Cenzura w Sieci

Swastyki dozwolone, nagie piersi – nie: internetowe koncerny narzucają użytkownikom własną moralność.

Mówiąc o państwach totalitarnych, na określenie tego rodzaju praktyk użylibyśmy słowa „cenzura”. Tymczasem uciekające się do nich serwisy internetowe nie spotykają się z głośną krytyką – w końcu ten, kto prowadzi stronę internetową czy sklep z appami, ma prawo sam decydować o tym, co tam publikuje, czyż nie? Google, Facebook, Amazon i Apple korzystają z tego prawa bez skrupułów. Z ich punktu widzenia temat cenzury w tym miejscu się kończy, ale dla użytkowników dopiero się zaczyna.

Absolutna władza internetowych usługodawców ujawnia się w codziennych sytuacjach – kiedy szukamy czegoś w Internecie, przeglądamy bądź udostępniamy zdjęcia albo pobieramy nowe appy. Co prawda, nie ma mowy o totalnej kontroli w północnokoreańskim stylu, jednak metody nadzoru treści stosowane przez Facebook czy Apple nadają pojęciu cenzury zupełnie nowe znaczenie.

Internet pod autorytarnymi rządami

W wolnym, otwartym Internecie wprowadzenie jakiejkolwiek formy cenzury byłoby w zasadzie niemożliwe. W rzeczywistości internetowi giganci od dawna tworzą w ramach Sieci własne światy, w których to oni określają zasady. Niczym bramkarze w ekskluzywnych klubach, szefowie koncernów – Mark Zuckerberg (Facebook), Larry Page (Google), Tim Coom (Apple) i Jeff Bezos (Amazon) – decydują, jakie treści mogą pojawić się w ich serwisach, a jakie muszą zniknąć. Przykładowo Apple umożliwia pobieranie appów tylko z jednego źródła – własnego sklepu – i decyduje, ile pieniędzy mogą zarabiać ich twórcy. Google decyduje, jakie strony znajdujemy w Sieci, i przywiązuje użytkowników do siebie, oferując im dodatkowe usługi. Facebook automatycznie określa, które wpisy znajomych, appy czy strony fanowskie mogą być dla nas interesujące. Ponadto, wprowadzając interfejs programistyczny Open Graph 2.0, Facebook kolonizuje Internet poprzez umożliwienie dodawania na stronach przycisków „Lubię to”, pól komentarzy oraz opcji logowania przez facebookowe konto użytkownika. Amazon zdominował rynek e-booków, ponieważ bogata oferta tytułów w połączeniu z dobrymi czytnikami okazuje się atrakcyjna pomimo uciążliwych zabezpieczeń DRM. Wirtualna księgarnia stała się też jednym z największych sklepów internetowych na świecie, a użytkownicy tabletów Kindle Fire mają nawet do dyspozycji osobne repozytorium appów. Windows 8 dowodzi, że Microsoft chce pójść w ślady Apple’a i wprowadzić podobny system sprzedaży appów z restrykcyjną kontrolą treści. Nawet Twitter wprowadził ostatnio nowy, zamknięty interfejs programistyczny, odbierający deweloperom wiele możliwości.

Oczywiście systemy nadzoru pomagają usuwać z Sieci nielegalne treści takie jak pornografia z udziałem dzieci – i właśnie do tego powinny służyć. Jak każdego innego narzędzia, można ich jednak nadużywać, by kasować arbitralnie wybrane treści. Kto nie zgadza się z zasadami panującymi w tym klubie, ten musi zadowolić się podrzędną knajpą. Przecież w Internecie dla wszystkiego jest alternatywa. Tylko kto w Polsce będzie używał wyszukiwarki Bing działającej zadowalająco jedynie w USA? Kto zostanie na Naszej Klasie, kiedy wszyscy znajomi są na Facebooku?

Ramię politycznej cenzury

Kasowanie treści często jest motywowane obowiązującym prawem (tym samym, które tak często jest ignorowane, kiedy przychodzi do ochrony prywatności). Za przykład mogą tu posłużyć odnośniki do plików umieszczonych w Sieci wbrew przepisom prawa autorskiego. Często wystarczy tylko, że właściciel praw, dajmy na to studio filmowe, zażąda usunięcia odnośnika – znika on z serwisu bez policyjnego dochodzenia czy wyroku sądu. Z drugiej strony restrykcyjne amerykańskie przepisy obowiązujące najważniejsze portale internetowe powodują, że tylko działając w ten sposób, operatorzy stron mogą uwolnić się od odpowiedzialności za naruszanie prawa autorskiego. Według publikowanych przez Google’a co miesiąc raportów z wyników wyszukiwania usuwa się około 13 milionów odnośników do nielegalnych kopii filmów, utworów muzycznych i e-booków. Liczba kasowanych odnośników bardzo szybko rośnie – jeszcze rok temu nie przekraczała jednego miliona miesięcznie.

Oprócz tego Google reaguje na wnioski instytucji państwowych i wyroki sądowe dotyczące na przykład stron o zniesławiającym charakterze. O ile jednak firma nie próbuje zadzierać z obrońcami praw autorskich, o tyle wnioski pochodzące od urzędników i polityków nie są traktowane równie bezkrytycznie. Są one rozpatrywane indywidualnie, a Google interweniuje tylko, jeśli faktycznie doszło do naruszenia prawa bądź polityki firmy. Przykładowo polskie władze złożyły w ubiegłym roku trzy takie wnioski, a jakiekolwiek dane usunięto jedynie w dwóch przypadkach.

Często żądania władz w gruncie rzeczy nie dotyczą łamania prawa, a niewygodnych bądź krytycznych treści – i nie dotyczy to wyłącznie państw uznawanych za niedemokratyczne. Przykładowo hiszpańscy urzędnicy domagali się skasowania z wyników wyszukiwania odnośników do 270 blogów i stron dotyczących tamtejszych osób publicznych. Z kolei Kanadyjczycy zażądali usunięcia z YouTube’a filmu, w którym obywatel tego kraju oddaje mocz na swój paszport i spłukuje go w toalecie. Nawet Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości chciała, by z wyników wyszukiwania zniknęła strona zawierająca krytykę tej instytucji. Wszystkie wymienione wnioski spotkały się z odmową Google’a. Amerykanie zablokowali za to użytkownikom z Turcji dostęp do wielu klipów na YouTubie krytycznie odnoszących się do współtwórcy Republiki Turcji Atatürka, jednak jest to jednoznacznie zakazane przez tureckie prawo – w sumie blokada obejmuje 63 proc. filmów, do których zgłoszono zastrzeżenia. Nadal mogą jednak działać niechętne władzom blogi. Paradoksalnie Google wyrasta w ten sposób na obrońcę wolności słowa.

Być może właśnie dlatego od kwietnia 2011 roku europejscy politycy pod auspicjami Komisji Europejskiej pracują nad nowym narzędziem kontroli treści: CleanIT. W ramach projektu, który może zostać wprowadzony w życie bez akceptacji parlamentów narodowych, formułowane są zasady usuwania niewygodnych treści mające obowiązywać firmy z branży IT. Oficjalnie jego celem jest walka z terroryzmem, jednak nietrudno wyobrazić sobie dodanie kolejnego: zwalczania nielegalnych kopii i innych treści uznawanych za nielegalne. Przyznawanie Komisji Europejskiej i największym firmom internetowym prawa do arbitralnego decydowania o tym, co powinno zniknąć z Sieci – pomimo dobrych intencji – wydaje się w najlepszym razie wylewaniem dziecka z kąpielą. By przekonać się, że pod płaszczykiem walki z terroryzmem w Internecie mogą kryć się rozwiązania kneblujące usta niewygodnych internautów, wystarczy spojrzeć na Wschód. Obowiązująca od listopada ubiegłego roku w Rosji podobna ustawa „antyterrorystyczna” doprowadziła już do zamknięcia kilkunastu witryn całkowicie nieszkodliwych, ale krytycznych wobec władz.

Niektóre firmy internetowe już dziś mają luźny stosunek do wolności wypowiedzi. Pod koniec 2010 Amazon odciął demaskatorską platformę WikiLeaks od chmurowej usługi Amazon Web Services, gdzie zapisane były ujawnione depesze amerykańskich dyplomatów. Działania Amazona umotywowano rzekomym wykryciem naruszania praw autorskich. Amerykański senator Joseph Lieberman zdradził jednak, że firma zareagowała na wniosek Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego Stanów Zjednoczonych. To oczywiste, że Jeff Bezos nie chciał okazać się niepatriotycznym partnerem portalu zdradzającego tajemnice ojczyzny.

Również Apple cechuje się bardzo specyficznym rozumieniem demokracji. W lipcu ubiegłego roku cenzorzy firmy nie dopuścili do sprzedaży gry Angry Syrians krytykującej syryjski reżim. Zgodnie z lapidarnym uzasadnieniem gra była „zniesławiająca i obraźliwa”. Z kolei pod koniec sierpnia ubiegłego roku usunięto ze sklepu app Drone+ zawierający mapę ataków przeprowadzonych z użyciem amerykańskich samolotów bezzałogowych. Program ujawnia jedynie przebieg działań wojennych i w żaden sposób nie pochwala wojny ani nie prezentuje drastycznych treści – nie ma tam zdjęć ataków, a tylko punkty na mapie – ale w pięknym i czystym świecie Apple’a nie ma dla niego miejsca.

Przykłady Apple’a i Amazona dowodzą, że granica między prawem a arbitralnością jest cienka, nawet jeśli z prawnego punktu widzenia firmom nie da się niczego zarzucić. „Usuwanie określonych treści nie jest wbrew amerykańskim przepisom” – mówi Rebecca Jeschke z organizacji Electronic Frontier Foundation zajmującej się obroną praw obywatelskich. „Zgodnie z amerykańskim prawem firma nie musi przechowywać na swoich serwerach materiałów, które jej nie odpowiadają.”

Pruderyjna moralność ponad prawem

Zarzucanie portalom internetowym, że wprowadzają cenzurę, byłoby nieuzasadnione, gdyby tylko ściśle trzymały się one przepisów prawa. Ich działania sięgają jednak znacznie dalej. O tym, jak daleko, świadczą słowa Steve’a Jobsa, zmarłego szefa Apple’a: „Wierzymy w nasze moralne zobowiązania” – napisał on kiedyś do klienta. Moralność – wielkie słowo i niewypowiedziana ignorancja w prawo jednostki do samostanowienia, budząca pytanie o to, kto ma prawo definiować moralność, skoro z urządzeń i usług Apple’a korzystają miliony ludzi z różnych krajów i kultur. W przypadku Apple’a są to pracownicy testujący appy przed dopuszczeniem ich – bądź nie – do sprzedaży. Testerzy sprawdzają na przykład, czy przedstawienie nagości „budzi uczucia seksualne zamiast estetycznych”, jak zostało zdefiniowane w wytycznych Apple’a.

Jak absurdalne skutki może mieć taka polityka, pokazuje przykład z zeszłej jesieni. Duński autor chciał opublikować w księgarni Apple iBook Store książkę o tamtejszym ruchu hipisowskim zawierającą również zdjęcia naturystów. Kiedy testerzy Apple’a odrzucili książkę, Duńczyk konsekwentnie zakrył widoczne na zdjęciach narządy płciowe rysunkami jabłek. Książka ukazała się, by po krótkim czasie zniknąć ze sprzedaży. Może cenzorzy pomyśleli, że pisarz robi sobie z nich żarty. O podobnej pruderyjności świadczy lipcowa reakcja Facebooka, który wykasował okładkę niemieckiego magazynu „Zeit” ze zdjęciem nagiego mężczyzny. Facebook w ogóle bardzo szybko kasuje zdjęcia. W marcu ubiegłego roku skasował fotografię dwóch całujących się mężczyzn, a w październiku – zdjęcie syryjskiej kobiety pozującej bez chusty i ze spisanym żądaniem poszerzenia praw kobiet w dłoni. Oficjalne stanowisko serwisu jest takie, że po zgłoszeniu przez internautę tego zdjęcia jako obraźliwego popełniono kilka błędów w procedurze weryfikacji.

Wymienione przypadki są tylko symptomami większego problemu leżącego u ich podłoża. „W zasadach Facebooka nie określono jednoznacznie, jakie działania je naruszają” – mówi Rebecca Jaschke z EFF. Dokument „Standardy społeczności Facebooka” informuje, że „Publikowanie w serwisie Facebook treści pornograficznych jest surowo zabronione. Udostępnianie treści zawierających elementy nagości jest dozwolone w ściśle ograniczonym zakresie”. Milczy jednak o tym, co obejmuje ten zakres. Czy zakazaną pornografię stanowi zdjęcie całujących się mężczyzn? A może zdjęcie muzułmanki bez chusty?

Piersi na cenzurowanym, a swastyki nie

Na razie nieprecyzyjne zasady stanowią źródło wielu ciekawych paradoksów. Apple odrzucił app satyrycznej kreskówki „South Park” jako „potencjalnie obraźliwy”, ale jednocześnie sprzedaje odcinki serialu w iTunes. W sklepie Apple’a można obejrzeć również kontrowersyjne okładki albumów muzycznych, jak choćby okładkę płyty „Blind Faith” zespołu o tej samej nazwie, na której widać nagą dziewczynkę trzymającą karabin. Dlaczego tu wolność artystycznego wyrazu obowiązuje, a w przypadku okładki magazynu już nie? Tego się nie dowiemy – Apple odmówił komentarza w tej sprawie. Również na Facebooku nie brakuje kontrowersyjnych stron fanowskich promujących przemoc wobec muzułmanów, Żydów czy kobiet. Są też strony, na których akty przemocy przedstawia się jako żarty, a Facebook, jeśli w ogóle reaguje, to tylko poprzez oznaczenie ich adnotacją „Kontrowersyjny humor”.

Kontrowersje budzą też niektóre produkty dostępne w sklepie Amazona, na przykład koszulki z motywami narodowymi bądź militarnymi i liczbą 88 oznaczającą dla neonazistów tyle co „Heil Hitler”. Portal wyjaśnia, że nie rości sobie prawa do decydowania o tym, jakie produkty są dostępne w sprzedaży, jeśli tylko nie łamią obowiązującego prawa. Nic więc dziwnego, że w amerykańskiej wersji sklepu można znaleźć nawet opaski na ramię ze swastyką czy inne nazistowskie „pamiątki” – oczywiście tylko do celów kolekcjonerskich.

Wygląda więc na to, że nagie piersi znikają z popularnych portali bardzo szybko, a swastyki – wcale. Przyczyny tego stanu można dopatrywać się w restrykcyjnych amerykańskich przepisach dotyczących ochrony dzieci i młodzieży, których naruszanie wiąże się z drakońskimi grzywnami lub karami więzienia. Za to poglądy polityczne są chronione przez amerykańską konstytucję. „Nazistowska propaganda jest formą propagowania poglądów politycznych, chociaż odrażających” – mówi Rebecca Jeschke. „Ujęcie takich wypowiedzi w ramy sztywnych wytycznych jest trudniejsze niż w przypadku nagich zdjęć”. Oczywiście za określonym stanem prawnym kryją się również względy ekonomiczne – usuwając ze sklepu kontrowersyjne pamiątki, Amazon straciłby klientów, a przecież neonaziści płacą takimi samymi pieniędzmi jak wszyscy inni.

Co szkodzi interesom, musi zniknąć

Dążeniem do maksymalizacji zysku dałoby się wyjaśnić również inne kontrowersyjne decyzje portali. Ze sklepu Apple’a skasowano gry Phone Story oraz In A Permanent Save State, odnoszące się krytycznie do warunków pracy w fabryce iPhone’ów. Ze sklepu szybko wyrzucono też przygotowaną przez Amazon aplikację Kindle, ponieważ dawała konkurencyjnej księgarni szansę sprzedawania e-booków bez dzielenia się zyskami z Apple’em. Nieraz pojawiały się też doniesienia o tym, że Amazon zdalnie kasuje książki z pamięci urządzeń Kindle, nie pytając o zgodę ich właścicieli. Ostatnio pewna Norweżka, która kupiła używany czytnik, utraciła cały zgromadzony księgozbiór z powodu problemów z kontem użytkownika poprzedniego właściciela urządzenia. Bezradna klientka nie doczekała się żadnych wyjaśnień ze strony księgarni. W lipcu ubiegłego roku z księgarni zniknęła „Czarna Księga WWF”, ponieważ organizacja WWF wytoczyła jej autorowi proces – w tej sprawie nie zapadł jednak żaden wyrok. Amazonowi zdarzało się też kasować niepochlebne recenzje, na przykład dotyczące uciążliwych mechanizmów ochrony przed kopiowaniem w grze Spore. Z powodu negatywnych opinii ocena gry dramatycznie spadła – można domyślać się, że zniechęciło to do zakupu wielu potencjalnych klientów. Tymczasem księgarnia zrzuciła winę za usunięcie niepochlebnych komentarzy na niepoprawny algorytm filtrujący.

Tego rodzaju algorytmy stosują również Facebook i Google, ale w bardziej subtelny sposób. Użytkownicy Facebooka już od dawna nie widzą w „Aktualnościach” wszystkich wpisów znajomych. Algorytmy decydują, które elementy będą dla danego użytkownika najbardziej interesujące, i tylko te są wyświetlane. Miarą popularności jest liczba polubień i komentarzy. Im więcej interesujących wpisów widzi użytkownik, tym więcej czasu spędza na Facebooku, a więc ogląda więcej reklam, podnosząc wpływy portalu. Żadną nowością nie jest filtrowanie wyników wyszukiwania przez Google’a. Firma nie zdradza, w jaki sposób działa algorytm PageRank, w jaki sposób uwzględnia on historię wyszukiwania danego użytkownika ani dlaczego usługi Google często są na liście wyżej niż konkurencja. A przecież niezrozumiale działające filtry i algorytmy sortujące też są formą cenzury.

Automatyczne narzędzia sposobem na powódź danych

Google i Facebook używają też automatycznych narzędzi analizujących do kontrolowania treści niewyobrażalnych ilości filmów i zdjęć lądujących na ich serwerach. Aby poradzić sobie z powodzią danych, stosuje się kaskadowe procedury sprawdzające, w ramach których wszystkie pliki, jeden po drugim, są poddawane coraz bardziej złożonym testom. Oznacza to, że na początek algorytm sprawdza tylko ogólną charakterystykę zdjęcia: czy przedstawia ono krajobraz, wzór graficzny czy człowieka. Fotografie ludzi są następnie kontrolowane pod kątem nagości albo drastyczności.

Facebook używa do tego celu współtworzonego przez Microsoft narzędzia PhotoDNA. Program porównuje zdjęcia użytkowników z bazą obrazów wykorzystywaną przez różne instytucje zwalczające przemoc wobec dzieci. Zawiera ona około 300 milionów plików graficznych, a także słowa kluczowe pojawiające się na pedofilskich stronach. „Naszym długoterminowym celem jest całkowite uniemożliwienie ładowania takich treści na serwery portalu” – mówi Charlotte Carnevale Willner kierująca zespołem ds. bezpieczeństwa w strukturze Facebooka.

Aby narzędzia do analizy obrazów mogły spełniać swoją funkcję, „trenuje” się je za pomocą ogromnych liczb zdjęć, na których jest lub nie jest widoczny szukany obiekt. Skuteczność rozpoznawania konkretnych motywów zależy od tego, na jakim tle są one umieszczone – im więcej różnych obiektów pojawia się na zdjęciu, tym trudniej oddzielić pojedynczy element od pozostałych i poprawnie go zakwalifikować.

Piersi to piersi

Na ogół dzisiejsze narzędzia analizujące trafnie rozpoznają twarze i nagie postaci, jak również logotypy znanych firm oraz popularne symbole. Nie można jednak jeszcze powiedzieć, że są inteligentne. Kobiece piersi zawsze są dla nich kobiecymi piersiami – nie ma znaczenia, czy zdjęcie ma charakter pornograficzny, czy też jest dziełem sztuki albo formą politycznej demonstracji, jak w przypadku aktywistek z Femenu protestujących przeciwko ograniczaniu praw kobiet. Z tego względu automatyczne mechanizmy często odrzucają niegroźne treści, a dopiero głośne wyrazy niezadowolenia ze strony internautów zmuszają administratorów serwisów do ponownej weryfikacji fotografii i zezwolenia na ich wyświetlanie.

Wiele firm zatrudnia kontrolerów mających korygować działanie filtrów analizujących i sprawdzać zgłoszenia użytkowników. W Facebooku zadanie to wykonują setki pracowników w czterech miejscach na świecie. To jednak zdecydowanie za mało, by radzić sobie z miliardem użytkowników i 219 miliardami zapisanych zdjęć, dlatego Facebook korzysta również z usług całej armii pomocników z całego świata zatrudnionych w formie telepracy. Niektórzy z nich zdradzili w serwisie Gawker, co widzieli na kontrolowanych zdjęciach: „pedofilię, nekrofilię, egzekucje, samobójstwa…”. To niewyobrażalnie niewdzięczna praca, którą Facebook wycenia na zaledwie jednego dolara za godzinę.

Chcąc sprzedawać aplikacje w sklepie Apple, nie jesteśmy zdani na łaskę algorytmów, ale prawdziwych ludzi, jednak wydawane decyzje wcale nie są przez to lepiej uzasadnione. Testerzy ręcznie sprawdzają, czy każdy nowy app działa i spełnia wymogi dziesięciostronicowej instrukcji Apple’a. Twórcy odrzuconych programów otrzymują tylko niejasne, lakoniczne uzasadnienie, dlatego trudno się dziwić zwłaszcza niezależnym deweloperom, że wątpią w uczciwość całej procedury.

Przyjęty kompromis pomiędzy jakością dostępnych treści a wolnością jej twórców zawsze określa wymiar cenzury. Podczas gdy Apple rygorystycznie kontroluje wszystkie elementy appów, Google daje twórcom oprogramowania do Androida znacznie więcej swobody. Jeśli app przejdzie test wykrywający szkodliwe oprogramowanie, natychmiast trafia do sklepu Play. Nowa platforma appów do Windows 8 plasuje się gdzieś pomiędzy systemami Apple i Google. Microsoft również sprawdza programy ręcznie, co trwa około tygodnia, jednak na razie odrzuca znacznie mniej appów niż Apple. Trzeba jednak pamiętać, że w początkowym okresie rozwoju szybkie zapełnienie sklepu appami jest priorytetem Microsoftu, więc polityka firmy może się jeszcze zmienić. Na razie najskrupulatniej sprawdzana jest spójność appów z kafelkowym interfejsem Windows 8.

Uciec przed cenzurą

Wszystkie opisane procedury kontrolne dają wielkim koncernom, które niemal całkowicie opanowały wiele obszarów Internetu, ogromną władzę nad dostępnymi zasobami. „Decydująca kwestia dotyczy tego, czy takie firmy mogą narzucać korzystającym z ich usług własne standardy moralne” – mówi Rebecca Jeschke. Ustawy mające na celu ochronę konkurencji nakładają na takich quasi-monopolistów różne ograniczenia i zakazują nadużywania dominującej pozycji. Tego rodzaju zarzuty ciążą obecnie między innymi na Google’u – Komisja Europejska sprawdza, czy wyszukiwarka Google umieszcza inne usługi swojego operatora ponad konkurencyjnymi odpowiednikami. Wynik tego procesu rzuci nowe światło na praktyki internetowych korporacji, jeśli tylko faktycznie wyjaśni, czy dominujący gracze tacy jak Google muszą traktować różne treści neutralnie, czy też mają w tej kwestii pełną dowolność.

Na razie jednak szefowie firm internetowych mogą ignorować krytykę i żądania większej swobody, ponieważ klienci akceptują narzucane im ograniczenia. Internauci zasilają rzeszę użytkowników Google’a czy Facebooka, bo usługi tych firm są same w sobie przydatne, wygodne i łatwe w obsłudze. Wielu z nich nie przeszkadza, że w ten sposób podtrzymują swego rodzaju dyktaturę dobrobytu. Nikt nie powinien jednak być pewny, czy aplikacja pobrana ze sklepu Apple, e-book kupiony w Amazonie czy zdjęcie opublikowane na Facebooku jutro nadal tam będzie. O tym, jak niebezpieczne może być uzależnienie od internetowych usługodawców, przekonał się między innymi pewien użytkownik Google’a. Jego konto zostało nagle zablokowane – rzekomo z powodu naruszenia regulaminu – a więc w jednej chwili stracił on siedem lat internetowego życia: wszystkie emaile, kontakty, zdjęcia czy dokumenty. Na szczęście nieporozumienie ostatecznie udało się wyjaśnić, ale przecież nie zawsze musi tak być.

Oczywiście elementem wolności jest również prawo do sprzeciwu wobec ograniczeń swobody i arbitralności decyzji internetowych usługodawców. Faktycznie jednak, chcąc nadal korzystać z najpopularniejszych usług i serwisów, niewiele możemy zrobić. Użytkownicy Google’a chcący uzyskiwać bardziej neutralne, niespersonalizowane wyniki wyszukiwania powinni regularnie usuwać pliki cookie z pamięci przeglądarki i wylogować się z konta Google przed użyciem wyszukiwarki. Korzystając z płatnych usług VPN, można obchodzić blokady treści bazujące na rozpoznawaniu adresów IP, uniemożliwiające użytkownikom z danego kraju na przykład dostęp do określonych klipów w serwisie YouTube. Właściciele iPhone’ów muszą odblokować swoje urządzenie, by móc korzystać z appów spoza sklepu Apple. Na Facebooku niedawno dało się aktywować wyświetlanie wszystkich treści, czyli wyłączyć filtrowanie, jednak po jednym dniu ten „błąd” został naprawiony. To dobry przykład na to, że sieciowi giganci zawsze pamiętają, by zamknąć przed użytkownikami każdą furtkę, zanim ktokolwiek zechce z niej skorzystać.

Chcesz być na bieżąco z CHIP? Obserwuj nas w Google News