Czterowirnikowy dron wyrastający ze szkicu.

Jaki dron wybrać?

Wietrzny koniec października nie skłania do latania, ale to dobry moment, by zainteresować się dronami. Może niewielki kwadrokopter będzie tym, co spełni wasze marzenia o lataniu. Pytanie tylko, czy już wiecie jaki bezzałogowiec chcecie kupić? Czy chcecie po prostu polatać, czy ścigać się pomiędzy drzewami?

Robisz ruch drążkiem i z wysokości 100 metrów widzisz świat tak jak w Google Earth. Pstryk. Filmujesz siebie na klifie od strony morza. Robisz gest ręką i selfie gotowe. Chcesz poczuć prędkość. Popychasz drugi drążek, a mały kwadrokopter mknie przed siebie ponad 100 km/h na godzinę (o ile to reacer…). Kończy się bateria, dron uruchamia procedurę autonomicznego powrotu do punktu startu i bezpiecznie ląduje.

Jak to lata?

Takie „cuda” potrafią przeznaczone do zastosowań amatorskich drony, a nie profesjonalne bezzałogowe statki powietrzne. Zdalnie sterowane statki powietrzne, które są coraz bardziej popularne na całym świecie to kwadrokoptery (czasem multikoptery). Tego typu drony poruszają się i utrzymują w powietrzu dzięki czterem wirnikom (najczęściej). Choć na ich pokładzie mogą znaleźć się bardzo zawansowane rozwiązania technologiczne, takie jak np. procesor przetwarzania wizyjnego, który pozwala omijać przeszkody, to zasada działania kwadrokoptera jest stosunkowo prosta. Znacznie mniej skomplikowana, niż chociażby helikoptera.

Silniki w dronie rozmieszczone są w równych odstępach od ramy urządzenia i obracają wirniki ze sztywnymi łopatami. Dwa z nich kręcą się zgodnie z ruchem wskazówek zegara, dwa w stronę przeciwną. Sterowanie dronem i jego ruch w przestrzeni odbywa się dzięki zmianie prędkości obrotowej pojedynczych silników.  Jak ruchy drążka na kontrolerze przekładają się na pracę wirników, możecie zobaczyć na poniższym rysunku.

Zasada działania kwadrokoptera (rys. CHIP)

Prawo wagi, czyli dlaczego dron powinien być lekki

Latanie dronem jest fajne. To słowo chyba najlepiej oddaje radość z latania. Daje poczucie wolności i zaspokaja w pewnej mierze odwieczną potrzebę eksploracji przestworzy, jaka tkwi w wielu z nas.

Jednak wolność ma swoje granice. Przekonał się o tym pewien Chińczyk, który wzbił się swoim dronem nad warszawskim pl. Zamkowym. W Polsce, jak i w każdym innym kraju, na każdej otwartej przestrzeni obowiązuje prawo lotnicze, które musimy respektować. Akurat Chińczyk pewnie nie wiedział albo… leciał na tzw. „przypał”, w strefie ROL48, w której obowiązuje całkowity zakaz lotów statkami  bezzałogowymi.

Takich zupełnie wyłączonych stref w Polsce jest całkiem sporo. Nie można latać np. na terenie parków narodowych, nad portami, obiektami wojskowymi, bankami, zaporami, elektrowniami, obiektami o znaczeniu strategicznym itp.  Szczegóły, które ma obowiązek znać każdy droniarz, a mówiąc bardziej profesjonalnie, operator BSP zostały opisane w stosownym rozporządzeniu Ministra Infrastruktury i Budownictwa z 9 grudnia 2016 roku (tu link).

DroneRadar – tutaj sprawdzisz czy w danym miejscu, w konkretnym czasie można latać dronem.

Może się to wydawać nudne, ale nieznajomość prawa nie zwalnia z obowiązku jego respektowania. Nieznajomość może okazać się bowiem szczególnie bolesna, gdy zechcecie polatać poza granicami Polski (np. 900 zł wynosi kary lot „bez wiedzy” stosownych urzędów nad jednym z niemieckich miast).

Treść ustawy jest również bardzo istotna dla każdej osoby, która planuje zakup drona, Wynika z niej, że osoby latające sportowo i rekreacyjnie są zobowiązane do zachowania co najmniej 100 m odległości poziomej od linii zabudowy i zgromadzeń ludzi oraz 30 metrów od pojedynczych osób, pojazdów, obiektów budowlanych. Mówiąc wprost: w Polsce nie wolno amatorsko latać w terenie zabudowanym. Chyba, że znajdziecie jakiś bardzo duży pusty plac czy park. Jest jednak wyjątek: te zapisy nie mają zastosowania dla modeli latających o masie mniejszej niż 600 gr!

Lekkie drony mogą również być używane bez konieczności uzyskiwania zgody na lot w strefie znajdującej się w odległości od 1 do 6 km od granic kontrolowanego lotniska. Dlatego, moim zdaniem, zakup cięższego bezzałogowca mija się zupełnie z celem. Niewiele jest bowiem miejsc, w których uda się wam z niego skorzystać.

Czy to oznacza, że nie da się polatać w mieście dronem cięższym niż 600 gramów? Bynajmniej. Jeśli wydamy kilkanaście tysięcy złotych, odbędziemy szkolenie, przejdziemy badania lekarskie i zdamy egzamin państwowy, to zdobędziemy Świadectwo Kwalifikacji – dokument, który pozwoli nam latać obok budynków, ludzi i mienia nawet potężnymi BSP. Zrobienie ŚK to również jedyny sposób, żeby można było zarabiać na lataniu dronem, ale to już temat na inny tekst.

Jaki dron na początek?

Jeśli nigdy nie lataliście dronem, to odpowiedź jest bardzo prosta: tani. Jeśli nawet stać was na sprzęt z wyższej półki, to i tak na początek radzimy wybór tańszego modelu.

Na start radzimy wybór kwadrokoptera z nawet najprostszą aparaturą (inaczej: kontrolerem, RC). Myślę, że nie powinniście na niego wydać więcej niż 150 zł, ale tańszy, tym lepiej. Chodzi o to, żeby pierwszy dron był jak najprostszy i niezbyt szybki. Idealny będzie taki pozbawiony wszelkich systemów wspomagających, włącznie z barometrem trzymającym zadaną wysokość. W przypadku takiego modelu nawet lekki podmuch powietrza będzie wpływać na jego pozycję, co wymusi naukę opanowania maszyny.

Reklama

Nie raz i nie dwa zaliczycie tzw. kreta. Dron wpadnie na ścianę czy krzaki, ale o to właśnie chodzi. Patrząc na dron musicie nauczyć się pilotażu i oceny sytuacji. Wszystko po to, by wyrobić właściwe nawyki, które przydadzą nam się w sytuacji zagrożenia podczas pilotowania 10, czy 20 razy droższego sprzętu. Tym bardziej, że nim również wcześniej czy później zaliczycie jakąś lotniczą katastrofę. Dopiero opanowanie taniego drona, pozwoli pomyśleć o wydaniu pieniędzy na model bardziej zaawansowany.

Rodzaje dronów

Najpierw musicie jednak zdecydować, czego tak naprawdę oczekujecie albo kupić nie jeden, a kilka różnych modeli. Tak jak bowiem w przypadku większości elektronicznych gadżetów, tak i w kwestii dronów wybór różnych rodzajów jest spory.

Racery to drony, zbudowane specjalnie z myślą o wyścigach. Są bardzo wytrzymałe i niezwykłe szybkie (nawet do 200 km/h). Brakuje im urody, tym bardziej, że wystają z nich „dziwne” anteny i zadarta w górę kamera. Jej funkcja sprowadza się do przekazywania obrazu na ekran FPV (w tańszych rozwiązaniach) albo bezpośrednio do gogli FPV. Nie liczcie na obraz o super jakości. Okulary są po to, by każdy pilot drona mógł się poczuć jak prawdziwy pilot myśliwca i widział obraz z jak najmniejszym opóźnieniem. Przy prędkościach osiąganych przez racery to podstawowy parametr.

Mówi się, że nie można kupić racera, którym wygrywa się wyścigi, że trzeba go samemu złożyć i zaprogramować. Nie jest to wcale takie proste. Na szczęście na rynku dostępne są zestawy RTF, czyli Ready To Flight. I to od nich powinno zacząć się przygodę z racerami. Najlepiej od najmniejszych modeli klasy Tiny Whoop, której nazwa pochodzi od najbardziej popularnego minirecera. Tego typu sprzęt pozwoli poszaleć na torze przygotowanym np. we własnym domu.

Latanie racerami nimi to prawdziwa sztuka. Jest to wejście w świat akrobatycznej elity. Ktoś, kto lata na co dzień dronem ze wspomaganiem (GPS, pozycjonowanie wizyjne itp.) nie ma co liczyć, że mu się uda uniknąć „kreta”. Dlatego „racerowcy” zachęcają do nauki lotu w goglach na symulatorach. Można do nich podłączyć nie tylko dedykowane RC, ale też zacząć naukę, korzystając z pada do gier.

Ściganie się nie jest tanie. Już na wstępie potrzebujecie drona, gogli i aparatury. Samodzielnie zbudowany i stuningowany racer z kompletnym wyposażeniem będzie kosztował ok. 1200-1400 zł (tak na marginesie: ceny dobrych gogle FPV są na podobnym poziomie). Dlatego niezależnie od tego, czy kupicie racera RTF, BTF (bez kontrolera, który trzeba samodzielnie połączyć z dronem) czy ARF (Almost RF – np. musimy złożyć quada i polutować kabelki; albo dodać jedynie akumulator), powinno się tak wybierać komponenty, by można było wykorzystać je w przyszłości do upgrade’u całego zestawu. Jedyne, co powinno wam posłużyć dłużej to wygodny leżak, na którym będziecie zasiadać podczas pilotowania na świeżym powietrzu.

Kolejny rodzaj dronów to bitewniaki, czyli małe proste drony. Walki quadcopterów najczęściej polegają na wspólnej zabawie w berka, tyle że zamiast klepać po plecach, drony muszą do siebie strzelić z działającego na podczerwień działka. Jeśli trafią przeciwnika, to ten, jak to bywa podczas prawdziwej bitwy, spadnie, a właściwie wyląduje i przez chwilę pozostanie „uziemiony”.

Inne rodzaj walki to rozszerzenie ataku „laserowego” o brutalną walkę kontaktową w przestworzach, tak jak to się dzieje w przypadku quadów Air Wars Battle Drones. Przykład na filmie poniżej:

Latające kamery, czyli chyba najbardziej pożądana i najbardziej zaawansowana technologicznie grupa dronów. Choć można nimi szaleć w trybie sportowym z prędkością 50 km/h czy nawet ponad 70 km/h, to wchodzą w zakręt nieco zbyt wolno, wydając się „mułowate”. Ale ich podstawową zadaniem nie jest mknięcie w przestworzach, a możliwość filmowania (tu prędkość czasem się przydaje) i robienia zdjęć.

Reklama

Na rynku znajdziecie wiele dronów z kamerą. Specyfikacja większości wygląda nieźle. W końcu możliwość nagrywania filmów w 4K to bardzo dobra wiadomość. To prawda, ale pod warunkiem, że funkcja ta idzie w parze z kilkoma innymi cechami. Przede wszystkim dron musi mieć kamerę zamocowaną na co najmniej dwuosiowym gimbalu (trzecia oś stabilizowana jest wtedy cyfrowo). Tylko takie rozwiązanie zapewni stabilne ujęcia podczas lotu i utrzyma równy horyzont, nawet podczas wietrznej pogody. Kwestię stabilizacji doceni dopiero ten, kto zobaczy przechylonego drona, dzielnie walczącego z porywami wiatru, który dzięki gimbalowi pokazuje wciąż idealne ujęcie. Oczywiście, wszystko ma swoje granice. Nie spodziewajmy się stabilnych ujęć, podczas nagłych zakrętów wykonywanych podczas wyścigu. W takim przypadku płynności ujęcia nie poprawi nawet pracujący w trzech osiach mechaniczny gimbal.

Nieporuszone zdjęcia nocne to również zasługa pracy gimbala. (fot. Andrzej Pająk)

Niemniej gimbal to podstawa. Tym bardziej, że w parze z nim idzie regulowanie kąta patrzenia obiektywu. Umożliwi to zmianę kadru podczas robienia zdjęć, bądź trzymanie w nim wybranego obiektu podczas przelotu i filmowania.

Małe drony zazwyczaj wyposażone są w kamerę z niewielką matrycą. Ich jakość odpowiada (a bywa, że jest gorsza) tym, które znamy ze smartonów. Jednak wraz z elastycznymi możliwościami ustawień wideo (np. wybór bitrate’u, liczba klatek na sekundę, profil koloru, szybkość migawki itp.), zapisem fotografii w formacje RAW oraz równie rozbudowanym trybie manualnym mamy do dyspozycji latający aparat, który zmieści się do miejskiego plecaka.

O ile w przypadku wszystkich innych dronów można mówić o dość szerokim wyborze, to w przypadku dronów filmujących wybór jest zdecydowanie mniejszy i dla lekkich dronów ogranicza się do trzech marek: DJI Spark, Parrot Anafi, DJI Air (kolejność nieprzypadkowa). Na resztę spuśćmy zasłonę milczenia. Chyba że ktoś jest w stanie zaakceptować model z kamerą 4K bez gimbala, to może jeszcze zwrócić uwagę na Yuneec Mantis Q.

Zdjęcie HDR z 5 klatek z dodanym efektem pseudo tilt-shift (fot. Andrzej Pająk)
Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.