10 gadżetów, które warto zabrać na wyjazd

Za nami CHIP L.A.T.O., czyli Letnia Akcja Testowania Outdoorowego – spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w Beskid Niski sprawdzić, jak spisze się technologia w starciu z naturą.

Zacznę od miejsca. Jeśli lubicie wędrówki, góry, lasy oraz fantastyczne widoki i jakimś cudem do tej pory nie zdarzyło wam się odwiedzić Beskidu Niskiego, jedźcie tam koniecznie! Jest naprawdę piękny, a przy tym mniej wymagający kondycyjnie i technicznie oraz o wiele mniej uczęszczany niż sąsiednie Bieszczady. Pojechaliśmy tam na cztery dni, wędrowaliśmy poza szlakami i nocowaliśmy w lesie w hamakach. Nie było lekko, całkiem dosłownie. Sprzęt, który zabraliśmy ze sobą, ważył niemało. Podobnie jak power banki, które przez cztery dni były naszym jedynym źródłem prądu. W sumie cała elektronika, jaką miałem w plecaku, dociążyła go o dobre 3 kilogramy – podczas wielogodzinnego chodzenia po górach i przedzierania się przez zarośla to naprawdę dużo. Zwłaszcza że ponieważ nie zakładaliśmy uzupełniania zapasów po drodze, wszystko, co mieliśmy zjeść, nieśliśmy sami. Ale dość narzekania. Pora opowiedzieć, jak było!

Najlepszy przyjaciel turysty to…?

Najlepszym przyjacielem turysty, oczywiście jeśli chodzi o sprzęt elektroniczny, jest smartfon. Zdziwieni? Ja też byłem. Przez ostatnie lata, wyjeżdżając w góry, zabierałem ze sobą wodoodporny, pancerny telefon bez żadnych dodatkowych funkcji, który mógł spokojnie znieść ciężkie warunki na szlaku, a miał na tyle pojemną baterię (i niskie zużycie energii), że zapewniał mi komunikację ze światem nawet i przez tydzień włóczęgi z dala od ludzkich siedzib. Sytuacja się zmieniła: ponieważ smartfon zastąpił mi kompaktowy aparat fotograficzny, zacząłem zabierać go na wyjazdy, lecz trzymałem zabezpieczony przed wodą i z wyłączonymi interfejsami radiowymi. W tym roku jednak w sprzedaży pojawił się telefon, który zmienił moje spojrzenie na tę kwestię.

Postanowiłem sprawdzić w praktyce, czy Samsung Galaxy S7 – bo o nim mówię – rzeczywiście spełni moje oczekiwania. Wzięliśmy ze sobą dwa takie smartfony, używaliśmy ich intensywnie i na tej podstawie wydaliśmy następujący wyrok: nowy Samsung to świetna propozycja dla turysty. Przede wszystkim dzięki aparatowi należącemu do absolutnej czołówki w swojej klasie posiadacz S7 nie musi zabierać ze sobą ani kompaktu, ani kamery. Wszystkie zdjęcia i filmy, jakie możecie zobaczyć w tym materiale, zostały zrobione właśnie Samsungami – żeby fotografie były jeszcze lepsze, musielibyśmy zabrać ze sobą lustrzanki i zestaw obiektywów. Jeśli nie traktujecie fotografowania jako sztuki i celu wyjazdu (czy czegokolwiek, co uzasadniałoby dźwiganie dodatkowych kilogramów sprzętu), ten smartfon zapewni wam doskonałą jakość.

Druga bardzo ważna rzecz: „Es Siódemki” nie musiałem trzymać w torebce strunowej na wypadek ulewy albo niezamierzonej kąpieli w potoku. Opakowałem ją w pancerne etui OtterBox, żeby nie obawiać się o nią w razie upadku na kamienie, ale nie musiałem martwić się o zabezpieczenia przed wodą, bo nowe Galaxy spełniają najbardziej restrykcyjną normę wodo- i kurzoodporności IP68. To naprawdę pozwala czuć się swobodniej i używać urządzenia bez stresu. Trzecia niezwykle istotna sprawa to czas pracy na baterii. Tu nie jest aż tak różowo: mimo znacznie powiększonej – w porównaniu z poprzednikiem (oraz konkurentami) – baterii używany intensywnie, między innymi do kręcenia filmów i robienia zdjęć, S7 wymagał ładowania drugiego dnia pod wieczór. Gdyby chcieć skorzystać też z GPS-u i możliwości, jakie dają aplikacje turystyczne, pewnie czas ten skróciłby się jeszcze bardziej. Jednak umieśćmy ten wynik w odpowiedniej perspektywie: to niemal dwa razy więcej, niż udałoby się wycisnąć z większości innych smartfonów w takiej sytuacji, a gdyby włączyć tryb oszczędzania energii, można byłoby myśleć na pewno o trzech dniach bez ładowania.

To jednak nie koniec przyczyn, dla których S7 świetnie pasuje do plecaka. Nie wiem, czemu inni producenci nie idą tą drogą (z wyjątkiem Sony, które jednak też w najnowszym flagowcu zrezygnowało z tej funkcji), ale Samsung w tej chwili jako jedyny projektuje smartfony z obsługą standardu ANT+, z którego korzystają na przykład pulsometry, rowerowe mierniki kadencji i szybkości, precyzyjne, mocowane na bucie liczniki kroków czy zewnętrzne czujniki temperatury. Dzięki temu S7 może stać się centrum zbierania danych o tym, jak ćwiczymy, jeździmy na rowerze czy wędrujemy. My mieliśmy do naszych S7 podpięte czujniki temperatury Garmin Tempe: sprawdzaliśmy, jak zmienia się nocą temperatura wewnątrz śpiwora (jeden czujnik) w odniesieniu do monitorowanej na bieżąco temperatury zewnętrznej (drugi czujnik).

Więcej, niż tylko czas

Wyposażony w barometr, zewnętrzy czujnik temperatury, kompas elektromagnetyczny i aplikacje do nawigacji smartfon taki jak Galaxy S7 może służyć za mobilne centrum zarządzania wędrówką, ale zużywa wtedy zdecydowanie za dużo energii. Osobiście wolę używać go głównie w roli aparatu i kamery. Żeby mieć kontrolę nad sytuacją, wykorzystuję inne urządzenie – zegarek.

W Beskid wzięliśmy ze sobą dwa modele bardzo „outdoorowej” marki, czyli Casio. Tym razem do naszych testów trafił „elegancki turysta”, czyli ProTrek PRW6100, oraz prosty twardziel – G-Shock GD-X6900. Pierwszy z nich nie wygląda na wszechstronne turystyczne narzędzie. Jego wygląd pozwala nosić go na co dzień do wszelkich rodzajów stroju, bez ostentacyjnego zwracania uwagi na swoje zainteresowania. Jednak w terenie ProTrek 6100 pokazuje, że nie jest tylko biżuterią. Dzięki czułemu barometrowi i wyświetlaczowi pokazującemu trend zmiany ciśnienia pozwala kontrolować sytuację meteorologiczną i przewidywać załamania pogody. Odpowiednio skalibrowany czujnik ciśnienia umożliwia też barometryczny pomiar wysokości, ułatwiający nawigację w górach, a opcja zliczania różnic wysokości daje orientację w tym, jak wyglądała nasza trasa. Tu uwaga: wysokościomierz warto kalibrować zawsze, kiedy mamy taką okazję, czyli jesteśmy w miejscu o znanej wysokości, bo ten czujnik jest bardzo podatny na kumulujące się błędy. Uwagi wymaga również mierzenie temperatury. W ProTreku jest czujnik, który także warto skalibrować, a kiedy chcemy się dowiedzieć, jak bardzo jest gorąco (albo zimno), trzeba zdjąć zegarek i odczekać około trzech minut. Jeśli tego nie zrobimy, pomiar temperatury będzie zafałszowany przez ciepło naszego ciała. Bardzo przydatny jest wbudowany kompas elektromagnetyczny. Działa szybko i precyzyjnie, pozwalając bez wyciągania kompasu upewnić się, że zmierzamy we właściwym kierunku – lub w porę zauważyć, że zboczyliśmy z zaplanowanej trasy…

Mimo filigranowego, jak na produkty występujące pod marką ProTrek, wyglądu PRW6100 jest odporny na wszelkie wypadki, jakie mogą mu się przydarzyć na nadgarstku kogoś, kto przedziera się przez las i nie może bez przerwy uważać na zegarek. Wykonana z kompozytów żywicy koperta i pasek z włóknem węglowym są zarazem lekkie i wytrzymałe. ProTrek 6100 uwalnia użytkownika od jeszcze dwóch ważnych obowiązków: ustawiania czasu i ładowania. W większości rejonów półkuli północnej automatycznie synchronizuje czas dzięki nadajnikom radiowym, a jeśli chodzi o zasilanie, to cały cyferblat jest jednym wielkim panelem fotowoltaicznym, dzięki któremu zegarek ładuje się sam, zawsze kiedy jest wystawiony na światło.

W porównaniu ze swoim kolegą testowany przez nas także G-Shock wydaje się niemal prymitywny, oferując tylko pomiar czasu, stoper i czas światowy. Jednak właśnie ta prostota okazała się jego zaletą. Jest prosty, jest nie do zabicia i kosztuje ułamek ceny PRW6100, o którego cały czas się martwiliśmy. Co się stanie, kiedy gdzieś w górach zgubisz G-Shocka GD-X6900? Zupełnie nic – kupisz sobie nowego.

Zdjęcia, albo to się nie zdarzyło!

Trzeba mieć czym pochwalić się na Fejsie, Insta i YouTubie. Taki jest teraz najczęściej cel robienia filmów i zdjęć ze swoich wyjazdów. I bardzo dobrze – przynajmniej nie kurzą się na półkach, jak dawniej miały w zwyczaju albumy fotograficzne.

My, oprócz Galaxy S7, wzięliśmy ze sobą także dwa inne urządzenia do uwieczniania obrazów: kamerę 360 stopni Samsung Gear 360 oraz pancerną Olympus Tough TG-Tracker. Osobiście jestem zachwycony możliwościami, jakie daje fotografia obejmująca całe pole widzenia. Chodząc z Gearem 360, mogłem jednym pstryknięciem uwiecznić wszystko, co mnie otacza bez martwienia się o odpowiedni kadr i bez poczucia, że zdjęcie nie będzie nawet w połowie oddawało przestrzeni dookoła. Chociaż udostępnianie i prezentacja materiałów 360 stopni wciąż nie jest tak wygodna jak klasycznych zdjęć i filmów, staje się to coraz łatwiejsze, na dodatek po założeniu gogli VR można poczuć, jakby się znów było w miejscu wykonania fotografii – tego wrażenia nie da się porównać z niczym innym.

Gear 360 nie jest wygodny. Kula trochę większa od piłki do golfa słabo mieści się w kieszeni, a robienie nią zdjęć okazuje się dziwnym doświadczeniem. Wygodę zdecydowanie poprawia zastosowanie dołączonego uchwytu-statywu, a najlepiej opcjonalnego, większego statywu uzupełnionego o pilota zdalnie uruchamiającego migawkę. Możliwe jest też sterowanie kamerą z poziomu aplikacji w smartfonie, ale zdecydowanie mniej wygodne. Samsung zastosował w swojej kamerze szereg bardzo przemyślanych rozwiązań, takich jak wbudowane opóźnienie migawki, pozwalające zabrać palce z pola widzenia obiektywów, wygodne menu programowe obsługiwane przyciskami czy wreszcie możliwość wymiany baterii. Gear 360 jest też odporny na zalanie oraz całkiem wytrzymały: przetrwał między innymi nasze próby wykonywania „fotografii lotniczych”, polegające na rzucaniu kamery w powietrze i zdalne uruchamianie migawki. Dodajmy, że niekoniecznie udawało się ją złapać – na szczęście łąka zapewniła jej miękkie lądowanie.

Zupełnie innym stworzeniem jest Olympus Tough TG-Tracker – opancerzona krzyżówka kamery sportowej i ekstremalnej kamery turystycznej. To urządzenie przetrwa nurkowanie, uderzenia, upadki i przeciążenia. Co więcej, ma wbudowane czujniki, które zarejestrują, co się z nią działo! Dzięki GPS-owi, akcelerometrowi, barometrowi i kompasowi zapis z kamery Olympusa zawiera więcej niż obrazy: możesz pochwalić się też, gdzie byłeś, jak szybko spadałeś, jakie wykonywałeś ewolucje po drodze i jak mocno na koniec uderzyłeś o ziemię… Tough TG-Tracker nie zapisuje jeszcze, jak bardzo to bolało, ale pewnie i tę funkcję znajdziemy w kolejnej wersji.

Olympus zadbał o to, żeby jego kamera miała naprawdę świetną stabilizację obrazu. W komplecie dostajemy także specjalną nakładkę na obiektyw do zdjęć podwodnych. Niestety, odchylany ekran zastępujący celownik nie daje się obrócić, więc przy filmowaniu samych siebie musimy zdać się na niewielkie lusterko znajdujące się pod obiektywem.

Gry i zabawy

Wzięliśmy ze sobą zewnętrzny dysk twardy ADATA HD710. Zupełnie nie był nam potrzebny – zabraliśmy go z czystego okrucieństwa, żeby poddać go rozmaitym torturom i sprawdzić twierdzenia producenta na temat jego odporności. Przed wyjazdem wrzuciliśmy na niego trochę (nie chciało nam się zapełniać całej, wynoszącej 1 TB pojemności) różnego rodzaju plików, a potem… Potem rzucaliśmy dyskiem o drzewa, zakopywaliśmy w błocie, wreszcie sprawiliśmy mu kąpiel w potoku. To ostatnie wymagało trochę przygotowań, bo wyposażona w gumowe uszczelki klapka zamykająca złącze USB 3 pasuje do portu ściśle, ale nie trzyma się w nim mocno. Przed próbą wody musieliśmy starannie uszczelnić złącze i zanurzać dysk, zwracając uwagę, czy klapka trzyma się, jak trzeba. Trzymała, a HD710 po spędzeniu minuty na głębokości ponad 30 cm, obiciu się o kilka jodeł i świerków oraz bliższym zapoznaniu z glebą Beskidu Niskiego – działa bezbłędnie. Wszystkie pliki pozostają dostępne i nieuszkodzone, nie pojawiły się też żadne uszkodzone sektory. Szczerze mówiąc, jestem pod wrażeniem!

Nietechnologicznym odkryciem tej wyprawy było dla większości naszej ekipy spanie w hamakach. Pojechaliśmy wyposażeni w turystyczne hamaki i płachty (tak zwane tarpy) polskiej firmy Lesovik. Płachty posłużyły tylko do testów na sucho, bo pogoda była piękna i stabilna, więc wszystkie noce spędziliśmy, patrząc w gwiaździste niebo ponad dachem z liści. Natomiast hamaki były używane intensywnie i zapewniły nam niesamowicie wygodne noclegi. Jeśli jeszcze nie wędrowaliście z hamakiem, to przy najbliższej okazji spróbujcie koniecznie. Hamaki takie jak Pantera lub Duch Lesovika są lekkie i bardzo wytrzymałe, a komfort spania jest nieporównywalnie wyższy od tego, gdy leżymy na ziemi na czymkolwiek, co można wygodnie ze sobą nosić. Użyliśmy hamaków nie bez przyczyny. Oprócz komfortu noszenia i spania oraz faktu, że nocując w hamaku, najmniej ingeruje się w środowisko, chcieliśmy mieć obiekt pozwalający przetestować kamery termowizyjne: podłączaną do Galaxy S7 Seek Thermal Compact oraz wbudowaną w CAT kamerę FLIR ONE.

W oddzielnym materiale zaprezentujemy wyniki tych testów – teraz zapraszamy do obejrzenia części zdjęć, jakie przy tej okazji zrobiliśmy, oraz filmu pokazującego, jak przebiega reakcja w podgrzewaczu chemicznym Forestia. Wygląda na to, że podgrzewacze dołączane przez tę firmę do ich dań wykorzystują reakcję wapna gaszonego z wodą: na filmie widać, jak błyskawicznie w torebce, w której podgrzewane jest danie, temperatura osiąga ponad 80 stopni i utrzymuje się przez długi czas. Gotowe jedzenie, oprócz tego, że pyszne, nie było ciepłe – było gorące i parzyło. Zobaczcie koniecznie!

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.