Velociraptor: A jeśli to koniec?

Przeczytaliśmy dyrektywę o ACTA 2

Prace nad "ACTA 2", czyli dyrektywą Parlamentu Europejskiego dotyczącą praw autorskich, na czas wakacji zostały zawieszone. Obrady nad nią powrócą we wrześniu. O co tak naprawdę chodzi i komu zależy na przegłosowaniu nowego prawa? I czy faktycznie powinniśmy obawiać się jego wprowadzenia? Zajrzyjmy do źródła.

W 2009 roku Rupert Murdoch, właściciel News Corp, jednego z największych imperiów medialnych na świecie – wydawca między innymi opiniotwórczego „The Times” oraz „The Sun”, tytułu z zupełnie innej beczki, mówiąc wprost, brukowca – zapowiedział, iż ma zamiar wycofać wszystkie swoje treści z Google’a. Mediowy magnat twierdził, że wyszukiwarki żerują na treściach wyprodukowanych przez News Corp, a czytelnicy którzy tym kanałem do niego trafiają i tak nie są lojalni, wydawca nie straci więc wiele, jeśli ich nie będzie. Co to ma wspólnego z „ACTA 2”? Więcej, niż myślicie.

Celem dyrektywy jest uregulowanie interesów trzech grup: wydawców, dużych platform dostarczających cyfrowe treści i zwykłych ludzi. Dlaczego więc ci ostatni są przekonani, że „Unia chce im ocenzurować internet”? Skąd te obawy? Spójrzmy jednak na rzecz bez emocji, by zdiagnozować, skąd biorą się nieporozumienia wokół tej dyrektywy.

Mity i nieporozumienia

Zacznijmy od tego, czym nie jest „Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym”, zwana potocznie „ACTA 2”, czyli od obalenia mitów. Bo tych akurat wokół wyrosło mnóstwo.

Mit nr 1: „ACTA 2” to cenzura internetu

To chyba najważniejszy argument protestujących przeciwko dyrektywie. Zarzut wynika z błędnej interpretacji art. 13:

Dostawcy usług społeczeństwa informacyjnego, którzy przechowują i zapewniają publiczny dostęp do dużej liczby utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez swoich użytkowników, we współpracy z podmiotami praw podejmują środki w celu zapewnienia funkcjonowania umów zawieranych z podmiotami praw o korzystanie z ich utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną bądź w celu zapobiegania dostępności w swoich serwisach utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zidentyfikowanych przez podmioty praw w toku współpracy z dostawcami usług. Środki te, takie jak stosowanie skutecznych technologii rozpoznawania treści, muszą być odpowiednie i proporcjonalne. Dostawcy usług przekazują podmiotom praw adekwatne informacje na temat funkcjonowania i wdrażania środków, a także, w stosownych przypadkach, adekwatne sprawozdania na temat rozpoznawania utworów i innych przedmiotów objętych ochroną oraz korzystania z nich.

Jak ogół czytających zrozumiał ten punkt? Otóż tak, że nie można będzie np. na YouTube’a dodawać nowych filmików. To oczywista bzdura. Art. 13 zakłada bowiem, że duże platformy – takie jak YouTube – będą musiały wprowadzić mechanizm sprawdzający, czy dany utwór nie narusza praw autorskich (np. przez nieuprawnione wykorzystanie ścieżki dźwiękowej albo przez zwykłe piractwo). Mówiąc wprost: prawa autorskie każdego twórcy mają być chronione i o tę ochronę ma zadbać dostawca usług społeczeństwa informacyjnego, czyli np. YouTube. Dobra wiadomość jest taka, że duże platformy już teraz stosują takie zabezpieczenia. Na YT nie można wstawiać nagrań naruszających cudze prawa autorskie, bo algorytmy szybko takie treści wychwytują, a następnie blokują. Dyrektywa zakłada, że każda tego typu platforma ma dysponować takimi właśnie jak na YT mechanizmami kontrolnymi. Dla użytkowników oznacza to, że być może będzie musiał trochę dłużej poczekać na pojawienie się materiału w serwisie.

Mit nr 2: Koniec wszystkich memów

Ta obawa jest pokłosiem nieprawidłowej interpretacji tego samego artykułu. No bo skoro nie można na YT dodać filmu z soundtrackiem, do którego nie mamy prawa, to wniosek nasuwa się sam – nie można też będzie wrzucać do sieci cudzych zdjęć z dorobionym podpisem. Tymczasem na facebookowym profilu Komisji Europejskiej w Polsce czytamy:

Memy są bezpieczne. Tak samo jak karykatury, pastisze, parodie (w tym filmiki parodiujące) i wszystko co podpada pod satyrę. Od 17 lat obowiązują przepisy, które pozwalają Wam (i nam) tworzyć i udostępniać memy.

Fakt, otwarte pozostaje pytanie, jak na memy zareagują nowe algorytmy. Czy będą potrafiły rozróżnić satyrę, parodię czy karykaturę od ukradzionego zdjęcia lub obrazu. W końcu dla nich to tylko zestaw pikseli, a podpis – choćby był najzabawniejszy na świecie – raczej nie zostanie przez algorytm doceniony.

Mit nr 3: Będziemy płacić podatek od linków

Strony grzmiące o konieczności bojkotowania „ACTA 2” twierdzą, że nie można już będzie udostępniać na Facebooku, w prywatnych wiadomościach czy na stronach takich jak choćby nasza, linków do artykułów z innej domeny. Skąd ten mit? Tym razem z niezrozumienia idei art. 11 dyrektywy, który po prostu wprowadza podobną ochronę dla wydawców prasowych, jaką do tej pory cieszyli się np. producenci filmów. Jak zauważa Gazeta Prawna: “Nie zmieni się zaś definicja prawa autorskiego, zatem treści, które obecnie nie są nim objęte (np. większość linków), dalej nie będą podlegały ochronie”.

Co to dokładnie oznacza? Mówiąc krótko: rozpowszechnianie treści artykułów znajdujących się np. za paywallem nie będzie dozwolone. Ale linkowanie do nich na Facebooku, w prywatnych wiadomościach czy innymi kanałami w dalszym ciągu będzie możliwe (i z punktu widzenia wydawców – wskazane). Zapisem tym wydawcom miała być przyznana dodatkowa ochrona przed podmiotami, które zarabiają na treściach wytworzonych przez innych. Przykładem takiego podmiotu jest Wykop.pl albo Google News – serwisy agregujące treści pochodzące od wydawców. Jeśli “ACTA 2” kiedykolwiek wejdzie w życie, to właśnie one (być może) będą uiszczać opłatę na rzecz wydawców, do których linkują (i dzięki treściom których istnieją i zarabiają). Na początku tekstu przywołałam Ruperta Murdocha, który już w 2009 roku grzmiał, że Google News demoluje jego biznes prasowy. Art. 11 ma więc pomóc wydawcom europejskim, by nie musieli narzekać na to, na co narzeka Murdoch – na bezkarne sięganie po treści, za które nie zapłaciły ani złotówki, dolara lub funta.

Nie. Nie zabronimy memów.Nie. Nie ma czegoś takiego jak #ACTA2.Nie. Nie ocenzurujemy internetu.Nie. Nie będziemy…

Opublikowany przez Komisja Europejska w Polsce Niedziela, 1 lipca 2018

Skąd te obawy?

Ogólnie rzecz biorąc z doświadczenia życiowego internautów. Weźmy na przykład youtube’owy algorytm, którego opracowanie kosztować miało 60 milionów dolarów. Drogi, ale daleki od ideału. Nie zawsze działa w sposób poprawny. Operuje on na zerach i jedynkach, nie zawsze więc w poprawny sposób wykrywa, czy przeróbka danego utworu jest remiksem, coverem, pastiszem czy jednak zwykłą kradzieżą, a autor oryginału dziwi się niepomiernie widząc swoje dzieło udostępnione za darmo w serwisie. A internauci wiedzą, jak trudno rozmawia się z serwisami takimi jak YT czy FB, które potrafią błyskawicznie zablokować konto, natomiast odwołanie od arbitralnej decyzji obsługi serwisu bywa drogą przez mękę. Wiedzą to wszyscy ci, których strony Google uznało za rozsyłające spam, a FB zdjęcie matki karmiącej piersią uznał za pornografię.

To, co trzeba wiedzieć o dyrektywie dot. praw autorskich to fakt, że nie jest jej ideą regulacja tego, jak normalni ludzie korzystają z internetu. Ideą jest regulacja relacji między wydawcami (np. CHIP-em) a dużymi platformami (np. Google’m, Facebookiem). 

Dlaczego akurat teraz?

Próba uregulowania na nowo praw autorskich w ramach struktur unijnych jest  bezpośrednio powiązana ze strategią jednolitego rynku cyfrowego. W uzasadnieniu wniosku dotyczącego wprowadzenia „ACTA 2” czytamy (w linku pełny tekst dyrektywy po polsku):

W wyniku rozwoju technologii cyfrowych (…) zwiększyła się też rola internetu jako głównego rynku rozpowszechniania i dostępu do treści chronionych prawem autorskim. W tych nowych warunkach podmioty praw, które chcą udzielić licencji na korzystanie ze swoich praw i otrzymać wynagrodzenie z tytułu rozpowszechniania swoich utworów w internecie, napotykają trudności. Może to postawić pod znakiem zapytania rozwój kreatywności i produkcję kreatywnych treści w Europie. Należy zatem zagwarantować, aby autorzy i podmioty praw otrzymywali należną część wartości generowanej poprzez korzystanie z ich utworów i innych przedmiotów objętych ochroną. W tym kontekście wniosek przewiduje środki mające poprawić pozycję podmiotów praw w zakresie negocjowania i uzyskiwania wynagrodzenia za eksploatację należących do nich treści w ramach internetowych usług udostępniania treści zamieszczanych przez użytkowników”.

Jednolity rynek cyfrowy to strategia, w ramach której Europa ma być nie tylko zbiorem państw współpracujących ze sobą w świecie fizycznym, lecz także cyfrowym, powstała w 2015 roku (tu znajdziecie jej pełny zapis). Jednolity rynek cyfrowy to:

  1. lepszy dostęp do towarów i usług w internecie,
  2. tworzenie warunków do rozwoju sieci i usług cyfrowych,
  3. maksymalizacja wzrostu gospodarczego generowanego przez gospodarkę cyfrowwą.

Na pierwszy rzut oka to zestaw komunałów, jeśli jednak wczytać się głębiej w założenia strategii, to okazuje się, że jest w tym sens. Strategia jednolitego rynku cyfrowego skupia się w dużej mierze na tym, jak wspomóc wzrost cyfrowego rynku europejskiego i zawiera konkretne przykłady. Spaść ma np. cena przesyłek zagranicznych, co w domyśle napędzać ma rozwój europejskiego e-commerce. Dostęp do cyfrowych treści ma być taki sam niezależnie od miejsca pobytu internauty (znacie to zapewne z autopsji – chcecie kupić światła do roweru w zagranicznym sklepie internetowym, ale okazuje się, że sklep przekierowuje was na lokalną wersję serwisu, w której konkretnego przedmiotu nie ma, albo jest droższy). Znalazło się w niej też wiele zapisów korzystnych dla przedsiębiorców, związanych między innymi z VAT. To właśnie w ramach tej strategii zniesiono opłaty za roaming w UE.

Jaki jednak związek ma „Strategia jednolitego rynku cyfrowego dla Europy” z omawianą przez nas dyrektywą? Otóż Komisja Europejska dąży do unifikacji rynku cyfrowego po to, by firmy europejskie mogły więcej zarabiać. Tymczasem dostęp do informacji w dużej mierze oddaliśmy firmom amerykańskim. To Facebook czy Google rządzą tym, co widzimy i co kupujemy. KE chce to zmienić, a “ACTA 2”, czyli tak naprawdę nowe zapisy o prawach autorskich, to jedna z części strategii. „ACTA 2” ma po prostu ułatwić wprowadzenie w życie zapisów „Strategii jednolitego rynku cyfrowego”. W innym przypadku mogłoby się okazać, że amerykańskie firmy stają się wielkim hamulcowym europejskiego rozwoju usług cyfrowych.

Skala protestów

Gdy sprawa „ACTA 2” pojawiła się w mediach przez Polskę przetoczyły się niezbyt liczne protesty. A przecież, przeciwko ACTA, zaledwie 6 lat temu na ulice polskich miast – mimo zimy i niskich temperatur – wychodziły tysiące osób.

Spójrzmy zatem, jak wyglądało zainteresowanie tematem ACTA 2 w Polsce.

Jak widać emocje sięgnęły szczytu 30 czerwca. Informacja o wakacyjnej przerwie w pracy nad dyrektywą spowodowała wyraźny spadek zainteresowania.

Jak widać z powyższego zestawienia, fraza “ACTA 2” budziła emocje. Ale jeśli umieścić kontrowersje wokół cenzury internetu w kontekście innych wydarzeń, które miały ostatnio miejsce, to wykres w Google Trends będzie wyglądać zupełnie inaczej:

W porównaniu z Mundialem zainteresowanie unijną dyrektywą w naszym kraju okazało się mizerne.

Porównać też można liczbę lajków, jaką zebrały “antyactowe” fanpage teraz i w 2012 roku. Jedna z najliczniejszych stron ma trochę ponad 5 tysięcy obserwujących. W 2012 roku “Lubię to” przeciwko ACTA kliknęło 150 tysięcy osób.

Nie chcę dowodzić, że powinniśmy bagatelizować „ACTA 2”. Boże broń. Jeśli jednak wczytać się w zawiły prawniczy żargon, to okazuje się, że przeciwnicy tej dyrektywy wiele jej zapisów przedstawili w niekorzystnym świetle, czym sprawili, że ustawa, która ma dać więcej kontroli twórcom nad ich dziełami, stała się publicznym wrogiem numer jeden, przynajmniej w „internetach”. | CHIP

Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.