najdroższego nie było, a jeden z nich mogłem kupić za jedyne 5 złociszy wyłącznie z jakąś perła radzieckiego kina (nie, dziękuję). Koniec końców wróciłem z do domu z jednym dziennikiem, w którym od razu zaintrygował mnie dodatek kulturalny. Po pobieżnym przewertowaniu owej kultury okazało się, że kultura kuleje. Szczególnie w zakresie przecinków, pourywanych zdań. Prawdopodobnie zredukowano etat korektorki. Szkoda. Jest recesja, więc trzeba oszczędzać. Obiecuje: nie będę więcej kupować dzienników i mniej czasu poświęcę TV. Jako czytelnik czuję się oszukany – podniesioną ceną, marną treścią i coraz większą przestrzenią zajmowaną przez informacje o celebrities. A zaoszczędzone pieniądze przeznaczę na wsparcie…

3.

Breakpoint 2009

. W zeszłym roku miałem okazję odwiedzić to największe, demoscenowe party. W tym roku okazuje się, że główny sponsor się wysypał, trwa składka mająca na celu uratowanie imprezy. I wiecie co? Atmosferę tych czterech wielkanocnych dni w Bingen warta jest każdych pieniędzy, 1000-kilometrowej podróży samochodem i spania na podłodze w śpiworze. Dlatego, wszystkim niezdecydowanym radzę się wybrać. A sam, nawet jeśli nie uda mi się w tym roku połamać paru punktów, to przynajmniej dołożę coś do wspólnego worka. Z resztą demoscenowcy już to robią na Pouecie, Scene.org i dedykowanej stronie z ładnym progress barem. Szkoda byłoby stracić taką imprezę przez jakąś tam recesję.

PS2

Widziałem w telewizji wróżkę.

Powiedziała, że na kryzys dobre jest mentalne wydawanie kasy. To jest: wchodzimy do sklepu z

mentalną stówą

(tzn. z pustym portfelem i 100-złotówka w wyobraźni), następnie dokonujemy mentalnego zakupu wybranego towaru, wychodzimy. I tak do zaspokojenia potrzeby kupowania.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.