A czy ty pobrałeś już płatne DLC dla Windows?

Microsoft stoi przed bardzo istotną dla siebie decyzją. Musi wycenić jeden ze swoich najważniejszych produktów w realiach taniej, utrzymującej się z reklam konkurencji. Nie może tracić na biznesie, ale nie może też stać się zbyt drogą alternatywą. A ewentualny błąd przyniesie za sobą katastrofalne skutki.

Kto by pomyślał tę dekadę temu, że Microsoft nie tylko nie będzie dominował na rynku konsumenckiej elektroniki, ale też walczył o bycie istotnym. Najpierw pojawił się wyśmiewany przez Steve’a Ballmera Apple ze swoimi MacBookami, iPhone’ami i iPadami, odbierając Microsoftowi, Nokii i BlackBerry właściwie cały rynek smartfonów i tabletów, a także stając się realną konkurencją na rynku PC-tów. Czego nie dokonał Apple, dokończył Google swoim Androidem i Chromebookami. Microsoft sam przyznaje, że choć nadal ma ponad trzy czwarte rynku notebooków i desktopów, tak jego udziały na wszystkich urządzeniach istotnych dla konsumentów nie przekracza 17 procent. Jedyne miejsce, gdzie pozostaje pewnym liderem, to oprogramowanie i usługi dla korporacji, choć i tu ma mocną konkurencję.

W drugiej połowie przyszłego roku na rynek wejdzie nowa wersja Windows, będąca kolejną, szalenie istotną iteracją tego systemu. Windows XP połączył „profesjonalne” jądro Windows NT z systemem dla konsumentów. Windows 8 wprowadził „Okienka” w świat urządzeń dotykowych. Windows 10 ma połączyć wszystkie światy i być jednym systemem dla wszystkich urządzeń. Zapowiada się wyśmienicie. Jednak nawet jeśli będzie najlepszy na rynku (co wcale nie jest oczywiste), to i tak może odnieść porażkę. Możemy się spierać, czy Android, iOS, Chrome OS czy wreszcie Android są lepsze czy gorsze od Windows, ale wszyscy możemy się zgodzić, że są „dostatecznie dobre”. Apple kradnie serca modnych i praktycznych, Android i Chrome OS zaś kuszą konsumentów i partnerów niską ceną. Co z tego, że na Surface z Windows 8.1 mogę pracować w korporacji i w domu, w Photoshopie i AutoCAD, obrabiać wideo 4K i mieć potężną maszynę do pracy, skoro muszę za tę przyjemność zapłacić kilka tysięcy złotych. A, umówmy się, większość konsumentów potrzebuje prostego edytora tekstu, arkusza kalkulacyjnego, Facebooka, Spotify i Angry Birds. A do tego spokojnie wystarczy tablet za 800 złotych.

Konkurencja może sobie pozwolić na darmowe oprogramowanie i niskie marże na sprzęcie, bo żyje z masowego sprzedawania urządzeń, które zbierają dane o użytkowniku by następnie serwować mu spersonalizowane reklamy. Microsoft się tym nie zajmuje, a nawet gdyby chciał, to i tak musiałby wpierw pokonać Google’a, któremu już bardzo niewiele brakuje, by zostać w tej branży monopolistą. To dla Microsoftu zbyt duże ryzyko, dlatego też musi znaleźć idealny kompromis. Oferować swoje produkty tak tanio, by były atrakcyjne dla mas, a zarazem zarabiać na tyle dużo, by mu się ten interes nie tylko opłacił, ale też i pozwolił na dalsze, wielkie inwestycje.

Jak znaleźć ten kompromis?

Microsoft ma nam przekazać oficjalne informacje na temat modelu biznesowego wokół Windows 10 dopiero w przyszłym roku. Spekulacji nie brakuje jednak już od wielu, wielu tygodni. Wśród ekspertów, blogerów i szerokopojętych internautów najpopularniejsze są trzy teorie:

  • Pozostanie jak było, a więc darmowy Windows dla urządzeń o przekątnej ekranu mniejszej niż dziewięć cali, tani Windows z Bing oraz względnie drogi Windows
  • Windows stanie się w pełni darmowy, a Microsoft będzie próbował zarabiać na usługach
  • Windows w wersji podstawowej będzie darmowy, ale będzie można do niego dokupić płatne moduły

Druga teoria staje się dla mnie coraz mniej prawdopodobna, zwłaszcza na rynku konsumenckim. Z bardzo prostej przyczyny: podstawowe, darmowe wersje usług Microsoftu są satysfakcjonujące dla większości konsumentów. Mało kto (wśród „Kowalskich”) potrzebuje wielu godzin międzynarodowych rozmów na Skype, dziesiątków gigabajtów w chmurze OneDrive czy wreszcie bardziej rozbudowanej wersji Office niż darmowy Office Online. Trzecia za to wydaje się bardzo interesująca.

Konsumenci i partnerzy otrzymują system za darmo, co pomaga zwiększyć udziały rynkowe i skuteczniej zachęcać do korzystania z innych usług Microsoftu. Windows jednak, podobnie jak Office 365, ma tysiące funkcji niepotrzebnych zwykłemu „Kowalskiemu”. Po co komu praca w domenie i obsługa Active Directory? Na co komu Media Center, jeżeli nie posiadamy kina domowego? Czy każdy użytkownik potrzebuje korporacyjnych metod szyfrowania danych typu BitLocker? Te funkcje są jednak bezcenne dla entuzjastów, deweloperów, profesjonalistów czy pracowników firm. I ci chętnie zapłacą (lub będą do tego zmuszeni z uwagi na to, że Microsoft ma niewielką konkurencję na tym rynku). Rozwiązanie darmowej „podstawki” i płatnych DLC wydaje się tu być idealnym rozwiązaniem dla giganta z Redmond.

To jednak tylko nasze gdybanie. Microsoft może wybrać inną drogę z powyższych lub zaproponować jeszcze coś innego, co nam do głowy nie przyszło. Model biznesowy wokół Windows 10 będzie jednak najciekawszym newsem ze stajni Microsoftu, dużo ciekawszym niż ogłoszenie kolejnych nowych funkcji następcy Windows 8.1.

Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.