Technologia nas ogłupia?

Głupiejemy. Nie tyle my, co nasze dzieci. Kolejne pokolenia wydają się coraz głupsze. Czy to wpływ genów, rodzaj ewolucji naszego gatunku, a może wpływ internetu oraz wszechobecnych smartfonów i tabletów? A może, na naszym własnym polskim podwórku, przyczyniają się do tego takie serwisy jak Brainly, Ściąga, Bryk czy Zgapa? 

W 2016 r. polski start up Brainly.com (znany wcześniej jako Zadane.pl) otrzymał 15 mln dolarów od wywodzącej się z RPA firmy Naspers (do której należą m.in. Allegro.pl oraz OLX.pl). Wówczas było to ok. 60 mln złotych. Naspers znane jest ze wspierania nowych technologii. Przy czym nie było to pierwsze dofinansowanie, wcześniej Brainly otrzymało łącznie ok. 27 mln od Naspers, General Catalyst, Runa Capital, Learn Capital oraz Point Nine Capital. Inwestorzy ewidentnie zobaczyli w Brainly.pl potencjalne źródło niezłych przychodów.

Kolejny zastrzyk gotówki napłynął od Kulczyk Investments. W tym przypadku było to 14 mln dol. Polski start up edukacyjny pozyskujący taką inwestycję to w zasadzie powód do dumy. Tak było to też przedstawiane w mediach. Skąd to „w zasadzie”. Otóż warto się przyjrzeć temu, czym jest Brainly. W założeniu jest to to serwis edukacyjny. Hasło serwisu brzmi „Brainly.pl – Uczymy się w grupie”. W istocie Brainly funkcjonuje dokładnie tak samo jak Ściąga.pl, Bryk.pl Zgapa.pl czy jakikolwiek inny portal tego typu. Ich użytkownicy wrzucają tu pytania i zadania do rozwiązania, oczekując gotowej odpowiedzi. Serwisy te funkcjonują jako system ściąg i podpowiedzi, rodzaj pogotowia ratunkowego dla tych uczniów, którzy nie chcieli (albo nie umieli) skorzystać nie tylko z podręcznika, ale nawet z Google’a czy Wikipedii. Różnica między Brainly a innymi serwisami jest taka, że stara się on czuwać nad jakością udzielanych odpowiedzi. Ale nie za darmo. Zweryfikowane informacje dostępne są tylko dla zarejestrowanych użytkowników, którzy opłacili abonament.

– Po spotkaniu z Sebastianem Kulczykiem na początku br. doszliśmy wspólnie do wniosku, że mamy podobną wizję edukacji i wspierania jej rozwoju, dlatego też ogromnie się cieszę, że ta zbieżność pomoże nam tworzyć środowisko, w którym uczniowie mogą dzielić się wiedzą, współpracując ze sobą w ramach społeczności – zaznaczył Michał Borkowski, CEO i współzałożyciel Brainly w wypowiedzi dla serwisu Wirtualne media.

Nie da się odmówić twórcom Brainly skuteczności w docieraniu do inwestorów oraz użytkowników. W 2016 r. ten konkretny serwis miał podobno ok. 100 mln użytkowników na całym świecie.

Każdy prywatny fundusz ma prawo inwestować w dowolną, zgodną z prawem działalność. Pytanie jednak brzmi, czy faktycznie taką wizję edukacji należy promować? A także, skąd w dobie łatwo dostępnej wiedzy takie powodzenie serwisów promujących ściąganie i sięganie po gotowce? Czy istnienie tego typu serwisów to kwestia po prostu podaży i popytu? Może faktu, że jako gatunek permanentnie głupiejemy? A może problem leży w polskiej (choć zapewne nie tylko) edukacji, a dokładnie ilości zadań domowych?

Być inteligentnym to bardzo męczące

Henri Bergson

Mózg kontra praca domowa

Okazuje się, że problem pracy domowej jest dość poważny i cały czas trwają dyskusje, czy zadawanie pracy do domu ma sens. Oczywiście, z neurobiologicznego punktu widzenia praca domowa ma pewien sens. Podczas lekcji uczniowie wykorzystują pamięć krótkotrwałą. Po 45 minutach mają lekcję kolejną na inny temat. Mózg więc “czyści sobie cache”, zwalnia miejsce na nowe dane i jeśli uzyskanych informacji nie przepracujemy w praktyce, po prostu ich nie zapamiętamy.

Reklama

Praca domowa musi zatem wykorzystywać informacje, które już mamy. Nie może być rodzajem odroczonego sprawdzianu czy misją nauczenia się rzeczy nowych. Jeśli praca domowa ma polegać na tym, że trzeba się czegoś nauczyć samemu i jeszcze na podstawie tego zrobić własny projekt, to nie ma szansy się udać. Dzieje się tak między innymi dlatego, że przeciętnie jesteśmy w stanie skupić się na danej rzeczy przez określony czas. Nasz mózg jest w stanie bez zmęczenia obrabiać abstrakcyjny problem (np. teorię Pitagorasa) przez około 15 minut. Po tym czasie neuroprzekaźniki się wyczerpują i mózg potrzebuje chwili, żeby odnowić zapasy na przykład dopaminy. Innymi słowy, jesteśmy się w stanie zajmować się czymś przez chwilę, po czym musimy zrobić sobie przerwę. Dziecko zostawione z pracą domową same, nie jest w stanie zachować takiej kultury pracy. Nic dziwnego, że praca domowa staje się dla niego torturą i zamiast rzeczywiście utrwalać wiedzę, wytwarza niechęć do całego projektu uczenia się. Wtedy oczywiście pojawia się pokusa, żeby zadanie po prostu skopiować z internetu – nie ma ani motywacji ani poczucia sensu, że warto jest robić je samodzielnie. Stąd zapewne popularność wymienionych na początku witryn „edukacyjnych”. I zapewne nie jest to problem wyłącznie naszego kraju.

Praca to nie łaskotki

Są oczywiście głosy, że nauka nie może być w stu procentach zabawą i przyjemnością. Trzeba przepracować niektóre rzeczy. Tak jak na siłowni męczymy się, żeby osiągnąć cel, tak pewna doza wysiłku w procesie edukacji także jest niezbędna. Problem jednak w tym, że proces edukacji nie odbywa się w próżni. Jeżeli podczas pracy domowej uczeń staje przed zadaniem, które go przerasta, to znaczy że został źle do tej pracy przygotowany. Ambicja powinna skłonić go do przezwyciężenia w swojej niewiedzy. Jednak praktyka jest taka, że nie wiedzieć oznacza być gorszym. Szczególnie w polskim systemie edukacji, gdzie piątki są rodzajem wypłaty za ciężką robotę.

„Co masz zadane? Lekcje odrobione? Dużo masz nauki?” W wielu rodzinach zamiast rozmowy z dzieckiem jest odpytywanie. Z jednego konkretnego tematu. Nic dziwnego, że niektórzy uczniowie idą na łatwiznę. (fot. pixabay/Counselling)

Dla uczniów, którzy nie radzą sobie z pracą domową system edukacji ma dwie odpowiedzi. Jedna to “dostajesz pałę”, druga to “rodzice ci pomogą”. I tu wkraczamy na pole minowe relacji dziecka z rodzicami. Niektórzy psychologowie wskazują, że prace domowe mogą mieć na nie wpływ negatywny. Zamiast rozmawiać o rzeczach ważnych, o tym co w życiu młodemu człowiekowi doskwiera pytamy: czy odrobiłeś lekcje? czemu nie odrobiłeś lekcji? co Pani zadała? Często jedyną pomocą, którą w tej sytuacji młody człowiek dostanie są korepetycje. Jeśli i tego zabraknie, młody człowiek pójdzie na łatwiznę, czyli skorzysta z Brainly, Ściągi albo Bryka.

O sens zadawania prac domowych, zapytaliśmy Marcina Gokieliego, filozofa, wykładowca akademicki na wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego

Po pierwsze, czy w ogóle dobrym pomysłem jest zadawanie prac domowych? Czy model edukacji, w którym dziecko/młody człowiek spędza czas w szkole, a potem ma dalej pracować w domu, jest skuteczny. W Finlandii, która ma jeden z najwyżej ocenianych systemów edukacji, z tego zrezygnowano. Oczywiście, trudno odpowiedzieć na to pytanie w oderwaniu od takich kwestii, jak czas pobytu w szkole (w wielu krajach – np. Francja – zajęcia kończą się późnym popołudniem typu 16.00-17.30 – z przerwą obiadową). Niemniej można uważać, że pozostawienie uczniom większej swobody w czasie wolnym nie musi owocować gorszymi efektami.

Ocena serwisów z gotowcami jest dość oczywista. To narzędzia, które budują myślenie odtwórcze, a nie twórcze. Pytanie – czy nie jest to odpowiedź na takież wymagania, jakie stawia szkoła. Można sobie wyobrazić system, który by wyeliminował problem kopiowania – ocenie pracy towarzyszyłoby odpytywanie, które wskazywałoby, czy uczennica / uczeń rozumie problem i potrafi rozwiązać podobne zadania. Jeśli tak, to stoimy nie przed problemem wpływu komputerów i sieci na edukację, ale problemem finansowania szkół w taki sposób, by nauczyciel miał czas na indywidualną pracę z uczniem.

Czy to znaczy, że młodym ludziom powinno się np. ograniczać dostęp do sieci?

Ważne jest, żeby odróżnić e-learning (Coursera, Udemy, Khan Academy) od Yahoo Answers czy Brainly. To nie jest tylko kwestia etykietek. W dzisiejszym, coraz bardziej chaotycznym świecie trafne ocenianie i wspomaganie – szczególnie, ale nie tylko, wśród młodych ludzi – klasyfikowania rzeczy twórczych czy protwórczych, jako wartościowych ma kluczowe znaczenie, podobnie jak klasyfikacja leków (mimo niechlubnych wyjątków typu homeopatia). Myślę, że wprowadzenie systemu „edukacyjnego znaku jakości” to ważne wyzwanie. Są ludzie, którzy wykorzystują internet do przekazywania autentycznej wiedzy. To ich powinno się wspierać i wyławiać liderów do tworzenia programów e-edukacji.

Co w takim razie robić, by nie doczekać się ludzi, którzy nie potrafią samodzielnie znaleźć odpowiedzi na najbardziej błahe pytanie. A nawet pytania nie potrafią zadać bez rażącego błędu?

Należy zadbać o rozwój edukacji na trzech polach: planowania całokształtu uczenia, doboru środków (liczba uczniów, liczba godzin) do możliwości młodych, i aktywnego wspierania pozytywnych wzorców edukacji, w tym e-edukacji. Wydaje się jednak, że szanse na wdrożenie takiego „oświeconego” programu są niewielkie – łatwiej dawać kasę na efektowne działania (takich jak wspomniany start up), a nie wprowadzenie efektywnego ładu. Być może jest to po prostu efekt tego, jaki kształt ma edukacja od dawna. Podsumowując: wychowanie pokolenia, które będzie myśleć odtwórczo, będzie tragedią, choćby finansową.

Uczniowie w szarej strefie

Niezależnie od tego, co sądzimy o współczesnej edukacji, to jest faktem, że uczniowie zadają w internecie bardzo dużo pytań związanych z pracami domowymi. Czy to są źle skonstruowane prace, czy leniwe pokolenie, to nie jest teraz istotne. Faktem jest, że mamy ucznia, który nie wie co zrobić. Co więcej, skoro zadaje to pytanie w internecie, to nie może albo nie chce liczyć na rodziców. Jakub Piwnik z Brainly tłumaczy, że serwis ma być rodzajem świetlicy dla uczniów, w której młodzi ludzie spotykają się, w której wymieniają się problemami i pomagają sobie nawzajem. Chodzi o to, żeby zamiast wrzucać tych młodych ludzi w dziwne rejony sieci, dać im pomoc w postaci odpowiedzi, ale też spróbować zaangażować ich we wspólną naukę. Aby nie tylko szukali odpowiedzi, ale też pomagali innym. Stąd też system punktów i zachęt do aktywnego korzystania z serwisu. Piwnik wskazuje też, że wśród użytkowników Brainly jest coraz więcej rodziców i nauczycieli, którzy aktywnie włączają się w budowanie wspólnoty, w moderację i starania o wysoką jakość merytoryczną materiałów. Nie sposób odmówić tej argumentacji sensu, chociaż na pytanie, czy Brainly ma ambicję stać się częścią oficjalnego systemu edukacji odpowiedź to stanowcze nie. Serwis musi być opłacalny, w związku z tym jest przedsięwzięciem komercyjnym, a nie pro publico bono.

 

Na następnej stronie – czy faktycznie głupiejemy?

Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.