Taki piękny, taki ładny, ale jak się zepsuje…

Elektronika użytkowa to już nie tylko narzędzie. To też ozdoba. Smartfony zamieniają się w elementy biżuterii, a Ultrabooki w małe dzieła sztuki wzornictwa. Szkoda tylko, że przy okazji stają się "nienaprawialne".

Kiedyś jak otwierało się maskę samochodu, człowiek znający podstawy mechaniki mógł od razu stwierdzić co się zepsuło, a czasem nawet, na własną rękę, naprawić lub wymienić wadliwy podzespół na ten działający. Dziś po otwarciu klapy kierowca widzi wielką osłonę silnika, chroniącą go przed ingerencją człowieka. A nawet jak ktoś odważy się ją usunąć, to i tak musi uważać na przeróżne złącza, elementy elektroniki i tym podobne. Lepiej oddać auto do serwisu.

Niestety, ten etap rozwoju w końcu trafił i do naszych sprzętów elektronicznych. Kiedyś, jak padł dysk, pamięć lub inny podzespół, wystarczyło rozkręcić komputer, sprawdzić co jest nie tak i podjąć odpowiednie działania. Dziś taką wygodę oferują jedynie desktopy. Dlaczego? Bo pozwalającego na to samo notebooka, zapewne, byśmy nie kupili.

Bo ma być ładny!

Sprzęt już nie tylko musi być szybki i wydajny. Ma też cieszyć oko i być wygodnym. Producenci prześcigają się w tym, by sprzęt był jeszcze zgrabniejszy, jeszcze lżejszy, jeszcze bardziej smukły. I bardzo dobrze! Sam po sobie wiem, że praca i zabawa z takim urządzeniem jest, tak po prostu, przyjemniejsza. Zwracam uwagę na urodę danego sprzętu i czasem nawet wolę ciut gorsze, ale ładniejsze urządzenie od tego brzydszego, ale posiadającego, na przykład, nieco więcej pamięci.

Zdawałem sobie sprawę, że za to płaci się tak zwane dodatkowe „serwisowe”. Dziś jednak przekonałem się, że wiedzieć o czymś, a doświadczyć czegoś, to dwie zupełnie różne sprawy.

Popsuło się:-(

W zamian za uczestnictwo w konferencji Microsoft Build 2013 otrzymałem, między innymi, komputer Surface Pro z klawiaturą Type Cover. I zakochałem się w tym maleństwie od pierwszego wejrzenia. Mógłby być lżejszy i mógłby pracować dłużej na baterii, ale oprócz tego, sprzęt jest genialny. Śliczny, wydajny, dopracowany w każdym szczególe. Szybko stał się moim podstawowym, jedynym PC. Problem w tym, że Surface jest… nienaprawialny.

Jest piękny, wygodny i mocny. Ale jak się popsuje, to masz przekichane

Jest piękny, wygodny i mocny. Ale jak się popsuje, to masz przekichane

Serwis iFixit wystawił mu najniższą możliwą ocenę jeżeli chodzi o „domową serwisowalność”. W urządzeniu kryje się tyle elektroniki i gadżetów, a całość jest zamknięta w lekkiej magnezowej obudowie, że zdecydowano, że dostępu do jego „bebechów” nie będzie miał nikt. Konstrukcja jest zgrzewana, zatrzaskiwana lub klejona. W przypadku uszkodzenia, Microsoft zamiast naprawiać urządzenie klienta, wydaje mu nowe od ręki. Sęk w tym, że w Polsce Surface nie jest sprzedawany, więc nie ma dostępnego żadnego serwisu.

A ja, niechcący, podczas czyszczenia, uszkodziłem na skutek wilgoci klawiaturę Type Cover. Przestała działać część przycisków. Normalną klawiaturę można reanimować: rozmontować, wyjąć przyciski, przeczyścić ścieżki, użyć higroskopijnych ziarenek i odprawiać inne czary. Type Cover jest leciutki, cieniutki, ma wbudowany akcelerometr a nawet przesympatyczną w dotyku, pluszową „obwolutę”. Cudeńko… którego nie da się rozmontować bez połamania. Próbowałem oczywiście suszenia a nawet mitycznej kąpieli w ryżu. Pacjent pozostał kaleką. Nowa? Najtaniej na Amazonie, z wysyłką jedyne 550 złotych (czytaj: kupa kasy, przynajmniej dla mnie).

Dopóki nie uzbieram na nowego Type Cover, moje stanowisko wieczornej pracy wygląda dość... karykaturalnie. W tle wygrzewa się na termoforze Type Cover, wtedy jeszcze miałem resztki nadziei. No ale przecież była taka zgrabniutka, cieniutka i ładniutka... ;-)

Dopóki nie uzbieram na nowego Type Cover, moje stanowisko wieczornej pracy wygląda dość… karykaturalnie. W tle wygrzewa się na termoforze Type Cover, wtedy jeszcze miałem resztki nadziei. No ale przecież była taka zgrabniutka, cieniutka i ładniutka… 😉

Takich sprzętów jest więcej

Mój Surface Pro to akurat szczególny przypadek, bo jest to komputer bez opieki serwisowej w Polsce (a wysyłka za granicę i naprawa, w efekcie, są nieopłacalne). Jednak Ultrabooki i sprzedawane w naszym kraju tablety wcale nie są lepsze. Pal licho, jeżeli problemem jest coś objętego opieką gwarancyjną. Wtedy tracimy tylko czas. Gorzej, jeżeli uszkodzenie powstało z naszej winy lub po ochronnym okresie gwarancyjnym.

Wtedy mamy znikome szanse na samodzielną, niedrogą reanimację sprzętu. Nawet jeżeli uda nam się odseparować obudowę od wnętrza sprzętu, znajdziemy w środku klejone elementy i pojedynczą płytkę drukowaną z całą elektroniką. Koszt wymiany na nową to niejednokrotnie 80 procent kosztów nowego sprzętu. A ten był leciutki, cieniutki i ładniutki, więc wydaliśmy na niego niemałe pieniądze.

Dlatego też warto rozważyć ubezpieczenie takiego komputera. Ja na pewno będę brał takie rozwiązanie pod uwagę. Wszystko się kiedyś psuje, nawet sprzęty najlepszych producentów. I nie wiem jak was, ale mnie nie stać na wymianę PC co dwa lata, a urządzenia za 1500 złotych mi nie wystarczają. Ubezpieczenie jest, niestety, drogie. Ale serwisowanie dużo, dużo droższe. Ewentualnie można się skusić na tradycyjnego desktopa lub notebooka tak skonstruowanego, by łatwo go można było naprawić. Tylko wtedy zazdrośnie będziemy patrzeć na te Macbooki Air, Chromebooki Pixel i Surface’y Pro mrugające do nas z witryn sklepowych…

Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.