Od redaktora – 2015/07

Konstanty Młynarczyk,

Konstanty Młynarczyk,
redaktor naczelny

Email, SMS, komunikator, hangout, Skype, Snapchat, post na Facebooku, tweet… Współczesne metody komunikacji pozwalają porozumiewać się z konkretnymi ludźmi, grupami ludzi albo całymi społecznościami z niebywałą łatwością. Nic dziwnego, że niemal wszędzie w obiegu informacji daje się zaobserwować oderwanie od dawnych, papierowych nośników. W większości firm – i coraz większej liczbie urzędów oraz instytucji – nie ma już wewnętrznych notatek, okólników czy tablic z obwieszczeniami. Decyzje o zmianach personalnych, strategicznych partnerstwach czy inne kluczowe podejmuje się, wymieniając między sobą emaile, a potem w ten sam sposób są one dalej przekazywane wszystkim zainteresowanym. W końcu tak jest szybciej, efektywniej i w dodatku ekologicznie. A jednak taki stan rzeczy ma pewien minus.

Otóż wszystko to tak naprawdę nie istnieje.

Próbując na chwilę spojrzeć na problem oczami historyka z przyszłości, dochodzimy do przerażającego wniosku, że końcówka wieku XX i cały XXI wiek mają szansę stać się czarną dziurą, jeśli chodzi o materiały źródłowe. Brak papierowego obiegu dokumentów sprawia, że nie pozostają żadne trwałe ślady procesów decyzyjnych czy przebiegu wydarzeń – ani urzędy, ani korporacje nie trzymają archiwów poczty elektronicznej dłużej niż kilka lat, a o jakimkolwiek archiwizowaniu rozmów prowadzonych przez komunikatory, Skype czy zapisywaniu SMS-ów nikt nawet nie myśli. Nawet powstające na potrzeby bezpieczeństwa kopie zapasowe nie poprawiają sytuacji: choćby ktoś postanowił zachować je dla potomności, to – jeśli nie zostaną zapisane na nośnikach klasy Millenium Disc czy podobnych – ich czas życia jest ograniczony do zaledwie dziesięcioleci! Czego zatem o tym, jak działał świat dziś, będzie można dowiedzieć się za sto, dwieście czy pięćset lat? Niestety, sporo wskazuje na to, że niewiele więcej ponad to, która gwiazda telenoweli zdradziła swojego trzeciego męża i z kim…