Trochę żałuję, że opanowaliśmy mainstream

Popkultura została przejęta przez nerdów. Goście, którzy śmiali się ze mnie w podstawówce, bo grałem w gry komputerowe, chodzą teraz na imprezy w koszulkach z logiem Atari, albo buźką pac-mana, hipsterzy uważają, że granie na NES-ie jest... modne, a takie firmy jak Vans, czy Adidas mają swoje kolekcje sygnowane logiem Gwiezdnych Wojen. Ta sytuacja ma oczywiście swoje ogromne plusy, niestety jednak ma też swoje minusy.

Kiedyś potrafiłem wymienić wszystkie filmy fantasy/sci-fi dostępne w mojej wypożyczalni kaset. A teraz? Mission impossible. Samych filmów o superbohaterach jest tak dużo, że prawdopodobnie kilka z nich przegapiłem. Sporo gier, nawet tych dość popularnych omijam, bo nie mam czasu, żeby zagrać we wszystkie, a w księgarni, stojąc przed półką z fantastyką mogę przez godzinę oglądać książki, żeby w końcu żadnej nie kupić. Żyjemy we wspaniałych czasach, w których gry, komiksy, rpg, karcianki i tak dalej zaczynają być trakowane jako kolejne hobby, uprawiane przez miliony ludzi, a nie jako dziwne zajęcia, o których nie rozmawia się publicznie.

Jeśli coś staje się popularne na tyle, że bogaci ludzie, których już dawno przestało obchodzić to, na czym zarabiają miliony dolarów, dostrzegają w tym świetny interes to zaczną próbować zarabiać na tym kolejne miliony. I to bez przejmowania się takimi rzeczami, jak „tak się nie robi”, albo „prawdziwi fani nam tego nigdy nie wybaczą”. Tajemnicą Poliszynela jest to, że im szerszy zakres odbiorców, tym większa szansa na komercyjny sukces produkcji. A, że niektóre z nich cierpią na na przykład na tym, że muszą być dostosowane do oglądania w kinie przez czternastolatki? No cóż, bywa.

Kilka miesięcy temu, razem z większą grupą znajomych byliśmy w kinie na Strażnikach Galaktyki. Jednym z tegorocznych hitów Marvela. Po wyjściu z kina bardzo mi się podobało to, w jaki sposób tłumaczyliśmy sobie nawzajem dlaczego, w gruncie rzeczy, to był całkiem niezły film. Jeden z nas postanowił się wyłamać, stwierdził, że nigdy więcej nie pójdzie na „coś takiego” i pojechał do domu, ale na potrzeby tego tekstu przyjmijmy to za drobny szczegół. Strażnicy Galaktyki to film co najwyżej średni. Może był trochę lepszy od Kaczora Howarda, ale gdyby wyszedł w tym samym roku, w którym do kin trafił Matrix, nikt nie zostawiłby na nim suchej nitki. A to był jeden z lepszych filmów „dla nerdów”, który wyszedł w tym roku! Nowe Transformersy są jeszcze gorsze, a do tego niektóre ich fragmenty są bez sensu. Nawet Hobbit nie jest kręcony już na tym samym poziomie, co Władca Pierścieni. Jasne, byłoby to prawdopodobnie niemożliwe, żeby zrobić z niego Władcę Pierścieni II, ale ktoś, kto postanowił sfinansować ekranizację Hobbita z pewnością o tym wiedział i postanowił się tym zupełnie nie przejmować. Oczywiście cały czas w kinach pojawiają się bardzo dobre filmy, ale doczekaliśmy czasów, w których najzwyczajniej w świecie słabe produkcje, kierowane do nerdów stają się kasowymi hitami. Ciekawe swoją drogą, jak wypadnie nowa trylogia Gwiezdnych Wojen.

To właśnie jest ceną ogromnej popularności, którą obecnie cieszy się ta cała kultura gier wideo (zawierająca w sobie filmy, karcianki, książki, wiecie o co chodzi) i pomimo tego, że co chwilę dostajemy coś nowego do obejrzenia, pogrania, czy przeczytania, czasami spośród setek nowych tytułów ciężko wybrać coś, co zapadnie w pamięć na dłużej, albo okaże się tak dobre, że zdecydujemy sobie to po jakimś czasie odświeżyć. Matrixa w kinie ogłądałem trzy razy. Oprócz tego, że byłem na każdej premierze Władcy Pierścieni, byłem też na nocnym maratonie filmowym z całą trylogią, za to nie do końca pamiętam jak kończy się druga część Hobbita. Gdyby ktoś 10 lat temu powiedział mi, że w 2014 roku najpopularniejszą grą Blizzarda będzie darmowa karcianka, która w gruncie rzeczy jest do bólu uproszczoną wersją Magic The Gathering, z bardziej słodką, rysunkową grafiką, to bym go po prostu wyśmiał, albo uznał, że trafiłem na wariata.

Ci bogaci ludzie, właściciele największych firm wydawniczych, producenci filmowi i tak dalej, którzy zajmują się produkcją rozrywek, które tak uwielbiamy nie działają w imię zasady „Szczęście dla wszystkich za darmo! I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony”. Dla nich liczy się zysk i ja to rozumiem. Mam po prostu nadzieję, że coraz więcej ludzi zacznie domagać się wyższej jakości tego, za co płacą. Przecież to, że produkcja czegoś była diablo droga, nie oznacza, że musi to być produkt miałki, bez wyrazu i bez sensu. Ogromny budżet produkcji nie oznacza również, że będzie ona dobra i dopracowana na tyle, że obrazoburczym będzie wytykanie jej jakichkolwiek wad (patrz: Destiny). Dlatego zamiast podniecać się budżetami, zwracajmy większą uwagę na jakość tego, po co sięgamy dla rozrywki, albo nasza kultura skończy jak (prawie) wszystkie, które trafiły do mainstreamu.

Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.