Test: plecak fotograficzny Thule Perspectiv TPBP-101

Idealny na długie fotowyprawy.

To już kolejny praktyczny test plecaka fotograficznego na łamach CHIP.pl. Tak jak w poprzednich przypadkach ( Case Logic Luminosity oraz Case Logic Kontrast) jedyną, a zarazem najlepszą „procedurą testową” była praktyczne wykorzystywanie plecaka – i to rozciągnięte na kilka miesięcy. Thule Perspectiv TPBP-101 był przeze mnie noszony w upale i przy mrozie, na słońcu i w deszczu, ocierał się o skały, zaczepiał o gałęzie, lądował czasem w błocie. Nosił w sobie spore ciężary: po kilkanaście obiektywów, mnóstwo aparatów, a czasem nawet – w zależności od tego, jaka firma towarzyszyła nam na Fotospacerze, kilkadziesiąt smartfonów.

Oprócz wielu innych cech plecaka w takim teście sprawdzana jest bowiem najprostsza, podstawowa kwestia, jaką jest jego solidność. I wiecie co? Gdyby przetrzeć ten plecak tu i ówdzie gąbką, to kilku miesiącach intensywnej eksploatacji można by go sprzedawać jako nowy. NIC się nie zepsuło, nic nie naderwało, wszystko działa idealnie – suwaki (świetne RCPU od słynnego YKK), paski, rzepy, wszystko. Szczerze mówiąc sądzę, że po kilku latach jedynym powodem zmiany tego plecaka na inny mogłoby być jedynie znudzenie…

System nośny

Nie powinno się tego robić, ale zacznę od podsumowania tej części testu – Thule Perspectiv TPBP-101 to najwygodniejszy plecak fotograficzny, jaki kiedykolwiek nosiłem. Wygodne pasy naramienne, dość sztywny pas biodrowy, pasek na klatkę piersiową z regulacją wysokości, a przede wszystkim ogólny kształt plecaka wraz z właściwym wyprofilowaniem pleców – to wszystko sprawia, że mając w środku nawet kilkanaście kilogramów sprzętu można z tym plecakiem wygodnie łazić przez długie godziny. To prawdziwy fotograficzny plecak wyprawowy, prawdziwy „muł roboczy”, który bez marudzenia pomoże nam dźwigać spore ilości ciężkiego sprzętu fotograficznego na duże odległości, świetnie go przy tym (ale o tym za chwilę) zabezpieczając.

Jedno jedyne zastrzeżenie, jakie mam, to zintegrowana z tylną częścią plecaka, ale nieco krótsza od jego całkowitej wysokości dodatkowa kieszeń do noszenia laptopa (spokojnie mieści model z ekranem 15 cali). Wygląda to trochę tak, jakby projektanci Thule zrobili świetny plecak, po czym nagle zdali sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach tego typu kieszeń jest absolutnie obligatoryjna, a oni o niej zapomnieli. W głównej komorze nie bardzo było już miejsce, to dorzucili dodatkową płaską kieszeń tuż za plecami użytkownika. Płaską, jeśli bez notebooka – i wtedy plecak nosi się bardzo wygodnie – albo też wybrzuszoną, z notebookiem – i wtedy robi się już zdecydowanie mniej wygodnie. Plecak nie leży już idealnie, jest też sztywniejszy, gorzej się dopasowuje. Tragedii nie ma, to jest spadek z poziomu cudownie wygodnego na dość wygodny.

Szczerze mówiąc, trudno nawet uznać to za wadę. To nie jest plecak do użytkowania na co dzień, z notebookiem, aparatem, kilkoma obiektywami i drobiazgami, które mogą się przydać „na mieście”, ale plecak na prawdziwe fotowyprawy, na które bierzemy maksymalnie dużo sprzętu fotograficznego, za to notebook… Cóż, zdjęcia lepiej i tak obrobić na spokojnie, po powrocie.

System aranżacji wnętrza i funkcjonalność

Przyszła pora na to, żeby wyjaśnić, dlaczego mówię o tym plecaku, jako o plecaku wyprawowym, a nie polecam go do codziennego użytkowania. Po prostu Thule Perspectiv TPBP-101 najłatwiej porównać do skorupy żółwia – jest równie solidny, równie dobrze chroni cenną zawartość w środku, ale też… ma niemal równie prostą budowę. To właściwie jedna, ogromna, usztywniona komora (konstrukcja typu Cloudburst), zachowująca kształt nawet wtedy, gdy jest zupełnie pusta. I do której możemy dostać się tylko w jeden sposób – po zdjęciu plecaka i odpięciu dużego suwaka na tylnej ściance.

Zaleta takiego rozwiązania jest prosta – możemy poruszać się z nim w największym tłumie na indyjskim bazarze, a nikt nie wyciągnie nam po kryjomu sprzętu z głównej komory. No chyba że spróbuje rozciąć materiał plecaka, ale zdecydowanie nie będzie to łatwe. A kiedy już zdejmiemy plecak i otworzymy główną komorę, uzyskujemy od razu dostęp do całego sprzętu, bez przekładania czy przesuwania czegokolwiek. Wygodniej się nie da.

Ale to rozwiązanie ma też łatwo zauważalną wadę – jeśli nasz aparat znajduje się w środku, a my chcemy szybko wykonać zdjęcie, to mamy przechlapane. Przydałaby się jednak dodatkowa zasuwana klapka z boku, ułatwiająca choćby ograniczony dostęp do głównej komory lub też możliwość dojścia do niej przez górną kieszeń, tak jak w przypadku poprzednio testowanego plecaka Case Logic.

Plecak Thule nie rozpieszcza też użytkownika liczbą dodatkowych kieszeni. Z zewnątrz znajduje się tylko płaska, mała kieszonka, do której włożymy co najwyżej mapę czy bilet autobusowy, ale za to plecak prezentuje się naprawdę elegancko. Monolitycznie. Największa dodatkowa kieszeń (nie licząc tej na laptopa) znajduje się pod górną klapą. Zmieścimy tam swobodnie portfel, dokumenty, kanapkę czy telefon. Jest w niej także dodatkowa, mniejsza kieszonka z przezroczystego, wzmocnionego siatką tworzywa, a na samym wierzchu plecaka jeszcze jedna, znów bardzo cieniutka i płaska. Co ciekawe, usztywnione wnętrze głównej górnej kieszeni można odpiąć i częściowo wyjąć, ale… nie ma to sensu. I tak nie otrzymamy wtedy dostępu do głównej komory plecaka.

Z obu stron plecaka znajdują się też wykonane z elastycznego, ale solidnego materiału dość głębokie kieszenie zewnętrzne, do których można włożyć termos, butelkę z wodą albo też głowicę czy nogę statywu. Nad kieszeniami znajdują się bowiem paski, dzięki którym wygodnie zamontujemy nawet dość duży statyw lub monopod. Jakby tego było mało, na środku, w dolnej części przodu plecaka znajduje się jeszcze jeden uchwyt, a na górze szczelina, przez którą można przełożyć załączony w komplecie kolejny pasek zaciskowy. Jeśli zatem ktoś będzie chciał nosić aż trzy statywy (w tym jeden naprawdę duży) – da się.

Jak na prawdziwy wyprawowy plecak przystało, Thule Perspectiv TPBP-101 wyposażony jest też w dodatkowy pokrowiec przeciwdeszczowy. Sama konstrukcja plecaka (klejone szwy, gumowane zamki błyskawiczne, nieprzemakalny materiał) jest już przy tym sama w sobie na tyle wodoodporna, że pokrowiec warto stosować tylko w przypadku naprawdę solidnych ulew. Jest on schowany w dolnej części tylnej ścianki plecaka, pod miękką, elastyczną „poduszką” opierającą się o dolną część pleców.

Wnętrze plecaka zostało zorganizowane w sposób wybitnie prosty. Jedyną, główną komorę podzielić możemy w dowolny sposób za pomocą ogromnej liczby pasków i przegródek, wykonanych z miękkiego, ale sztywnego materiału i tradycyjnie łączonych na rzepy. Można podzielić je na kilka rodzajów – są przegródki cieńsze i grubsze, krótsze i dłuższe, plus specjalny „uchwyt” dodatkowo mocujący obiektyw. Ważne jest jednak co innego – jest ich na tyle dużo, że po dostosowaniu plecaka do swoich potrzeb niemal na pewno część będzie musiała zostać w domu. Thule zdecydowanie nie oszczędzało pod tym względem.

Od wewnątrz w otwieranej klapie (tylna ścianka plecaka) znajdują się dwie pokaźne płaskie kieszenie z przezroczystego tworzywa wzmocnionego siateczką. W górnej znajdziemy także dodatkowe, przypinane na rzepy kieszonki na 2 karty pamięci typu CF i 3 karty SD. Co ciekawe, mogą one zostać przypięte w dowolnym innym miejscu, np. nad przezroczystymi kieszeniami lub nawet na bocznej ściance głównej komory.

Całość, czyli duża, dowolnie aranżowana główna komora, system przegródek, sztywność plecaka, jego podwójna odporność na deszcz – wszystko to sprawia, że sprzęt fotograficzny przechowywany w tym plecaku jest świetnie zabezpieczony. A o to przecież przede wszystkim chodzi.

Dane techniczne i podsumowanie

Plecak ma wymiary 31×26×53 cm i waży 2,1 kg. Wymiary głównej komory to 30×16×45 cm.

Cena w Polsce to ok. 1000 zł

, zaś producent udziela gwarancji na okres aż 25 lat. Zdecydowanie szybciej znudzimy się tym plecakiem, niż go zniszczymy…

Od siebie dodam, że w ostatnim okresie był to mój ulubiony plecak fotograficzny. Z kilku powodów: jest niezwykle wygodny w noszeniu, bardzo pojemny i świetnie zabezpiecza sprzęt. Dla mnie znaczenie ma fakt, że jest także dosyć elegancki, w taki spokojny, stonowany sposób. Wrażenie robi jego „monolityczność”, wyróżniająca się na tle plecaków z tysiącem kieszeni, kieszonek, pętelek i sznureczków, a równocześnie nie obniżająca jego funkcjonalności. Zdecydowanie polecam!

Chcesz być na bieżąco z CHIP? Obserwuj nas w Google News