Zgubiony w górach? Nie dzwoń po pomoc! [PORADNIK]

No dobrze, to był oczywiście żart - należy zadzwonić po pomoc korzystając z telefonu ratunkowego 601 100 300. Jeśli jednak nie ma zasięgu, albo trzeba jakoś przetrwać do przybycia pomocy, możesz użyć telefonu także w inny sposób.

Każdemu turyście może zdarzyć, że coś pójdzie źle. Niepostrzeżenie, sytuacja która wydawała się być pod kontrolą zaczyna rozwijać się w nieprzewidzianym kierunku. Pojawia się stres i obawa – co zrobić? Nie mam tu na myśli oczywiście „walki o przetrwanie” jaką jest powrót znad Morskiego Oka po zmierzchu, nieoświetloną i śliską asfaltową drogą. Mówię raczej o utknięciu gdzieś na szlaku w zaspach, gwałtownym załamaniu pogody, zabłądzeniu, chorobie albo wypadku. Zmuszony do spędzenia nocy na mrozie (lub jeszcze gorzej – na wietrze i w padającym marznącym deszczu), nie mając odpowiedniego wyposażenia i umiejętności, w stresie, głodny i być może ranny lub chory turysta może, w najgorszym przypadku, nie dożyć do świtu.

Tak, trochę straszę, ale zagrożenie jest realne i warto o nim pamiętać, oraz minimalizować je przez dobre przygotowanie: kondycyjne, sprzętowe, informacyjne. Jeśli jednak wydarzy się coś nieoczekiwanego, mogę postawić każde pieniądze, że niemal na pewno będziecie mieli ze sobą telefon. Jak wykorzystać go do uratowania siebie i innych?

Po pierwsze, jednak zadzwoń

Jeśli sytuacja cię przerosła, jest zasięg a ty masz sprawny telefon, zadzwoń. Obsługiwany przez PLUS-a numer ratunkowy w górach to 601 100 300. Wiem, powtarzam się, ale robię to z pełną świadomością i planowo. Dlaczego? Odpowiedź znajdziecie w filmie powyżej.

Dzwoniąc pod ten telefon (powtórzmy: 601 100 300) trafimy do dyspozytora, który skieruje połączenie do najbliższej nam grupy GOPR lub TOPR, gdzie zostaniemy odpytani z tego, jak wygląda sytuacja oraz poinstruowani, jak sobie z nią poradzić. Jeśli będzie to konieczne, otrzymamy wszelką niezbędną pomoc, włącznie z wysłaniem śmigłowca (w Tatrach).

Ale wyobraźmy sobie, że nie ma zasięgu. Mimo XXI wieku i poczucia, że internet jest wszędzie, a telefon to już na pewno, w górach taka sytuacja zdarza się dużo częściej, niż można by sądzić. Nawet wtedy, telefon wciąż może się bardzo przydać! Już piszę, jak.

Po drugie, sprawdź gdzie jesteś

Kompas. Banalnie prosta aplikacja wykorzystująca wbudowany w niemal każdy smartfon czujnik pola magnetycznego. Jest lekka, darmowa i zaskakująco precyzyjna. Jeśli przed wyjściem w góry przygotowałeś się chociaż trochę, to są duże szanse że pamiętasz ukształtowanie terenu i kierunki, w jakich znajdują się elementy krajobrazu, które mogą ci pomóc wrócić bezpiecznie do domu: najlepiej drogi i osiedla, wsie, a jeśli nie one, to rzeki czy tory kolejowe (zawsze doprowadzą cię do dróg i ludzkich siedzib). Kompas może być wszystkim, czego będziesz potrzebował, żeby odnaleźć się w śnieżnej zadymce, mgle czy nocą i wrócić na szlak.

Google Maps ma w smartfonie każdy, choćby nie chciał (dziękujemy, Google!). Najprostsze, co możesz zrobić, to przed wyjściem w teren zapisać offline fragment mapy pokrywający okolicę, po której będziesz chodzić. Drobna uwaga – używając Google Maps pamiętaj, że w domyślnym widoku nie widać na nich ukształtowania terenu, co może być mocno mylące i sprowadzić cię na manowce. Jeśli możesz, przełącz się na tryb „Teren”, tam będziesz widział, czy między tobą a celem do którego próbujesz się dostać nie ma przypadkiem pasma górskiego albo głębokiej doliny… Mapy od Google sprawdzą się w zastosowaniach awaryjnych, ale nie polecam używania ich jako głównego sposobu nawigacji w terenie. Chce ci się coś więcej? Ściągnij jedną z aplikacji do obsługi map topograficznych, albo appkę ze szlakami turystycznymi!

Po trzecie, ogrzej się telefonem

W zimowej (i nie tylko!) sytuacji awaryjnej w górach twoim największym wrogiem nie są watahy straszliwych wilków czy głód, tylko wyziębienie. Oprócz urazów fizycznych, tych drobniejszych, takich jak połamane nogi i tych większych wynikających na przykład ze spadnięcia z urwiska albo oberwania spadającymi kamieniami, to hipotermia jest najczęstszym powodem hospitalizacji lub śmierci turystów w górach. Żeby się jej ustrzec, pamiętaj o odpowiednim, warstwowym ubraniu. Do marszu ubieraj się tak, żeby było ci trochę za zimno kiedy stoisz (rozgrzejesz się na szlaku), ale miej ze sobą zestaw dodatkowych ubrań, które będziesz mógł założyć na postojach i coś na wypadek zmiany pogody. Miej też ze sobą coś wysokokalorycznego do zjedzenia oraz termos z gorącą herbatą. Dobrze mieć też ze sobą kilka ogrzewaczy chemicznych – tak na wszelki wypadek.

Ale jeśli zdarzy się, że będziesz potrzebował każdej odrobiny ciepła jaką możesz zdobyć, pamiętaj, że twój telefon może całkiem nieźle grzać. Uruchomienie gry wykorzystującej intensywnie procesor i chip graficzny może rozgrzać nawet dobrze chłodzony, nowoczesny smartfon do niemal 30 stopni – podobnie zadziała utworzenie (nomen omen) hot-spotu i wygenerowanie dużego ruchu w sieci, czy na przykład ładowanie telefonu z powerbanku – zwłaszcza z wykorzystaniem technologii Quick Charge i podobnych. Mając źródło ciepła – czy będzie to ogrzewacz chemiczny, czy smartfon – warto wykorzystać je tam, gdzie będzie mogło zrobić najwięcej dobrego, czyli w miejscach w których duże naczynia krwionośne przebiegają płytko pod skórą. Zaaplikowanie ciepła pod pachami, w pachwinach czy na brzuchu pomoże utrzymać tak zwaną temperaturę głęboką ciała na odpowiednim poziomie.

Po czwarte, rozpal ogień baterią

Tak jak pisałem wyżej, twoim największym wrogiem jest zimno, a naszym największym sprzymierzeńcem w walce z zimnem pozostaje niezmiennie ogień. Powinieneś mieć przy sobie zapałki, zapalniczkę lub krzesiwo i potrafić się nimi posłużyć do rozpalenia ogniska. Już samo w sobie skuteczne rozpalenie i utrzymanie ognia w zimie nie jest wcale rzeczą banalną, a sposób o którym napiszę też nie należy do prostych w realizacji, więc ta porada jest skierowana raczej do zaawansowanych turystów. Jednak zawsze lepiej mieć o jedną opcję więcej i w krytycznej sytuacji móc spróbować czegoś jeszcze.

Naładowana bateria to magazyn energii, którą trzeba tylko wydobyć. Przepływ prądu w przewodniku wiąże się ze stratami wynikającymi z oporu, które to straty mają postać energii cieplnej – krótko mówiąc, przewodnik przez który płynie prąd nagrzewa się. Dobierając odpowiedni przewodnik możemy doprowadzić do jego przegrzania, uzyskując rozżarzenie albo płomień, od których będzie można zapalić nazbieraną rozpałkę, która rozpali ognisko. Tyle teoria. A jak wygląda praktyka?
Chcą uzyskać płomień dzięki energii zmagazynowanej w baterii telefonu, albo baterii AA czy AAA, będziemy potrzebowali cienkiej folii metalizowanej. Z mojego doświadczenia wynika, że w tej roli sprawdzą się papierki od gum do żucia a także kuchenna folia aluminiowa, natomiast w sytuacji awaryjnej można wypróbować najróżniejsze materiały, jak choćby „sreberko” od czekolady lub od cukierków. Z materiału przewodzącego wycinamy wąski (5-8 mm), długi na palec pasek, który następnie przycinamy tak, żeby w środkowej części był węższy (2-3 mm). Technika użycia jest prosta – końce paska przytykamy do biegunów baterii i jeśli wszystko poszło dobrze, w zwężonej, środkowej części powinien pojawić się żar (częściej w przypadku folii aluminiowej) lub płomień. Niestety, trafienie w idealną szerokość paska oraz, co jeszcze ważniejsze, szerokość zwężenia nie jest proste i wymaga prób, na co w sytuacji awaryjnej i przy zagrożeniu hipotermią może nie być warunków.

Bardzo ważna uwaga: twój telefon jest najcenniejszy jako urządzenie pozwalające wezwać pomoc i wszystkie swoje działania powinieneś planować mając to w pamięci. Jeśli nie jest to absolutnie konieczne i nie stanowi ostatniej deski ratunku, nie rób nic, co może spowodować, że nie będziesz mógł użyć telefonu do nawiązania kontaktu ze światem: nie ryzykuj rozładowaniem baterii, nie demontuj go itp. O zastosowaniu telefonu jako grzejnika czy do rozpalania ognia możesz pomyśleć, jeśli macie (jako grupa) kilka takich urządzeń i nie ma obawy, że stracicie możliwość wezwania pomocy, albo jeśli z innych względów byłoby to i tak niemożliwe.

Po piąte, aplikacja Ratunek

Jedyna rzecz, która jest lepsza niż zadzwonienie na numer (pamiętacie już?) 601 100 300: użycie aplikacji Ratunek. Dlaczego lepsza? Dzięki aplikacji, ratownicy już w chwili nadejścia zgłoszenia dysponują dużą ilością ważnych informacji, w tym twoimi danymi osobowymi, wiekiem i stanem zdrowia, oraz przede wszystkim – lokalizacją. Odbierający zgłoszenie mają także podgląd stanu naładowania baterii w twoim telefonie i mogą dostosować do tego dalsze działanie, na przykład przechodząc na komunikację przez SMS.
Wybierasz się w góry? Zainstaluj aplikację Ratunek i wypełnij formularz danych na swój temat. Naprawdę warto. | CHIP

Marka Honor, producent smartfonów, wearables i akcesoriów.
Helikon-Tex, polska firma produkująca wysokiej jakości sprzęt outdoorowy, survivalowy, EDC i militarny.
Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.