DmC: Devil May Cry – recenzja gry (PS3)

Zawsze odświeżanie starych marek budzi kontrowersje i niesie ze sobą ryzyko porażki. Trudno znaleźć złoty środek między oczekiwaniami fanów serii, a nowymi odbiorcami, mającymi zawsze wysokie wymagania. Nowe DmC jest jak diabelski, kuszący fajerwerk, który żarzy się i żarzy ciesząc oczy, ale nie chce głośno wybuchnąć...

Gracze to bardzo marudne społeczeństwo i mocno skostniałe. Ciężko przekonać nas do nowych rozwiązań, każdy innowacyjny pomysł rozpoczyna się od zbiorowej krytyki, a nie daj Boże, gdy ulubiona marka przechodzi pod inne skrzydła. Przecież „od razu wiadomo”, że to spartolą i że „to już nie będzie taka sama gra”. Jednak, gdyby nie wyobraźnia i odwaga developerów zatrzymalibyśmy się na paragrafówkach.  Po co w ogóle poprawiać udane tytuły? Ano po to, by trafiły one do nowego odbiorcy. Nie wszyscy gracze są fanami japońskiej kreski i ich szalonej stylistyki.  Dlatego nowy Dante musiał być inny od starego, musiał zostać uwspółcześniony, by wpasować się w dzisiejsze trendy i naszą, zachodnią popkulturę. To, czy bardziej podoba Wam się siwowłosy czy ciemnowłosy facet jest już kwestią indywidualnego gustu. Ja w ciągu 11 godzin przyzwyczaiłam się do jego nowego image’u tak bardzo, że chociaż mogłam nałożyć mu siwowłosą skórkę to stwierdziłam, że jednak wcale mu w niej nie do twarzy.

Dante powinien u każdego wzbudzić sympatię. Młody, gniewny, arogancki, wystawiający życiu środkowy palec i chowający dobre serce pod płaszczykiem bezczelności zmieszanej z  pozornym egoizmem. Osamotniony nastolatek, który spędza życie byle jak i byle gdzie. Buntownik dla zasady.  Barwny, ale nie przesadzony. Taki kumpel do bitki i popitki dla panów lub łamacz serc niewieścich do resocjalizacji dla pań. Podczas gry okaże się jednak, że choć dominują w nim cechy Spardy – demona, to również anielskie dobro, pochodzące od jego matki wyzwala w nim inne instynkty, bardziej ludzkie. Dante może sobie fuck’ować na wszystkie szatańskie pomioty dookoła i wmawiać sobie, że robi to głównie z zemsty, ale w kluczowych momentach zauważycie, że rodzaj ludzki wcale nie jest mu obojętny.

Fabuła gry

jest wciągająca, choć równocześnie nakreślona bardzo pobieżnie. Chłonie się ją bardzo szybko, od samego początku i chce się ciągle więcej, więcej, więcej – tylko, że to „więcej” nigdy nie nadchodzi. Pewnego dnia do drzwi przyczepy Dantego puka nieznajoma dziewczyna, która zamierza wprowadzić go do tajnej organizacji –

Zakonu

– zajmującej się eksterminacją demonów. Kat, jako jedna z niewielu ludzi posiada zdolności parapsychiczne umożliwiające jej zobaczenie równoległego świata –

Limbo

– który współistnieje z naszą rzeczywistością. I choć fizycznie nie może na niego oddziaływać, potrafi otwierać innym wrota do niego.

Limbo jest krzywym zwierciadłem naszego świata, pełnym surrealistycznych wizji, kpiącym z zasad fizyki i wypełnionym potworami. W zasadzie możnaby je nazywać Piekłem, gdyby nie fakt, że Piekło znalazło się już na ziemi. Ludzie co prawda nie smażą się w kotłach, ale są zniewoleni umysłowo i żyją w odrętwieniu, popijając łapczywie Virility (energetyk obiecujący „Bardziej umięśnionego, mądrzejszego i seksowniejszego Ciebie”) przy oglądaniu telewizji Raptor News, manipulującej faktami w całym kraju. Pieczę nad obiema korporacjami trzyma

Mundus

– nieśmiertelny i potężny demon, który trzyma w ryzach nawet prezydenta. To on zabił matkę Dantego, a ojca skazał na wieczne potępienie. Do pełni szczęścia brakuje mu tylko jednego – głowy naszego bohatera. Zgodnie z legendą bowiem, tylko

nefilim

– hybryda anioła i demona, będzie w stanie go pokonać. Dante ma nad nim jedną przewagę – Mundus nie wie, że istnieje drugi nefilim- Vergil. Sam Dante do czasu wstąpienia do Zakonu również nie zdawał sobie sprawy z tego, że ma brata, ponieważ po uwięzieniu Spardy rozdzielono ich i zatajono każde wspomnienie.

Mamy zatem do czynienia z typową opowieścią o heroicznej walce o wolność ludzkośc i. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby tylko nieco bardziej ją dopieścić. Możnaby lepiej rozwinąć wątek Kat, owej pięknej medium, której historię da się opowiedzieć w dwóch zdaniach. Podobały mi się jej relacje z braćmi, jej charakter – młodej, ufnej i doświadczonej przez los dziewczyny, która naraża własne życie dla innych ludzi. Głównym problemem DmC jest to, że jest zbyt krótki. Finał nie jest satysfakcjonujący, zwłaszcza dla tych, którzy grali w poprzednie części. Jest iskra, ale nie ma wybuchu. Naprawdę sądziłam, że oprócz tego, co widziałam w materiałach przed premierą gry zobaczę jeszcze dużo więcej. Tymczasem cała przygoda zleciała mi w tak błyskawicznym tempie, że poczułam lekkie rozczarowanie.

Zabójca Demonów

Walki są esencją każdego slashera i jeśli nie sprawiają przyjemności, to znaczy, że gra jest do bani. W

DmC: Devil May Cry

bez wątpienia każdy znajdzie coś dla siebie. Ci, którzy na co dzień nie grają w siekaniny otrzymają bardzo przystępny interfejs, dzięki któremu bez problemu poradzą sobie z każdym rodzajem wroga, a Ci z kolei, którzy uwielbiają łamać sobie palce przy wyciskaniu combosów (kupowanych za punkty umiejętności) i oglądaniu fantazyjnych ataków również będą zadowoleni. Podstawową bronią Dantego jest miecz Rebellion, ale szybko do jego arsenału dołączają inne rodzaje broni: anielska kosa i ostrza przypominające shurikeny, które zadają szybkie lecz słabe obrażenia wielu przeciwnikom na raz oraz diabelski topór i rękawice, analogicznie wolniejsze lecz bardziej potężne i pozwalające niszczyć tarcze. Do tego dochodzą

trzy rodzaje broni palnej

: standardowe pistolety, strzelba oraz broń wyrzucająca przyczepne ładunki wybuchowe. Dynamiki walce dodają haki, dzięki którym Dante przyciąga do siebie demony, lub wystrzeliwuje w ich kierunku. W połączeniu z unikami i skokami naprawdę jest co oglądać. Rozbijając kolejne hordy wrogów czuć radochę i to jest chyba najważniejsze. Można wspomóc się także Devil Trigger’em, czyli trybem czasowym, w którym Dante nabiera diabelskiej mocy, a akcja ulega spowolnieniu. Funkcja przydatna, ale dopiero na wyższych szczebelkach.

Oczywiście poziom trudności można wybrać według własnego uznania – jest ich aż 7, ale niestety przy pierwszej rozgrywce odblokowane są tylko trzy pierwsze, które dla starych wyjadaczy mogą okazać się zbyt proste. W zasadzie da się przejść całość bez kupowania wspomagaczy. Jeśli chcecie czerpać przyjemność z wszystkich aspektów gry, trzeba przejść ją kilkukrotnie. Ja z pewnością się za to wezmę, bo bardzo chcę zobaczyć jak długo pociągnę na najbardziej hardcorowym poziomie, w którym to Dante umiera od jednego ciosu;).

Wrogowie są zróżnicowani

i jest ich adekwatna ilość w stosunku do czasu całej gry. Są demony z piłami mechanicznymi, harpie, latające cherubinki, wiedźmy osłaniające mocą swoich sprzymierzeńców, stworzenia przypominające diabły tasmańskie, tankerzy, super szybkie demony z ostrzami wykorzystujące teleporty i parę pomniejszych pokrak. Większość jest odporna na dany typ broni, ale pokonanie ich nie zajmuje wiele czasu. W miarę upływu czasu nawet nie robi się trudniej, po prostu zamiast jednej fali wrogów robią się dwie lub trzy.

Bossów

jest tak jak mówiłam mało, ale są ciekawi pod względem wizualnym. Pomysły na wykonanie są fajne, ale głównym problemem jest to, że są bardzo wolni i z jednym wyjątkiem, nie wymagają od nas specjalnej zręczności. Ich czułe punkty są aż nadto wyraźne, a potężne ataki, które wykonują są również dosadnie zapowiadane, tak, że nawet szachista nie będzie miał problemu z refleksem. Szkoda, bo skoro Ninja Theory nie postawili na ilość to powinni na jakość, tym bardziej, że po Heavenly Sword wiemy dobrze, że potrafią stworzyć wymagających przeciwników.

W trakcie gry natrafimy także na sekretne pokoje, które są mini-wyzwaniami. Jedne sprawdzają naszą zręczność w sekwencjach akrobatycznych na torze przeszkód, inne polegają na pokonaniu danej ilości wrogów w określony sposób przed upływem czasu. By odkryć je wszystkie również musimy przynajmniej dwa razy przejść grę, ponieważ za pierwszym podejściem nie posiadamy wszystkich mocy – to zwiększa regrywalność, o tyle o ile komuś na tych wyzwaniach zależy.

Kolorowo jak w… Piekle?

Limbo byłam oczarowana, gdy tylko zobaczyłam pierwsze zwiastuny gry. Jako gracz szukający wszędzie nuty artyzmu co parę kroków zatrzymywałam się i zafascynowana oglądałam świat Otchłani, wypełnionej przerażającymi, ale też i fascynującymi pomysłami. Ninja Theory zastosowało tu pełną paletę barw, od soczystej czerwieni w lokacji z lunaparkiem, przez zielonkawo-błękitny, odwrócony do góry nogami kompleks Virility, aż po jaskrawożółte wnętrze klubu Lilith. W przeciwieństwie do realnego, szarego świata Limbo wygląda wręcz tęczowo, chociaż – to wcale nie znaczy, że jest infantylnie. Ciężkiego nastroju nie wywołują tu kolory, lecz świetnie zaprojektowane poziomy, ściany, które próbują Dantego zmiażdżyć, pękające pod nim ulice, napisy życzące nam szybkiej śmierci, surrealistyczne detale, klaustrofobiczne wnętrza wymieszane z otwartymi przestrzeniami, dzięki którym Otchłań nabiera prawdziwego znaczenia. Świat demonów jest piękny i wcale nie chce się z niego wychodzić.

Druga sprawa to oprawa audio. Chociaż na co dzień nie słucham takiej muzyki jaką reprezentują Combichrist czy Noisia to w grze zwyczajnie nie wyobrażałam sobie innej. Napędzała ona klimat udręczonych dusz i koszmarnego snu, a miejscami pobudzała do walki. W porównaniu z jękami i wrzaskami demonów – bomba. Voice acting jest także dobry, choć za Dantego nie mówi Reuben Langdon znany z poprzednich części.

Tim Phillips

pasuje idealnie pod młodego buntownika, a  do tego, jak możecie zobaczyć na poniższym dev diary – nawet fizycznie go przypomina;). Polska wersja kinowa jest świetnie przetłumaczona – nie ugrzeczniano żadnych przekleństw i nie zanotowałam żadnego błędu, czy braku ścieżki. W testowanej przeze mnie wersji na PS3 niestety wyłapałam drobne bugi. Dante raz zawiesił się podczas walki i nie mogłam wykonać żadnego ruchu prócz zmiany broni. Podczas cut-scenek często też spadało klatkowanie z początku animacji i przy końcu – nie było tak płynnego przechodzenia do gameplayu jakbym sobie tego życzyła.

DmC: Devil May Cry w całokształcie wygląda jak prequel odświeżonej trylogii, nadzieja na coś naprawdę wielkiego, co ma szanse zapisać się bardzo dobrze na kartach historii marki, o ile zostanie bardziej rozbudowane i dopieszczone pod względem trudności. W Limbo biega się świetnie, ale po wyjściu z niego czułam się jakby ktoś sprzątnął mi zbyt szybko niedojedzony kawałek ulubionego tortu. Mam nadzieję, że prędko usłyszymy zapowiedź kolejnej części, która nie będzie już musiała przekonywać starych graczy, że jest równie niezła co poprzednie i zaoferuje po prostu kawał piekielnej jazdy bez trzymanki.

Ocena: 80/100

Plusy:

+

Fantastyczne i dobrze zaprojektowane lokacje

+

Widowiskowe sekwencje zręcznościowe

+

Dynamiczna, płynna walka

+

7 poziomów trudności

+

Odświeżony Dante dalej jest sobą

Minusy:

Krótki czas gry (około 11 godzin)

Mała liczba bossów i zbyt proste walki

Pobieżnie nakreślona historia

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.