Z głową w chmurach…

Przed przeczytaniem notki zapoznajmy się ze spotem reklamowym ChromeOS:

Zaletą Internetu od zawsze była jego decentralizacja – nie ma żadnego głównego węzła, nikt nad nim kontroli. Rozwija się i żyje własnym życiem. Przynajmniej do tej pory. Google ma wizję Internetu z samym sobą jako Centralny Węzeł Internetu, a użytkownicy mają dostać tylko terminale które będą się z nim łączyć. W powyższym klipie Google bezwstydnie się przyznaje, ze to co będzie rozpowszechniane jako chromebook, to sprzętowa przeglądarka internetowa. I nic więcej. Urządzenia te nawet nie mają posiadać pamięci masowej, prócz tej, na której będzie zainstalowany Chrome OS (OS mogliby sobie odpuścić, ponieważ to coś nie spełnia definicji systemu operacyjnego – OS ma za zadanie zapewnić platformę do uruchamiania innych aplikacji), czyli oprogramowanie chromebooka. Nic więcej nie jest potrzebne, ponieważ wszystko można zrobić On The Web

Niedoczekanie.

Za 28$/miesiąc dostaniemy energooszczędne (czyt. cholernie wolne) urządzenie o funkcjonalności uboższej niż Windows 95. Cyrograf musimy podpisać na 3 lata. Dla niewprawionych w rachunkach obliczeniowych: łącznie za chromebooka zapłacimy ok 1000$(cena najtańszego MacBooka), czyli ok. 3000 PLN. Zaraz, zaraz, za ograniczonego netbooka mam wywalać kupę kasy, po to by być On The Web? Wolę Windows. Wolę Ubuntu. Wolę Maca. (kolejność przypadkowa) Na każdym z trzech systemów mogę postawić Chrome i korzystać z wszystkich ficzerów od Google, a jednocześnie korzystać z bogatej bazy oprogramowania. Kosztuje to wszystko o połowę mniej i nie wymaga stałego (a w naszym kraju kosztownego i wolnego) połączenia z siecią, które jest niezbędne by mieć dostęp do naszych plików dokumentów, w przypadku Chrome OS. Reklama próbuje nam wmówić, że możemy chromebooka użyć tam gdzie tylko chcemy. Każdy kto podróżował przez nasz piękny kraj wie, ze złapanie 3G w trasie graniczy z cudem, a prędzej złapiemy dziurę w zasięgu. Więc jeżeli wpadniemy w 0G to musimy się pożegnać z dostępem do naszych plików. Dlaczego? Bo tak jest cool.

Marketingowcy Google są naprawdę świetni. Wcisnęli by ludziom packę na muchy z Androidem. Nie tylko ludziom – firmom też. Od zawsze problem był z alternatywami dla MS Office ( swoją droga świetny pakiet – gdybym miał Windows, używałbym). OpenOffice zawsze był „za mało funkcjonalny”. A teraz? Google Docs jako świetne narzędzie do biznesu, o możliwościach nie będących 1/10-ą możliwości LibreOffice. Oczywiście mam nadzieję, że przedsiębiorcy nie są na tyle głupi, aby w to uwierzyć, ze wystarczy im ekwiwalent WordPada (tego sprzed Windows 7) i jednej z pierwszych wersji Excela. Jeżeli uwierzą to… Canoncial powinien zatrudnić tych ludzi od marketingu;). Funkcjonalność oprogramowania webowego jest naprawdę ograniczona, a niektórych aplikacji wręcz brak, chociaż czy ktoś wyobraża sobie edycję wideo po HSDPA? 🙂

Sam nawet nie myślę o „kupnie” takiego urządzenia, które miałoby budować Googlenet. Wielkie, scentralizowane systemy są skazane na porażkę, gdyż są bardziej awaryjne i podatne na ataki z zewnątrz. Przykład to choćby PlayStation Network czy Blogger, który niedawno po prostu padł.

Ktoś powiedziałby – cieszcie się, bo to Linux. Heh, tylko jadro. Niestety więcej tu wspólnego z Linuksem ma Mac OS czy Windows, ponieważ są prawdziwymi systemami operacyjnymi. Chrome OS, jak już wcześniej powiedziałem, nim nie jest.

Tak, ta notka jest flejmotwórcza i subiektywna – taka miała być zresztą, to jest Blog, na którym jego autor publikuje własne zdanie. Powiedziałbym wręcz „Bijcie się!”, ale ograniczam pole walki do komentarzy poniżej. Sami wypowiedzcie się na ten temat:)