Google włoży więcej wysiłku w tworzenie natywnych aplikacji

Google niczym rycerz na białym koniu. Aplauz!

Brawo!

Brawo!

O tym jak absurdalne jest „nowoczesne” prawo dotyczące własności intelektualnej pisałem nieraz. Ja jednak mogę sobie pisać, jęczeć i narzekać, a tymczasem dura lex, sed lex. Boleśnie przekonał się o tym Megaupload. Inne, podobne serwisy, muszą mieć teraz nie lada nerwówkę. Nie znają dnia ani godziny, w każdej chwili mogą pojawić się smutni panowie z nakazem w ręku i zakończyć ich działalność. A ci zainteresowali się teraz Hotfile’em, nakazując natychmiastową weryfikację wszystkich umieszczanych tam treści. To zadanie jest praktycznie niewykonywalne, żaden filtr nie pokona przebiegłości użytkowników.

Hotfile znalazł jednak sojusznika, a właściwie ten sam, z własnej inicjatywy zabrał głos. Okazał się nim Google. Gigant złożył wniosek do sądu prowadzącego dochodzenie w sprawie Hotfile’a. Powołuje się w nim na zapisy ustawy DMCA (Digital Millennnium Copyright Act), tłumacząc, że interpretacja właścicieli praw autorskich, którzy chcą doprowadzić do upadku Hotfile’a, jest błędna.

Jak twierdzi Google, ustawa ta chroni tego typu portale, jak Amazon, eBay, YouTube, Facebook, Twitter czy Wikipedia. Dzięki tej ustawie, roszczenia dotyczące praw autorskich są uwzględniane wtedy, kiedy owym posiadaczom dzieje się faktyczna krzywda. Jednak zezwala na pewne działania i współdzielenie treści. Gdyby ta ustawa nie istniała, to, jak argumentuje Google, wszystkie powyższe portale musiałyby albo dokonać drastycznych zmian, albo nigdy nie zostałyby uruchomione.

Zdaniem strony pozywającej (sojusz Disney’a, 20th Century Fox, Universalu, Columbii i Warner Bros.) społeczność Hotfile świadomie zachęca użytkowników do łamania praw autorskich, a zatem nie podlega ochronie DMCA. Google argumentuje, że to bzdura. DMCA, według Google’a, nie daje pola do interpretacji działań stron trzecich. Hotfile nie może odpowiadać za ich działania i powinien dalej podlegać ochronie DMCA.

Google wytknął też inne błędy studiom filmowym. Jak zauważył, DMCA nie wymaga od witryny internetowej filtrowania treści pod kątem naruszania praw autorskich. Ustawa przewiduje, że jeżeli dany posiadacz prawa autorskiego do danej treści wykryje jej nielegalną kopię, ma możliwość powiadomienia władze witryny. Te są zobowiązane do niezwłocznego usuwania tych treści. Hotfile przestrzegał tego zapisu. To, że usuwał tylko wskazane linki, a nie usuwał innych elementów umieszczanych przez użytkowników, jest nieistotne. Bowiem, według Google’a, prawo go do tego nie zobowiązuje.

DMCA nakazuje witrynom internetowym:

  • usuwanie treści wskazanych przez ich właścicieli (konkretnie, za pomocą adresu URL lub innego namiaru), które łamią prawa autorskie
  • usuwanie treści, które łamią prawa autorskie za wiedzą właściciela witryny, ze szczególnym uwzględnieniem treści, które są przez autora witryny monetyzowane

Hotfile stosował się do tych zasad, jak twierdzi Google.

Studia filmowe złożyły kontrwniosek, argumentując, że Google nie jest stroną i jego treść nie powinna być uwzględniona. Dodatkowo, oświadczyły, że gigant chce tylko i wyłącznie stworzyć precedens chroniący YouTube’a.

Drugi argument jest z pewnością prawdziwy. Tylko co z tego? Wyobrażacie sobie automat, który kontroluje gigabajty umieszczanych na Hotfile plików dziennie? Na przykład archiwów RAR, wewnątrz których pirackie pliki nie są w żaden sposób opisane? Dostawcy treści, obudźcie się. Skoro wasz model biznesowy zakłada, że mam nie pobierać waszej własności tylko i wyłącznie z uwagi na etykę, oznacza to, że coś z owym modelem biznesowym jest nie tak. Zauważyliście Spotify, Zune’a, Deezera, Netflix? Po co mam „piracić”, skoro mogę mieć takie fajne serwisy? Więc zamiast desperacko bronić płyt Blu-ray za 99 zł, które są mniej wygodne i bardziej kłopotliwe od filmu MKV na Hotfile, może czas na zmiany? Bo skoro podróbka jest lepsza od oryginału, to jak mam stać po waszej stronie?

A dla Google’a: szacun.

Chcesz być na bieżąco z CHIP? Obserwuj nas w Google News