CHIP Winter Challenge

Był koniec stycznia, za oknami panowała piękna zima, taka z temperaturami do -20°C i solidną porcją śniegu. Na wieść o tym, że planuję kilkudniowy wyjazd w Bieszczady ,któryś z redakcyjnych kolegów stwierdził: "ciekawe, jak sprawdziłyby się tam teraz wszystkie te sprzęty reklamowane jako odporne na wszystko!". Na tak postawione pytanie odpowiedź mogła być tylko jedna: Sprawdźmy!

Nie pojechałem sam – wraz ze mną wybrali się koledzy z internetowego miesięcznika FragOutMag. Tak jak i ja, oni też zabrali ze sobą torbę pełną sprzętu do przetestowania, tyle że ich sprzęt wymagał pozwolenia…

Nawigować jest rzeczą konieczną

Droga w Bieszczady upłynęła spokojnie – pancerny tablet Panasonic Toughpad FZ-M1 z systemem Windows zapewniał nam rozrywkę (nadrobiliśmy filmowe zaległości), podczas gdy trasy pilnował Google Maps uruchomiony na mniejszym braciszku Panasonica, Androidowym FZ-X1. Trasa okazała się nie najprostsza, za to w miarę szybka i bardzo malownicza. W trakcie jazdy wyszły na jaw pierwsze specyficzne cechy Tughpadów. Otóż czas działania większego z nich, wyposażonego w procesor Core i „duży” system Windows 8.1, wynosi około 5 godzin. Nie jest to wynik imponujący, ale tyle w zupełności wystarczy do większości zadań, zwłaszcza że oba tablety są zaopatrzone w dwa wyjątkowo praktyczne rozwiązania: złącza stacji dokujących, w które wstawia się urządzenia, kiedy nie są używane, oraz baterie podtrzymujące, pozwalające „na gorąco” wymienić pusty akumulator na pełny, bez wyłączania systemu. My nie mieliśmy zapasowej baterii. Mieliśmy za to zasilacz, który ze swoim dedykowanym złączem zasilania przypomina raczej te stosowane w notebookach niż w tabletach. Okazało się, że nie pomyśleliśmy o zabraniu przetwornicy, więc nie jesteśmy w stanie doładować tabletu w samochodzie, z gniazdka 12 V… Cóż, kiedy już dopadliśmy sieć elektryczną, zasilacz doskonale spełnił swoje zadanie: naładował oba urządzenia Panasonica błyskawicznie. Tak, oba! Producent wykazał się myśleniem, które docenią wszyscy klienci korporacyjni, i wyposażył całą serię urządzeń w kompatybilne gniazdo zasilania. Już na miejscu oba tablety zdały test terenowy celująco. Wytrzymały polewanie lodowatą wodą i kąpiele w śniegu, deptanie i rzucanie, a potem doskonale zapewniały dostęp do Internetu w środku lasu. Nie wiem, czy Panasonic to zaplanował, ale większy świetnie nadaje się też do roli stabilnej platformy pod kuchenkę gazową, pozwalając wygodnie gotować w kopnym śniegu…

Panasonic FZ-M1

FZ-M1 to nie iPad. Tablet Panasonica ma służyć do pracy w każdych warunkach i znieść każde traktowanie. To narzędzie, którego miejsce jest obok podnośnika widłowego w magazynie, skrzynki z narzędziami minerskimi na poligonie czy wiertarki udarowej na placu budowy. I nie ma dla niego taryfy ulgowej – musi wytrzymać to samo co młotki, wózki paletowe i karabiny. Ale wytrzymałość to nie wszystko. Ekran dotykowy FX-a może być obsługiwany w rękawicach, a dla tych, którzy wolą precyzyjniejsze narzędzia, dołączono wygodny rysik bardzo ułatwiający pracę. Fantastyczną cechą jest możliwość wymiany baterii bez konieczności restartu urządzenia, uzyskana dzięki zastosowaniu niewielkiej baterii podtrzymującej. CENA: od 7200 zł

Panasonic FZ-X1

Niezniszczalny android? Nie chodzi o granego przez Arniego T800, ale o superpancerny telefon-tablet Panasonica do zadań specjalnych. Odporny na wodę, błoto, upadki i zgniatanie, wyposażony w czytnik kodów kreskowych i możliwość wymiany baterii bez wyłączania systemu – jest marzeniem profesjonalistów pracujących w każdych warunkach. CENA: od 5800 zł

Więcej o Panasonicu FZ-M1 i FZ-X1, galeria zdjęć: Tablety dla facetów, Tosieprzyda.pl

Zimne oko Olympusa

Przez cały wyjazd miałem ze sobą Olympusa Tough G4, obaj przeżyliśmy w dobrym zdrowiu, co oznacza, że to naprawdę odporny aparat. Odporny na niezbyt ostrożne traktowanie, podróże w kieszeni, zostawianie na drzewie czy rzucanie w śnieg, ale też na użytkownika nieinteresującego się fotografią jako sztuką, a jedynie chcącego zrobić „fajne fotki”. Jestem ogromnie wdzięczny inżynierom Olympusa za to, że przez cały czas do obsługi aparatu nie musiałem zdejmować rękawic (-18°C!) oraz że oprogramowanie nie atakowało nadmiarem opcji, jednocześnie dając dostęp do wszystkich tych ustawień, które są naprawdę konieczne (balans bieli, korekta ekspozycji…), żeby zdjęcia nie były popsute. Użyłem też kilka razy wbudowanego GPS-u do prób nawigacji – jest to wykonalne, choć mało wygodne. Warto jednak pamiętać, że G4 w razie czego jest w stanie uratować wam tyłki i bezpiecznie zaprowadzić do domu… Największe zaskoczenie? Miałem ze sobą dwie baterie, bo myślałem, że przebywając non stop na mrozie i robiąc dziesiątki zdjęć, Olympus będzie wysysał prąd jak smok, tymczasem przez cztery dni ledwo zużyłem 80 proc. zapasu energii z pierwszej z nich!

Olympus Tough G4

Aparat Tough G4 to mały twardziel. Przy szczelnie zamkniętych pokrywach zabezpieczających porty oraz gniazda jest w stanie bez problemu wytrzymać całkowite zanurzanie pod wodę, do głębokości 15 metrów, zrzucanie na twarde podłoże z wysokości dwóch metrów. Działa na mrozie, w deszczu i palącym słońcu. I jak na takiego malucha potrafi zaskakująco dużo! Robi wysokiej jakości zdjęcia, także w formacie RAW, oraz kręci filmy z dźwiękiem stereofonicznym. Ponadto jest bardzo bogato wyposażony: ma na pokładzie GPS służący nie tylko do geotagowania zdjęć, ale i do nawigacji, barometr pozwalający mierzyć wysokość i głębokość, a jego „supermocą” jest możliwość założenia dodatkowych obiektywów – szerokokątnego albo tele! CENA: 1600 zł

Zegarki w krainie zimna

Smartwatche to gorący temat. Łączą się z Internetem, śledzą pozycję przez GPS, mierzą tętno i liczą kroki, powiadamiają o poczcie. Potrafią wszystko! No, prawie wszystko. Nie potrafią przeżyć bez ładowania dłużej niż półtora dnia. W górach, na mrozie potrzebowałem czegoś pewniejszego. Zabraliśmy ze sobą dwa Casio o bardzo podobnych parametrach, ale należące do różnych serii: „podróżniczego” ProTreka i pancernergo G-Shocka. Oba są wyposażone w baterie słoneczne i mają przesadnie niemal duże przyciski, więc z żadnym z nich nie było problemów, ani jeśli chodzi o zasilanie, ani obsługę w rękawicach. Nosiłem ProTreka zapiętego na rękawie, dzięki czemu miałem szybki dostęp do informacji o czasie, zmianach ciśnienia i godzinie zachodu słońca czy do funkcji cyfrowego kompasu. A jako że nawet najprostsze G-Shocki są całkiem odporne na wodę, uderzenia, wstrząsy i zgniatanie, nie przejmowałem się szczególnie ani podczas szykowania obozowiska, ani forsowania potoków, ani rąbania drewna na opał. Obaj bracia są zaopatrzeni w te same czujniki, różnią się jednak sposobem prezentacji danych. ProTrek okazał się świetnie zoptymalizowany pod kątem szybkiego podawania informacji przydatnych w trasie, był prawdziwym towarzyszem, podczas gdy w G-Shocku położono większy nacisk na funkcje sportowe.

Casio ProTrek PRW-3500

W terenie docenia się zegarek. Inaczej niż w mieście, gdzie cały czas mamy pod ręką smartfon, tablet albo komputer, tu przydaje się tradycyjny przyrząd do mierzenia czasu na nadgarstku. Casio ProTrek to seria przeznaczona specjalnie dla turystów, a model PRW-3500 jest wyposażony we wszystko, czego można potrzebować w trasie. Dzięki bogatemu zestawowi czujników ten pancerny zegarek oferuje: informacje pogodowe, czyli temperaturę i ciśnienie (wraz z trendem zmian ciśnienia i alarmami burzowymi), elektroniczny kompas z funkcją zapamiętywania kierunku pozwalającą bezstresowo podążać ku obranemu celowi, wreszcie pomiar wysokości oraz informację o godzinie wschodu i – co ważniejsze – zachodu słońca. Nie trzeba się martwić o baterię, gdyż PRW-3500 doładowuje się światłem!
CENA: 1340 zł

Casio G-Shock

Podobnie jak jego brat, ProTrek 3500, G-Shock potrafi podać ci wszystkie informacje, jakich możesz potrzebować na szlaku: temperaturę, ciśnienie, kierunek, wysokość nad poziomem morza czy porę zachodu słońca, a do tego jest – jak wszystkie G-Shocki – twardzielem nie do zabicia. No i nie trzeba go karmić, gdyż dzięki technologii ToughSolar wystarczy, że świeci na niego słońce! CENA: 1250 zł

Prąd na czarną godzinę

Oczywiście miałem ze sobą smartfon. Zabrałem też czołówkę Mactronica ładowaną z USB, więc power bank Varty był czymś więcej niż tylko obiektem testu – był koniecznością. Po tym, jak przez 24 godziny na mrozie bez problemu naładował do pełna mój telefon i nadal miał zapas energii, z premedytacją trzymałem go przez całą noc w śniegu. Telefon udało się naładować jeszcze raz. Aha, ten power bank jest naprawdę odporny. Przejechaliśmy po nim samochodem…

Varta Indestructible Powerbank 6000

Banki energii stały się niezbędnym elementem wyposażenia, jakie zabieramy ze sobą w plecakach na turystyczne szlaki. Tyle że w teren warto zabrać power bank, na którym będziemy mogli bezwzględnie polegać: jeśli nas zawiedzie, nie znajdziemy alternatywnego źródła prądu i możemy zostać bez łączności ze światem. Odpowiedzią na te potrzeby jest „niezniszczalny” bank energii Varta, doskonale zabezpieczony przed wodą, błotem i kurzem (spełnia wymogi standardu IP67), a także odporny na upadki z wysokości 2 metrów oraz zgniatanie. Urządzenie oferuje pojemność 6000 mAh, wystarczającą do nawet trzykrotnego naładowania telefonu, oraz zawiera dwa wyjścia USB pozwalające ładować dwa sprzęty naraz. Jego natężenie wyjściowe wynosi do 3,4 A, co zapewnia dość prądu nawet dla bardziej wymagających akcesoriów.

CENA: 159 zł

Więcej o Varta Indestructible Powerpack, plus zdjęcia: Niezniszczalny zapas prądu, Tosieprzyda.pl

Lornetka Olympus 8×25 WPII

Na tyle niewielka i lekka, żeby nie być zawadą, kiedy całe swoje wyposażenie nosimy na własnych plecach, lornetka Olympusa oferuje powiększenie w zupełności wystarczające do podziwiania widoków, obserwacji zwierząt czy sprawdzania trasy. Jak na swoje rozmiary zapewnia dobrą jasność i pole widzenia. Dzięki uszczelnionemu, wodoodpornemu korpusowi nie trzeba martwić się przygodnym zamoczeniem, o które na szlaku nietrudno.
CENA: 399 zł

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.