Mam (tożsamość lalki Barbie), więc jestem!

Wyróżniam się. Jestem inny, lepszy, fajniejszy. Szary tłum mnie nie pochłonie. Mam, więc jestem!

…a ja mam wrażenie, że zaczynamy tracić tożsamość. Albo raczej nasza tożsamość powoli przenosi się do gadżetów, które nosimy w plecaku, kieszeni, którymi bez przerwy się otaczamy. Niemal od urodzenia stajemy się zakładnikami marketingu. Wizja świata z „They Live” Johna Carpentera, wypełnionego podprogowym przekazem („Obey”, „Consume”, „Marry and Reproduce”) już się spełniła, tylko że nie ma wśród nas ukrytych obcych, a jedynie dajemy się wodzić za nos reklamom.

Mam szczęście, bo moja percepcja w znacznym stopniu dostaje wymiotów na widok reklam, albo skutecznie je filtruje. Mam totalną sklerozę na telewizyjne przerywniki reklamowe, słuch od razu wychwytuje skompresowane brzmienie natarczywych głosów w radiu. Problem w tym, że dzieciaki już tak odporne na pranie mózgu „nowym, najwybielająszym superwarzylionem” nie są. Jeśli zaserwujecie im każdego dnia tygodnia kilkuminutową papkę konsumencką, po wyrobieniu sobie odruchu Pawłowa, radośnie wcisną się w nasze ramiona i robiąc wielkie smutne oczy, focha lub awanturę (niepotrzebne skreślić) przy najbliższej okazji namówią nas na kolorowe, plastikowe paskudztwo. Dalej będzie już tylko gorzej – po etapie wstępnej fascynacji kilkulatek wpadnie w szpony konsumpcyjnego współzawodnictwa – podpatrzy jeszcze nowsze, jeszcze bardziej kolorowe przedmioty, które staną się przedmiotem jego żądzy i elementem walki o przetrwanie w środowisku, w którym już trzeba zacząć walczyć o miejsce w stadzie. Co dzieje się dalej – sami doskonale wiecie. Nasze przywiązane do przedmiotów, któremu hołdujemy, prowadzi wprost do zachowań (określanych mianem małomiasteczkowych) znanych z komunii, wesel i innych „rodzinnych” spotkań. Szpanujemy kamerami, cyfrówkami, telefonami, netbookami i wszystkim co pozwala nam przez chwilę zabłysnąć. Prowadzimy wojny na poglądy i komputerowe sprzęty, czy nawet pupili (Atari vs. Commodore, Android vs. iOS, PiS vs. PO, Legia vs. Polonia, koty vs. psy…), generujemy miliardy postów pod artykułami lub wpisami na blogach, udowadniając że nasze jest najlepsze, choć nie mamy zielonego pojęcia o tym „innym”, ponoć gorszym. Krótko i brutalnie rzecz ujmując, jesteśmy tym, czym nasiąkniemy, choćbyśmy temu zaprzeczali, jesteśmy zupełnie przeciętnym kawałem mięcha z mózgiem, egzystującym w jakimś środowisku, z którego nieszczególnie się wyróżniamy. Oczywiście mamy pewne wady i zalety (wykształcone poprzez wychowanie w domu i środowisku, nasze traumy i sukcesy), ale nasz jedyny wyróżnik to ustawiczne sięganie do kieszeni po najnowszy telefon „z górnej półki”. Zwykła potrzeba dominacji w stadzie.

Wyostrzony zmysł konsumenta to próba rekompensaty naszej przeciętności. Ostatecznie i tak jesteśmy tylko workiem do przechowywania puli genów. Ten zmysł sprytnie wykorzystują producenci gadżetów. Oczywiście, że chcemy więcej, choćbyśmy zaprzeczali (tak jaki i ja), powodowani elementarnymi impulsami, biegniemy do sklepu po najnowszy telefon. Następnie każdą jego wadę przekładamy na zaletę podczas dyskusji na forach dyskusyjnych. Nie zauważamy już, że to taki sam chiński kawałek plastiku, jak smartfon (dotychczasowego) kolegi. Markowe ciuchy? Markowe laptopy? Jeśli dziś ich nie posiadasz, jesteś nikim! I właśnie w ten sposób producenci towarów i usług kupują nas, bazując na naszych prymitywnych instynktach, wykształconych w dzieciństwie: zawiści, chęci posiadania.

Za to, jeśli wymyślisz jakąś sprytną metodę wyróżniania się z tłumu, odkryjesz że już istnieją subkultury pełne takich samych ludzi. Więcej: istnieją wyspecjalizowane (często ukryte przed wzrokiem przeciętniaka, w zaułkach, tuż za granicą naszej codziennej percepcji) sklepy oferujące niszowe produkty, których szukasz. Zapłacisz za nie znacznie więcej, niż za produkty markowe, albo wręcz weźmiesz kredyt na jakiegoś białego kruczka.

Gdzie tu jest sens?

Podobno byli tacy, którzy w imię promocji i sprzedaży produktu chcieli wywołać wojnę termojądrową. Trudno mi w to uwierzyć, ale jesteśmy tylko ludźmi. Tylko czy bycie człowiekiem stanowi, aż taką wartość? Czy abstrakcyjne myślenie (przypisywane tylko ludziom) wciąż jest wyznacznikiem naszej jakości, skoro z dziedzin wywołujących w nas emocje (muzyki, obrazów, filmów) uczyniliśmy produkt, którego podstawowym celem jest przynoszenie dochodu?

Na podsumowanie moich wywodów teledysk:

Wpis powstał po przeczytaniu tekstu Maćka Gajewskiego, Inwazja hipsterów z Internetu, http://www.chip.pl/blogi/siecpospolita-polska/2011/10/inwazja-hipsterow-z-internetu Jeśli po przeczytaniu obu naszych wypowiedzi skomentujecie je reklamując jeszcze raz np. swój telefon, przeczytajcie jeszcze raz.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.