The Book of Unwritten Tales – recenzja gry (PC)

Dlaczego paladyni noszą tuniki? W co grają magowie? Jak zdobyć 89 poziom w kowalstwie i oszukać samą Śmierć? Na te i wiele innych pytań egzystencjalnych odpowie jedna z najlepszych gier przygodowych ostatnich lat. Oto The Book of Unwritten Tales i nasza recenzja.

W fantastycznym świecie od lat trwa nieustająca walka między siłami Przymierza i Armią Cieni. Oba obozy są już wymęczone wojaczką, ale nikt nie zamierza ustąpić. Pewien archeolog o imieniu McGuffin odkrywa w czeluściach własnej piwnicy Artefakt Losu, który zgodnie z legendą obdarzy nieograniczoną władzą swojego posiadacza. Przestraszony McGuffin nie chcąc wywołać globalnej katastrofy postanawia ukryć artefakt. Gdy zostaje porwany przez Armię Cieni, pragnącą wyłudzić od niego wszelkie informacje jedynymi osobami mogącymi mu pomóc stają się: żądny przygód, choć pozbawiony wszelkiego talentu gnom Wilbur, wysportowana i sprytna elfka Ivo, egoistyczny lecz nie pozbawiony uroku kapitan Nate oraz przedziwny, porozumiewający się we własnym języku różowy Zwierzak. Tak zaczyna się fabuła The Book of Unwritten Tales, która porwała mnie na wiele godzin i sprawiła, że uśmiech nie chciał zejść z mej twarzy.

Gra nie jest nowa. Na świecie miała swoją premierę już 3 lata temu, ale dopiero w zeszłym miesiącu, za sprawą IQ Publishing trafiła w końcu do Polski. Przyznam, że bardzo na nią czekałam. Pozytywne recenzje pozwalały mi wierzyć, że dobre gry przygodowe jeszcze nie umarły. Gra została kinowo spolszczona, co jest chyba najlepszym wyborem. Zostawiono oryginalny (i świetny) voice acting, a polskie napisy pozwalają w zupełności zrozumieć żarty i sens całej historii. Ostatnimi czasy miałam wrażenie, że developerzy  niejako zapominają o tym gatunku, który kiedyś święcił triumfy. Albo skupiają się na prostych wersjach casualowych (chociażby gry z pod szyldu Artifex Mundi), albo uderzają bardziej w interactive movie (patrz. Telltale Games). Brakuje w obu przypadkach przedniego humoru, klasycznego przemierzania wielu lokacji w poszukiwaniu przedmiotów i długich, rozbrajających dialogów.

The Book of Unwritten Tales zaspokoiło moje wymagania pod każdym względem

, a studio King Art Games od razu zdobyło moje zaufanie i teraz pozostaje mi tylko niecierpliwić się do premiery ich drugiej produkcji – The Raven, która zadebiutuje w kwietniu przyszłego roku.

‚One to rule them all…’ A nie, to nie ta bajka;)

The Book of Unwritten Tales

to niesamowita okazja do tego, by spojrzeć z dystansu na całą naszą popkulturę, a przede wszystkim na tematykę fantasy. Gnom, któremu powierza się magiczny pierścień celuje rzecz jasna w Tolkienowską trylogie. Śmierć, która powinna mówić „WIELKIMI LITERAMI” to prztyczek w Pratchettowy „Świat Dysku”. Mag i kupiec grający w grę MMORPG rozgrywającą się w dobrze nam znanym, szarym życiu. Twórcy gier, którzy pobierają abonament, a potem „i tak nic nie działa”. Wróżbici, którzy mówią to, co sami już dobrze wiemy. Smoki, które uczą się jak zostać potworami budzącymi grozę. Od „Frankensteina” poprzez „Szymka Czarodzieja” i „Secret of Monkey Island” aż do „Mission Impossible” – tutaj oberwie się każdemu. Odkrywanie na każdym kroku nowych aluzji i przywar jest w równym stopniu intrygujące co popychanie do przodu samej akcji fabularnej. Och więcej takich gier poproszę!

W świecie fantasy magowie grają w MMORPG o naszej rzeczywistości. 

Następną zaletą, która w zasadzie wynika z poprzedniej są

świetnie rozpisane dialogi i wyraziste postacie

– zarówno te główne jak i poboczne. Tutaj nie ma mdłych i papierowych bohaterów. W pamięć zapadną Wam absolutnie wszyscy. Czy to Król Złodziei mówiący z hiszpańskim akcentem, czy to Szaman będący wiecznie na haju, czy to topielica rozpaczająca po stracie ukochanego (moim ulubionym jest gadająca mumia z wysuszonym mózgiem:P) Dawno, dawno w żadnej grze nie spotkałam tak fascynujących i charakterystycznych NPC. Świetnym zabiegiem okazało się także wprowadzenie nie jednego, ale aż czterech głównych bohaterów, którzy w kilku momentach muszą ze sobą współpracować i to od nas zależy, czy dobrze wykorzystamy ich niezwykłe umiejętności. Sterując każdym z nich z osobna możemy ich lepiej poznać. Każdym z nich steruje się przyjemnie. Ivo jest seksowna, Nate bezczelny, Wilbur naiwny, a Zwierzak zabawny. Tu nawet ciężko wskazać ulubieńca, bo cała ekipa jest doborowa. Dialogi są długie i nie raz i nie dwa trzeba wykazać się sprytem przy wyborze odpowiednich odpowiedzi.

Najlepsza nawet fabuła i voice acting byłyby odebrane przeciętnie, gdyby gra nie miała tak oszałamiającej grafiki. No cóż, nie jest to może Crysis 3, ale widać, że artyści włożyli mnóstwo pracy w wygląd lokacji. Każda z nich posiada wyjątkowy klimat, a różny kąt padania kamer i bogata kolorystyka sprawiają, że poruszanie się po nich, nawet gdy wymagane jest kilkukrotne wracanie się do tych samych pomieszczeń w ogóle się nie nudzi. Zewsząd otacza nas baśniowa architektura, czy to w podziemiach gnomiego domku, zatopionych ruinach, szkole magów, czy wnętrzu wulkanu – z resztą screeny powinny Wam powiedzieć same za siebie. Lokacje są dwuwymiarowe i prerenderowane, natomiast same postacie są zrobione w pełnym 3D i ich animacja także nie pozostawia nic do życzenia. Optymalizacja pozwala na rozgrywkę w rozdzielczości do 1920 x 1200 pikseli, przy dostosowaniu  jakości grafiki i antyaliasingu.

Graficy odwalili kawał dobrej roboty

Dużą część obiektów możecie obejrzeć i naprawdę warto to robić. Nie tylko po to, by usłyszeć zabawny komentarz, ale także po to, by popchnąć akcje do przodu. Jeśli jesteście przyzwyczajeni do klikania tylko w te przedmioty, na których pojawia się symbol dłoni, szybko przekonacie się, że utknęliście w martwym punkcie. Praktycznie co drugi obiekt trzeba najpierw obejrzeć (czasem nawet dwukrotnie), by móc dokonać na nim interakcji. To podwyższa stopień trudności, ale wynika też z pewnej logiczności, z którą wiele przygodówek sobie nie poradziło. Na szczęście interakcja z przedmiotami wypada już nieco prościej – nie musimy klikać każdą rzeczą na wszystkim. Tam, gdzie akcja jest dostępna po prostu pojawia się odpowiedni symbol. Nie oznacza to jednak, że gra jest prosta – wręcz przeciwnie. Im więcej lokacji staje przed nami otworem tym szybciej można się zgubić;). Te zaś zmieniają się pod wpływem naszych wyborów i wystarczy, że ominiemy dialog z jedną z postaci, która stanęła teraz w innym miejscu, by mocno się zaklinować.

Zgrabna Ivo od tyłu i jedna z mini-gier

Mechanika gry jest tradycyjnym systemem point’n’click skupionym na zagadkach związanych z przedmiotami (jest ich około 150), jednak nie zabrakło także mini-gier. Będziemy musieli np. za pomocą strzałek na klawiaturze odtańczyć pewien rytuał, lub myszką uwarzyć magiczną miksturę wrzucając odpowiednie składniki do kotła i mieszając nimi w dobrą stronę. Nie są to rzeczy super skomplikowane, a urozmaicają rozgrywkę. Jeśli ktoś nie lubi samodzielnie przeszukiwać pomieszczeń za pomocą spacji może odkryć wszystkie hot-spoty. Pomyślano także o mapkach umożliwiających szybszą podróż i o skipowaniu animacji przejścia do innych lokacji. Szkoda jedynie, że twórcy nie zaimplementowali szybkiego poruszania się postaci za pomocą np. dwukliku.

Chyba nie sprawdzali zbyt wnikliwie;)

Wisienką na torcie jest odpowiednia ścieżka dźwiękowa składająca się z 25 utworów, które idealnie dopasowują się do otoczenia: a to spokojnie przygrywa w wiejskiej chatce McGuffina, a to bębni rytmicznie w obozowisku orków. Za symfoniczne brzmienia odpowiada tu

Benny Oschmann

– kompozytor odpowiedzialny chociażby za muzykę z Settlers VII. Epicka muzyka podkreśla całą baśniowość świata. Voice acting tak jak już wspominałam jest odpowiedni – głosy bohaterów są pełne emocji i widać, że nie były dobierane przypadkowo. Przy każdym popchnięciu akcji do przodu słyszymy także specyficzne fanfary, które podwyższają naszą satysfakcje z działań. Warto dodać, że soundtrack wraz z artbookiem i filmem z procesu powstawania gry dodawany jest do edycji kolekcjonerskiej, którą dostaniecie w cenie 89 zł.

Podsumowanie

Od początku do końca, przez całe 16 godzin nie miałam żadnych wątpliwości, że testowana gra jest najwyższej klasy produktem w swoim rodzaju. Świetnie prowadzona fabuła z niezłymi twistami, ciekawi bohaterowie, humor – ten cyniczny humor, którego w grach mi mocno brakuje – piękna grafika i odpowiednie udźwiękowienie przyczyniły się do tego, że chyba nieprędko jakaś przygodówka zdyskwalifikuje The Book of Unwritten Tales z czołówki mojego prywatnego rankingu. Każdy, kto kocha ten rodzaj gier i ma ochotę na powrót do korzeni przy zachowaniu współczesnych standardów technicznych musi po nią sięgnąć.

Ocena: 90/100

Plusy:

+

Humor wyśmiewający współczesną popkulturę

+

Wyraziści bohaterowie główni i NPC

+

Oprawa audio-wizualna

+

Fabuła z niezłym zakończeniem

+

Mechanika wymagająca kooperacji między postaciami

+

Cena (60 zł standardowa, 89zł kolekcjonerska) /czas gry: 15-20 godzin

Minusy:

Brak opcji szybkiego poruszania się postacią

Konieczność oglądania obiektów po kilka razy

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.