Jeśli nie megapiksele, to co?

19. sierpnia 2009 roku powinien przejść do historii fotografii cyfrowej. Tego dnia Canon pokazał PowerShota G11, który różnił się od poprzednika w bardzo nietypowy sposób...

Najpierw warto przypomnieć, czym były PowerShoty, należące do serii G. Canon traktował je w szczególny sposób – to były jego topowe, flagowe i w ogóle wzorcowe aparaty kompaktowe. Nieduże, kieszonkowe, ale oferujące sporo naprawdę profesjonalnych możliwości. W tamtych czasach kupowało je nawet wielu profesjonalistów, traktujących je jako uzupełnienie zaawansowanej lustrzanki o coś dyskretniejszego i bardziej poręcznego. Ale można to powiedzieć jeszcze trochę inaczej – Canony z serii G kupowane były przez ludzi, którzy znali się na fotografii i wiedzieli, od czego zależy jakość obrazu.

Tamtego dnia Canon zaprezentował model G11 (aktualnie na rynku jest G15…), wyposażony w matrycę o rozdzielczości 10 mln pikseli. I to było właśnie w niej niezwykłe! Poprzednik, PowerShot G10, miał matrycę o dokładnie tej samej powierzchni, ale rozdzielczości niemal 15 mln pikseli…

Tamtego dnia zakończył się wyścig na megapiksele.

Oczywiście zakończył się płynnie, symbolicznie, bo niektóre firmy wyhamowały megapikselowe szaleństwo nieco później od innych, poza tym można raczej mówić o wyraźnym spowolnieniu, a nie zatrzymaniu. Ale na pewno coś się wtedy zmieniło, coś pękło, coś stało się jasne. Kupujący, którzy znają się na fotografii, przestali zwracać uwagę na liczbę megapikseli matrycy.

Dlatego – co ciekawe – najdłużej pompowanie pikseli trwało… w najtańszych kompaktach cyfrowych. I trochę trwa nadal, podobnie jak w smarftonach, choć w obu tych kategoriach produktów dopychanie kolanem kolejnych milionów światłoczułych punktów ma akurat najmniejszy sens…

Tak czy siak, megapikselowy wyścig mocno wyhamował.

Więc zacząłem się zastanawiać, na co obecnie ścigają się producenci i jak na tym korzystamy my – użytkownicy aparatów cyfrowych?

I chyba nie ma już obecnie tak wyraźnego i prostego parametru, który zdominowałby specyfikację współczesnych cyfrówek. Wielki wyścig zmienił się w serię mniejszych, ale dla nas to chyba nawet lepiej…

A Ty, jak długiego masz zooma?

Jednym z wyścigów, który trwał równolegle z Wielką Gonitwą Megapikselową, była na pewno rywalizacja pod względem krotności zoomu aparatów cyfrowych. Najpierw „po prostu” zoomu, dlatego w którymś momencie na rynku pojawiło się sporo konstrukcji z napisami typu 600x czy 1000x. „Małym druczkiem” w specyfikacji napisane było, że chodzi o tak zwany zoom cyfrowy, czyli zwykłe ordynarne kadrowanie obrazu. Na szczęście kupujący szybko pojęli, że warto ten parametr omijać z daleka i od tamtej pory liczyły się zoomy prawdziwe, optyczne.

SX50 HS w akcji. Możliwości kompaktów z długim zoomem zapierają dech w piersiach, za to jakość obrazu już niekoniecznie...

SX50 HS w akcji. Możliwości kompaktów z długim zoomem zapierają dech w piersiach, za to jakość obrazu już niekoniecznie…

Aktualnym rekordzistą jest Canon, ze swoim 50-krotnym zoomem w PowerShocie SX50 HS. Ale naprawdę nie zdziwię się, jeśli za parę miesięcy ktoś pokaże zoom 56x, 60x czy 75x. Warto jednak zdać sobie sprawę, że podobnie jak w przypadku megapiskeli, ten wyścig stracił już swój sens. Tu także w grę wchodzą ograniczenia ze strony samych praw optyki – nie da się po prostu skonstruować tak długiego zoomu, który oferowałby dobrą jakość obrazu w całym zakresie ogniskowych. Na dodatek zmiana z 20x na 40x czy 50x nie jest jakoś szczególnie odczuwalna w praktyce. Dalsze wydłużanie ogniskowych w bardzo niewielkim stopniu zwęża kąt widzenia obiektywu i może być swobodnie zastąpione lekkim skadrowaniem zdjęcia w programie komputerowym.

No dobra, skoro ten wyścig nie też nie ma większego sensu, to może są jakieś inne?

Twardniejący twardziele

Zabawny wyścig możemy zaobserwować w dość specyficznej kategorii aparatów cyfrowych – kompaktach „wszystkoodpornych”. Z roku na rok stają się one jeszcze bardziej wytrzymałe: na upadek z określonej, coraz wyższej wysokości, na zgniatanie, a zwłaszcza na zanurzenie. Pod tym względem aktualnym rekordzistą jest Olympus Tough TG-2 iHS, którego bez dodatkowej obudowy można zanurzyć na głębokość nawet 15 metrów. Jeszcze niedawno dobrym wynikiem było 10 metrów, poprzednik tego modelu oferował już 12 metrów, więc – jak widać – „zanurzanie” odbywa się dosyć powoli.

Olympus Tough TG-2 iHS to obecnie największy cyfrowy twardziel na świecie.

Olympus Tough TG-2 iHS to obecnie największy cyfrowy twardziel na świecie.

Czy ten wyścig ma sens? I tak, i nie. Nie ma dlatego, że dla zdecydowanej większości nurkujących (czy raczej snoorkujących) wystarczy tak naprawdę odporność na zanurzenie do głębokości 3–5 metrów. Naprawdę mało jest osób, które bez dodatkowego sprzętu nurkują głębiej. Natomiast ci, którzy korzystają z akwalungów, wybiorą już raczej specjalne obudowy, pozwalające zanurzać aparat na głębokość co najmniej na 40 metrów.

Ale z drugiej strony takie dodatkowe wzmocnienie aparatu przyda się w wielu innych sytuacjach, niekoczniecznie związanych nawet z nurkowaniem. Taki aparat lepiej zniesie złe traktowanie przez dziecko, bezpieczniej przeżyje podróż w bagażu podręcznym czy plecaku, który spadnie nam na ziemię. Od przybytku twardości głowa nie boli, no chyba że niechcący sami uderzymy się w nią taką superwytrzymałą cyfrówką…

Coraz jaśniej to widzę

Jednoznacznie pozytywny wydaje mi się natomiast jeszcze inny wyścig, polegający na zwiększaniu maksymalnego otworu przysłony (tzw. jasności) obiektywów aparatów cyfrowych. Ma to pozytywny wpływ na dwie rzeczy: jakość zdjęć (zwłaszcza w przypadku mniejszych matryc) i ich plastykę, polegającą na nieco wyraźniejszym rozmyciu tła (mniejszej głębi ostrości).

Maksymalny otwór przysłony Samsunga EX2F (przy najkrótszej ogniskowej) to imponujące f/1,4.

Maksymalny otwór przysłony Samsunga EX2F (przy najkrótszej ogniskowej) to imponujące f/1,4.

Warto zauważyć, że ten wyścig odbywa się na dwóch torach. Pierwszym są aparaty kompaktowe z niewymiennymi obiektywami – coraz więcej jest na rynku konstrukcji, które oferują maksymalny otwór przysłony rzędu f/1,8 lub nawet większy. I bardzo fajnie, bo rzeczywiście ma to wpływ na jakość obrazu, a także trochę jego plastykę i sprawność autofokusu.

HandeVision Ibelux 40 mm oferuje maksymalny otwór przysłony... f/0,85.

HandeVision Ibelux 40 mm oferuje maksymalny otwór przysłony… f/0,85.

Równolegle do kompaktów coraz „jaśniejsze” robią się również obiektywy do systemowych aparatów bez lustra – bezlusterkowców. To nie jest może aż tak wyraźna i jednoznaczna tendencja, ale można ją zauważyć. Na rynku coraz więcej jest konstrukcji o niesamowitym maksymalnym otworze przysłony f/0,95 (Voigtlander, SLR Magic), a kilka dni temu mieliśmy okazję obejrzeć prototypowy obiektyw Ibelux 40 mm f/0,85, będący efektem współpracy japońskiej firmy Kenko i niemieckiej IBE.

Zarówno w przypadku kompaktów, jak i wymiennych obiektywów, efekty wyścigu są dla nas zdecydowanie pozytywne. Ścigajcie się tak dalej!

Coraz większe matryce

To ostatni wyścig, o którym chciałbym wspomnieć. Matryce aparatów (zwłaszcza kompaktowych) mają coraz większą powierzchnię, co na pierwszy rzut oka wydaje się również bardzo pozytywną tendencją. Ale… czy aby na pewno? To dość złożony temat, dlatego pozwólcie, że zrealizuję go jako niezależny artykuł.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.