Unijny Wielki Brat będzie wiedział wszystko

UE inwestuje miliony w nowe metody inwigilacji. Są one tak kontrowersyjne, że eksperci już przewidują masowe protesty.
Domowe komputery mają być kontrolowane, a podejrzane fora i wpisy na blogach obserwowane i ewentualnie blokowane

Domowe komputery mają być kontrolowane, a podejrzane fora i wpisy na blogach obserwowane

Wypełniony helem balon z kamerą wysokiej rozdzielczości był zaskakującym gościem na jednym z ubiegłorocznych festynów technologicznych w Magdeburgu. Dron szybował nad 20 tys. widzów z zadaniem kontrolowania zgromadzenia. Mottem „Wy się bawicie, a my uważamy” akcję propagował Instytut Optroniki, techniki systemowej i oceny obrazu im. Fraunhofera, którego badacze skonstruowali urządzenie. Miało ono zademonstrować, jak bardzo rozwinięta jest technologia obserwacji i nadzoru oraz w jakich sytuacjach dnia codziennego można jej używać. Ta informacja nie została jednak dobrze przyjęta przez publiczność, która poczuła się inwigilowana bez ostrzeżenia. Badacze pospieszyli więc z zapewnieniami, że nie zastosowali technologii rozpoznawania twarzy ani nie zapisywali danych.

Dron, który ma być częścią europejskiego systemu bezpieczeństwa, pokazuje, jak dalece zaawansowane są badania w tej dziedzinie oraz w jaki sposób militarne wynalazki przenikają do naszej codzienności i jak w przyszłości będą wpływać na nasze życie. Stworzony przez Instytut Fraunhofera system o nazwie AMFIS – co oznacza ni mniej, ni więcej tylko „rozpoznawanie za pomocą połączonych czujników mobilnych i stacjonarnych” – nie jest ani jedynym, ani największym projektem, służącym automatycznemu wykrywaniu katastrof lub sytuacji, w których może dojść do użycia przemocy.

Dużo obszerniejszy jest unijny projekt, który realizuje zbliżone cele. Komisja Europejska rozpisała konkurs o wartości 15 milionów euro, w wyniku którego zlecenie na prace badawcze otrzymała Akademia Górniczo-Hutnicza. Projekt Indect wystartował w roku 2009 i potrwa przypuszczalnie do roku 2013. Nazwa pochodzi od zwięzłego opisu misji przedsięwzięcia: „Intelligent information system supporting observation, searching and detection for security of citizens in urban environment”, co w tłumaczeniu oznacza „Inteligentny system informacyjny wspomagający obserwację, wyszukiwanie i detekcję dla celów bezpieczeństwa obywateli w środowisku miejskim”. Naukowcy wykorzystują istniejące wynalazki, takie jak kamery, systemy rozpoznawania twarzy i zachowania, oraz narzędzia szpiegujące sprzęt komputerowy i Internet. Nowatorstwo polega na tym, że wszystko to zostanie połączone i będzie dostępne przez Sieć dla użytkowników z całego obszaru Unii.

Całość brzmi rozsądnie: Indect ma pomagać we wczesnym wykrywaniu aktów przemocy albo katastrof i ratować życie dzięki zautomatyzowanym procedurom wspomagającym działania policji. Technologia ma pozwalać na szybsze wykrywanie pożarów lasów oraz innych katastrof naturalnych i ekologicznych. Na dużych imprezach masowych system ma rozpoznawać zbiorową panikę, na kąpieliskach i nad jeziorami byłby wsparciem dla służb ratowniczych, ponieważ potrafi rozpoznać tonących nawet w nocy i poinformować o tym ratowników.

Ważnym punktem projektu jest również zwalczanie przestępczości Ale… w tym momencie pojawia się wątpliwość: zamiast policjanta, który ocenia sytuację, to maszyna ma kwalifikować zdarzenia jako przestępcze, jeszcze zanim do nich dojdzie, na podstawie zachowań odbiegających od jakiejś z góry przyjętej normy. Rzecz w tym, że takie przewidywanie czynów karalnych wymaga totalnej inwigilacji wszystkich obywateli. To oznacza, że każdy będzie podejrzany. Czy na pewno chcemy sobie zafundować „Raport mniejszości”?

Indect ma protokołować połączenia telefoniczne, a powstający w jego ramach trojan unijny skontroluje pocztę i czaty podejrzanych osób. System ma także analizować zachowania konsumenckie, sprawdzając np. płatności kartą. Nie oszczędzi nawet rodziny i znajomych, ponieważ szukać będzie podejrzanych również wśród nich. Każdy nasz znajomy, który wszedł kiedyś w kolizję z prawem, będzie zagrożeniem naszej prywatności, ponieważ działający Indect, by zapobiec przestępstwu, będzie śledził także nas– np. w celu ustalenia powiązań. Te środki w założeniach mają ułatwić pracę policji, ale ceną jest daleko posunięta ingerencja państwa w prywatne życie obywateli. I właśnie to budzi tak ogromne kontrowersje społeczne.

Obserwacja, identyfikacja, podejrzenie

Kontrowersje są uzasadnione, bo nie trzeba być mafijnym bosem, by trafić na celownik. Wystarczą sytuacje dnia codziennego. Oto przykład: szukacie na parkingu samochodu i poirytowani chodzicie przez chwilę wokół niego, zanim znajdziecie kluczyk. Wchodzicie do auta i odjeżdżacie. Kamera rejestruje wasze zachowanie i kwalifikuje je jako podejrzane, bo najpierw kręciliście się bez celu, a potem zdenerwowani sytuacją ruszyliście z piskiem opon. Skutek: aktywuje się funkcja rozpoznawania twarzy, a zdjęcia wasze i auta zostają szybko porównane z archiwum policyjnym albo z fotografiami na portalach społecznościowych. Jeśli wasza tożsamość zostanie odkryta, system powiąże te informacje z danymi samochodu i jego właściciela. A wtedy – jeśli samochód nie jest zarejestrowany na wasze nazwisko – będzie go śledzić latający dron, który w odpowiednim momencie wezwie patrol, aby zatrzymał i sprawdził kierowcę.

Ten scenariusz dowodzi, że Indect jest mocno kontrowersyjny: od kiedy jest się podejrzanym? Co jest zachowaniem odbiegającym od normy, które usprawiedliwia obserwację i ściganie? Kto decyduje o tym, że jakieś zachowanie jest nietypowe. I dlaczego mamy wszyscy zachowywać się tak samo. W naszym przykładzie teoretycznie mogłoby chodzić o przestępstwo – oto złodziej ukradł kluczyki, a teraz kradnie samochód, stąd irytacja, pośpiech i start z piskiem opon. Ale przecież obserwowany może być tylko znajomym właściciela i martwić się, czy nie zarysował przy parkowaniu pożyczonego auta.

Być może można rozpoznać odbiegające od normy zachowanie mas ludzkich na stadionach albo festiwalach muzycznych, bo wzorzec ruchów w przypadku paniki jest dobrze zbadany. Ale nasze zachowania codzienne są dużo bardziej złożone i nie zawsze jednoznaczne. Czy technologia jest w stanie odróżnić nieszkodliwe wybiegnięcie na szkolne boisko od początku brutalnej bijatyki tak szybko, aby ktoś od razu przybył z pomocą i wkroczył do akcji? A nawet jeśli – to czy na pewno tego chcemy? Czy każda interwencja i pomoc są pożądane?

Uczestnicy projektu niechętnie podają przykłady zachowań jest „odbiegające od normy”, a kiedy nie. Dopiero po oficjalnym zapytaniu Parlamentu Europejskiego projektanci systemu udostępnili listę zachowań „odbiegających do normy”. I tak podejrzany jest ktoś, kto biegnie i hałasuje, siedzi na podłodze w pojazdach komunikacji miejskiej albo pozostawia tam swój bagaż. Indect ma zadziałać także wtedy, kiedy „osoby wałęsają się bez celu albo biegną pod prąd w strefach ruchu pieszego”. Po bliższym przyjrzeniu się widać, że te lapidarnie i nieprecyzyjnie sformułowane czynności mogą sprawić, że każdy zostanie sklasyfikowany jako potencjalny przestępca. A to ściągnie podejrzenia na normalnych obywateli.

Wątpliwe metody…

Pytanie, kiedy człowiek zachowuje się w sposób odbiegający od normy, a kiedy nie, to niejedyna zagadka związana z tym przedsięwzięciem. Wprawdzie jego inicjatorzy oraz przewodząca mu Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie przekonują o pełnej transparentności Indectu, lecz na stronie projektu (www.indect-project.eu) udostępniają jedynie powierzchowne informacje o nim. Również wysłane przez nas konkretne pytania do biorących w przedsięwzięciu firm do czasu zamknięcia numeru pozostały bez odpowiedzi.

Na niewystarczającą ilość informacji uskarżali się również członkowie Parlamentu Europejskiego: politycy chcieli wglądu do sformułowanej przez Komisję Europejską oceny. Jednak otrzymali tylko ogólne dokumenty – które ma już również nasza redakcja – i to dopiero po roku oczekiwania. Znajdują się w nich sprzeczne informacje: Komisja Europejska zakwalifikowała wprawdzie regulacje o ochronie danych w Indeccie jako niepokojące, ale jednocześnie zdaniem tej samej komisji jest on „akceptowalny pod względem etycznym”.

Brak transparentności daje pole do spekulacji: kierownik projektu jeszcze przed właściwym rozpoczęciem badań zapowiedział, że będzie on testowany na piłkarskich Mistrzostwach Europy w Polsce i na Ukrainie w roku 2012. Krążyły również komunikaty o użyciu tej technologii na tegorocznych Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Jednak pracownicy naukowi skupieni wokół Indectu kategorycznie zdementowali to jeszcze w listopadzie 2010 roku.

Prasa znów nie uwierzyła, spekulując na temat latających nad Warszawą w listopadzie 2011 dronów, które filmowały burzliwy przebieg ubiegłorocznego Święta Niepodległości. Z informacji na forach wynika jednak, że należały one do prywatnej firmy. Potwierdza to także oficjalny komunikat na stronie Indectu z 6 grudnia 2011 roku, zapewniający, że nie istnieją żadne plany użycia technologii podczas Euro 2012 ani w czasie tegorocznych Igrzysk Olimpijskich w Londynie.

… i wiele tajemnic

Osobliwe jest także zniknięcie dwóch dokumentów, które przez długi czas dostępne były na stronie Indectu. Pliki PDF zawierały informacje, jakie konkretne technologie inwigilacyjne mają zostać opracowane w ramach projektu. Osoby odpowiedzialne za te pliki jako przyczynę ich zniknięcia podają problemy z serwerem. Jednak zdaniem członka Parlamentu Europejskiego Franza Obermayra za zaistniałą sytuację odpowiada powołana do życia Rada Etyki projektu. Brzmi to przekonywająco, dopóki nie przyjrzymy się jej bliżej – z tego, co ustaliliśmy, wynika, że rzeczona rada składa się wyłącznie z osób uczestniczących w projekcie, z policjantów pochodzących z różnych krajów unii oraz z przedstawicieli stowarzyszonych z Indectem firm. Czyli krótko: osób zaangażowanych, które załatwiają własne interesy oraz interesy polityczne i gospodarcze państw, z których pochodzą. Do tego dochodzi wprowadzająca w błąd nazwa „Rada Etyki”. Zamiast krytycznie przyglądać się projektowi i chronić prywatność obywateli unii szacowne gremium sprawdza wszystkie dokumenty przed ich publikacją, aby zapobiec niekorzystnym publikacjom w mediach. W efekcie Rada Etyki jest raczej instancją cenzury, która ma dbać o to, aby wokół projektu panowało totalne milczenie.

Opór stawili eksperci z Chaos Computer Club oraz z Partii Piratów. Oba stowarzyszenia opublikowały dokumenty na swoich serwerach. Teraz pisma znów są dostępne na stronie projektu, ale uczucie niesmaku pozostało. Piraci gwałtownie protestują przeciwko Indectowi także w Internecie, np. na www.stopp-indect.info. Po tym, jak wielu polityków skrytykowało Radę Etyki i jej skład, przedstawiciele Indecta zaproponowali nawet jedno z miejsce w radzie piratom, ale ci odmówili. – Jedno miejsce to jeden głos, a to znaczy tyle co nic – mówi Stefan Urbach, członek Partii Piratów, i argumentuje, że gdyby Indect wszedł życie, wtedy byłby sygnowany przez piratów. – A my nie chcemy narażać się na zarzuty współpracy – kończy.

Konstytucja ostatnią przeszkodą?

Indect jest jeszcze tylko projektem, którego efekty nie zostały zastosowane, ponieważ najpierw muszą zostać zatwierdzone przez ustawodawcę. Na ile realna jest perspektywa, że aparat inwigilacji stanie się rzeczywistością? Nawet wykonawcy mają świadomość, że nie ma gwarancji na zastosowanie ich technologii. – Nie oczekuje się od nas, że dostarczymy gotowy produkt – powiedział CHIP-owi pracujący w zespole Indectu Jan Derkacz. Pomimo tego Derkacz podkreśla, że Indect uwzględnia realia polityczne/przered./ i z tego powodu ma dobre perspektywy na wdrożenie.

Urbach także uważa, że mimo wszystkich norm i aktów dotyczących ochrony danych w Europie, a także wbrew wszystkim protestom, do jakich w związku z projektem jeszcze dojdzie, i tak jest on nie do zatrzymania: – Indect zostanie sformułowany tak, że będzie zgodny z konstytucją unijną i z konstytucjami poszczególnych krajów członkowskich – twierdzi Urbach. Jednak Alexander Alvaro, członek Parlamentu Europejskiego, uspokaja: – Istnieją przynajmniej trzy artykuły konstytucji unijnej, które przemawiają przeciwko zastosowaniu Indecta. – Z tego powodu Alvaro podaje w wątpliwość, że Indect w ogóle uzyska zielone światło ze strony Parlamentu Europejskiego. Jego zdaniem niebezpieczeństwo tkwi raczej w tym, że pojedyncze elementy systemu zostaną przeszmuglowane do arsenału narzędzi policyjnych konkretnych państw członkowskich.

Polska, na której terenie powstaje jądro nowego projektu inwigilacyjnego unii, nawet jeśli Indect nie uzyska autoryzacji od PE, z dużym prawdopodobieństwem udostępni opracowaną technologię rodzimej policji. A wtedy wszystkie kamery i mikrofony w mieście zaczną rejestrować nasze poczynania – wystarczy wówczas wejście dla żartu pod prąd na ruchome schody w Złotych Tarasach, aby nagle na czyimś policyjnym tablecie pojawiła się nasza tożsamość i lista znajomych z Facebooka. To samo dotyczy dronów: jeśli te bezzałogowe systemy latające zostaną dopuszczone do poruszania się w przestrzeni miejskiej przez polskie prawo, już wkrótce małe i bardzo szybkie mechaniczne ważki będą nas nadzorować w dzień i w noc, na podwórkach, na balkonach, w parkach i na drogach.

Drogie państwo nadzoru

Indect jest największym badawczym projektem inwigilacyjnym bezpośrednio dotyczącym obywateli. Pochłonął już 15 milionów euro. W ramach wartego 1,4 miliarda euro programu badań nad bezpieczeństwem UE istnieje też kilka projektów, które są jeszcze droższe, lecz nie robią aż takiej furory w mediach, ponieważ nie dotykają bezpośrednio obywateli. Mają znaleźć zastosowanie np. w dziedzinie kontroli granic. Największym projektem jest Perseusz, realizowany pod kierownictwem hiszpańskiego koncernu technologicznego Indra, dysponujący budżetem 44 milionów euro, z czego ponad połowa pochodzi od UE. Resztę wnoszą zaangażowane w projekt firmy. Poniżej zestawienie najważniejszych projektów dotyczących bezpieczeństwa Unii.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.