Google odgrzewa starego kotleta, czyli nowy Gmail

Przez polskie portale komputerowe przetoczyła się niezachwiana wątpliwością papka marketingowa Google mówiąca o nowym wcieleniu poczty Gmail.

Pisano o tym, że jest lepiej, że coś się zmieniło i że nowy layout jest nowy i nie wiadomo czy lepszy niż stary, ale na pewno jest inny, a użytkownicy muszą się przyzwyczaić, bo ma nowe funkcje, które dają… no właśnie, co dają? Po pierwsze zmieniła się grafika. Już na pierwszy rzut oka widać, że coś jest inaczej. Pytanie tylko czy ma to sens.

Jednak zainteresowani, w tym ja, mogli korzystać z wersji beta tej skórki już mniej więcej od lipca. Twórcy chwalą się, że teraz Gmail automatycznie dostosuje się do każdego ekranu. Ponadto istnieje możliwość ręcznej zmiany „gęstości” wyświetlania. Mamy do dyspozycji opcje Wygodny/Zwarty/Kompaktowy .

Lewa kolumna do tej pory zawierała foldery oraz etykiety i czat. W tej kwestii nic się nie zmieniło, z jedną małą różnicą – obecnie wygląd dostosowuje się automatycznie. W zależności od tego, czy częściej korzystamy z etykiet, czy też z czatu. Jednak najważniejszą zmianą w tej kolumnie jest usunięcie Google Buzz. Usługi, z której nikt nie potrafił zrobić użytku.

Gdy już wejdziemy w wątek wiadomości nie trudno zauważyć, że tu także zaszły zmiany. Jest dużo czytelniej, zwłaszcza

gdy historia konwersacji jest długa.

Wszystko można w prosty sposób rozwijać/zwijać i błyskawicznie dociec jak przebiegała rozmowa.

Google w końcu ułatwiło ludziom przeszukiwanie poczty. Wszystkie opcje były dostępne wcześniej, ale przez znaczniki (np. from:adres.e-mail). Dopiero teraz z tych opcji mogą skorzystać wszyscy, którzy nie poświęcili połowy życia na przestudiowanie pomocy technicznej.

Z innowacyjnych nowości jest też uwaga uwaga…

nowy pasek narzędzi

. A jakże.

Z poczty Gmail korzystam niemal od samego początku, czyli 2004 roku. Do tego momentu, w standardowym stylu dla Google, nic się nie zmieniało. Zrobiliśmy, działa, tadam! Cieszcie się i nie wymagajcie niczego więcej. A że od premiery minęło aż 7 lat, że interfejsy ewoluują? Coś podobnego…

Tymczasem Gmail stawał się coraz bardziej irytujący. Jednak wciąż nie mogłem go porzucić, bowiem miał też bezlik cech wspaniałych. M.in. dostęp z każdego miejsca, telefonu i urządzenia, a także zsynchronizowane kontakty. Pytanie, czy po 7 latach korzystania z aplikacji w tej samej formie

nie wymagacie czegoś nowego?

Czegoś wygodniejszego, czegoś znacznie lepszego? Ja tak. Tymczasem

dostałem lekki lifting, który w zupełności nie jest warty całego zamieszania.

To są rzeczy, które powinny być przez ten czas wprowadzane, bez rozgłosu. One po prostu były potrzebne.

Gmail zaczął mnie irytować w momencie, gdy zainstalowałem aplikację Sparrow dla komputerów z Mac OS X. Można stwierdzić, że jest to pierwszy natywny klient Gmaila, czyli coś o czym użytkownicy Windows mogą tylko pomarzyć. Obsługa programu została zaprojektowana od początku i od razu popadłem w wielką miłość, która została brutalnie przerwana przez awarię mojego MacBooka. Ale mniejsza o to.

Niemniej jednak ekipa programistów udowodniła, że Gmaila można zrobić inaczej. Jest nawet podział na kolumny znany z Outlooka, z tym że używanie Sparrowa nie obliguje cie do posiadania na biurku zszywacza, nie musisz chodzić w swetrze w serek, ani przynosić do pracy kapci na zmianę. Drogi Googlu, jestem rozczarowany.

Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.