Motorola uczy swoich klientów, że nie warto jej wierzyć

W momencie, w którym Google kupił Motorolę, fanom Androida szybciej zabiły serca. W końcu duży producent będzie oferował czystego Androida i będzie go na bieżąco aktualizował. Pierwszej rzeczy nikt nie zapowiadał, więc nie było aż tak wielkiego rozczarowania. Druga jednak była obiecana. Tymczasem...
'Warto nam zaufać'. Ta, jasne...

„Warto nam zaufać”. Ta, jasne…

Motorola, wraz z przejęciem przez Google, dołączyła do programu Android Upgrade Alliance. Uczestnictwo w tym programie zobowiązuje producenta do zapewniania najnowszej wersji oprogramowania przez osiemnaście miesięcy od momentu wprowadzenia go do sprzedaży. To z całą pewnością wpłynęło na wyniki sprzedaży. Nie tak bardzo, jak niektórym Komentującym mogłoby się wydawać. Pamiętajcie, jesteście świadomymi konsumentami. Większość waszych znajomych jednak nie wie jaki system operacyjny ma w swoich smartfonach, że o jego wersji nie wspomnę. Nie zmienia to jednak faktu, że takich świadomych użytkowników mało też nie jest. Stanowią oni niewielki procent całkowitego zbioru konsumentów, ale istotny. Zwłaszcza wizerunkowo.

Świadomi konsumenci, kierowani zarówno intuicją („no przecież Motorola należy do Google’a”), jak i obietnicą (członkostwo w Android Upgrade Alliance) zaczęli chętniej kupować urządzenia tej firmy. A co na to Motorola? Tworzyła listę telefonów, przewidywane daty udostępnienia nowej wersji systemu, i tak dalej. Piękna idylla, brutalnie przerwana przez rzeczywistość. Z listy tej zaczęły znikać telefony.

Jako pierwsze zniknęły smartfony z linii 4G Atrix, Electrify i Photon. Smartfony te, w momencie wprowadzenia na rynek, posiadały zainstalowanego Androida Gingerbread. System ten był już stary w momencie premiery, ale kto by się tam tym przejmował. Przecież upragniony Ice Cream Sandwich na pewno nadejdzie.

Nie nadejdzie. Deklaracje Motoroli miały na celu podbić sprzedaż i nic więcej. Urządzenia te do najtańszych nie należały, a ich dwurdzeniowe procesory z powodzeniem poradziłyby sobie z obsługą nowszej wersji Androida. Motorola oferuje promocję w Stanach Zjednoczonych, w ramach osłody: „przynieś starą Motorolę, dostaniesz studolarowy rabat na nową”. Co myślą o tym użytkowicy? Kto ma Twittera, niech przejrzy posty oznaczone tagiem #motofail. Ujmując dyplomatycznie: każą Motoroli wsadzić sobie owe sto dolarów w… nos. Dolar po dolarze.

Motorola wpadła wizerunkowo. Nieraz już słyszeliśmy płacz i lament z powodu aktualizacji. Użytkownicy iPhone’a 3GS dostają mocno okrojoną wersję nowego iOS-a. Użytkownicy Windows Phone’ów nie dostaną aktualizacji do wersji 8.0, zamiast tego, linia 7.x będzie dalej rozwijana. A w świecie Androida wsparcie producenta to ogólny problem. Tyle że tam nikt nic wprost nie obiecywał. Tu mamy złamanie danego słowa.

Wizerunkowo i tylko wizerunkowo. Motorole, które są (i ewentualnie będą) skreślone z listy nie zaczną gorzej działać. Dalej będą realizować dokładnie takie same funkcje, jak realizowały. Jakość rozmów będzie taka sama, poczta będzie tak samo wygodna, Angry Birds nie znikną. Ale ta garstka entuzjastów przestanie promować Motorolę wśród swoich znajomych. Bo poczuła się oszukana. Dostała przystawkę, czeka więc na danie główne, które nigdy nie nadejdzie.

Najbardziej w tym wszystkim nie rozumiem firmy Google. Czy to nie w jej interesie leży, by jak najwięcej telefonów było zgodnych z jak największą ilością API dla nowych aplikacji? Wydaje mi się, że tak. I tak jak Google nie ma bezpośredniego wpływu na HTC, Samsunga czy LG, tak Motorola należy do niego.

A tu taki klops…

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.