Batman-terminator z logiem Ghostbusters na piersi, młotem Thora i lassem Jonesa w rękach "I'm the Law" w dymku.

Easter eggi: ukryte przekazy

Fot. Piotr Sokołowski
Choć easter eggi, czyli ukryte przez autora dzieła treści, będące "mrugnięciem okiem" do odbiorcy, zaczęły się od gier wideo, to dziś można je znaleźć praktycznie wszędzie. Oczywiście, jeśli potrafimy szukać. Zapraszamy was na polowanie na ukryte "jajka wielkanocne" w filmach, muzyce, oprogramowaniu, sprzęcie i książkach.

Zanim zaczniemy bawić się w łowców zamaskowanych informacji, warto spróbować zdefiniować czym w ogóle są easter eggi, bo niektórzy mylą je z bugami w kodzie, wpadkami z planu filmowego czy przekazami podprogowymi. Tymczasem easter eggi to zawsze celowo stworzone znaki, wiadomości, hasła czy grafiki, które odnaleźć i zrozumieć może jedynie świadomy odbiorca – w sposób całkowicie przypadkowy bądź nie. Można powiedzieć, że to coś w rodzaju szyfru opracowanego z myślą o geekach i fanach danego dzieła, którego złamanie stanowi nagrodę samą w sobie.

Easter eggi mogą mieć różny charakter. Współczesne “jaja wielkanocne” lubią nawiązywać do innych dzieł popkultury, najczęściej poprzednich tworów danego artysty. W grze przygodowej “A Way Out”, kiedy w trakcie ucieczki z więzienia przez las, przycupnie się bohaterami na pewnej ławce, przez moment można usłyszeć dobiegające z oddali nawoływania dwójki dzieci. Osoby nie mające do czynienia z wcześniejszymi grami Starbreeze Studios, nawet nie zwrócą na to uwagi. Fani “Brothers: A Tale of Two Sons” od razu rozpoznają głosy braci – bohaterów gry – i przypomną sobie ową nostalgiczną opowieść. “Wiedźmin 3” jest naszpikowany Easter eggami, ale jeden z nich u każdego miłośnika CD Projekt RED wywołuje ciarki. To chwila, w której Geralt w końcu spotyka Ciri, a ona opowiada mu o tajemniczym świecie, do którego trafiła:  – Ludzie stamtąd mieli w głowach metal, a wojny prowadzili na odległość, przy pomocy czegoś w rodzaju megaskopów. No i nikt nie jeździł konno, za to każdy miał mały statek powietrzny.

Znów – dla niedzielnego gracza, taki opis niczego specjalnego nie sugeruje. Każdy, kto wypatruje z wypiekami na twarzy “Cyberpunka 2077”, kolejnej gry CD Projekt RED, ucieszy się jednak z tego nawiązania.

Niektóre smaczki to podpowiedzi i dodatkowe informacje prosto od twórców. Jedną z najbardziej niesamowitych ciekawostek w świecie filmów ukrył  Martin Scorsese. (UWAGA Spoiler!) W „Infiltracji” z 2006 roku reżyser zapowiedział zgon każdego z mających umrzeć bohaterów, umieszczając w scenach z nim symbol „iksa”. Widzimy go na oknach, elementach infrastruktury, graffiti, wzorze na dywanie.

Tego Easter egga ciężko zauważyć jeżeli się o nim nie wie… (fot. whatculture.com)

Sporo sekretów zostało umieszczonych wyłącznie po to, by rozbawić i zaskoczyć odbiorcę. W “GTA: Vice City” studio Rockstar umieściło na mapie rzeźbę przypominającą jajo wykonane z mosiądzu, na którym znaleźć można było napis “Wesołych świąt Wielkanocnych”. Nawet wyszukiwarka Google wypełniona jest zabawnymi ciekawostkami. Np. Gdy wpiszecie w niej hasło “Do a barrel roll” (z ang. Zrób przewrót), strona wykona “fikołka”.

Reklama

Dzięki interaktywnej formule w grach wideo możemy znaleźć także easter eggi odblokowujące całe ukryte poziomy, lub pozwalające na drobne oszustwa. Do najbardziej znanych należą sekretny, krowi poziom w “Diablo 2” i kod Konami, który w zależności od gry tego producenta ułatwiał w dany sposób rozgrywkę np. w “Contrze” zwiększał liczbę żyć z 3 do 30.

Garść historii, czyli skąd w ogóle wzięły się Easter eggi?

W 1975 roku powstała pierwsza fabularna gra komputerowa „Colossal Cave Adventure”. Zafascynowany tą tekstową przygodą 27-letni programista Warren Robinett, pracujący wówczas w Atari, postanowił napisać podobne dzieło, lecz zdecydowanie bogatsze wizualnie. Po ciężkiej walce z kodem (gra musiała zadziałać na Atari 2600 z 4 KB ROM-u i 128 bajtów pamięci RAM) w 1979 roku Robinett ukończył „Adventure”. Gra polegała na odnalezieniu drogi do skarbu w labiryncie korytarzy. Grafika była minimalistyczna, ale wyjątkową cechą tego tytułu była możliwość przenoszenia ze sobą kilku przedmiotów, które dało się wykorzystać w różnych lokacjach.

Kończąc pracę nad grą Robinett był już, jak pozostali programiści pracujący w Atari, zmęczony mało sprzyjającą atmosferą w firmie. Producent gier traktował programistów jak wyrobników, płacąc im niskie pensje i nie okazując wystarczającego szacunku – popularną praktyką było nieumieszczanie na okładce ani nawet w instrukcji do gry nazwiska jej autora. Przed swoim odejściem Robinett postanowił umieścić w „Adventure” wiadomość, która miała być swoistym pożegnaniem z firmą. W jednej z komnat w grze ukrył piksel, który stanowił klucz do ukrytego pomieszczenia. Gdy gracz zabrał go ze sobą i wszedł do określonej lokacji, jedna ze ścian komnaty otwierała się i pozwalała wejść do niedostępnego w normalny sposób pokoju. Tam zaś widoczny był mrugający kolorami napis „Stworzony przez Warrena Robinetta”.

Twórca pierwszego Easter egga (fot. Wikipedia)

Oczywiście programista nie zdradził tego sekretu nikomu z Atari. Chociaż zakamuflowany kod zajmował aż 5% miejsca na kartridżu nikt w firmie nie miał pojęcia o jego istnieniu. Krótko po odejściu młodego programisty gra została opublikowana i odniosła gigantyczny sukces, a ukryta sygnatura została znaleziona wcześniej niż można by się spodziewać. Pewien 15-latek odnalazł wiadomość Robinetta i napisał list do Atari z prośbą o wyjaśnienie tego odkrycia. W pierwszej chwili producent rozważał wycofanie gry ze sprzedaży, usunięcie kodu i udostępnienie jej ponownie, ale ekonomia była nieubłagana. Koszt wytworzenia nowej maski pamięci ROM lub układu pamięci wynosił wtedy 10 tysięcy dolarów – zaporową kwotę. Steve Wright, zarządzający wówczas działem oprogramowania, postanowił obrócić godzącą w wizerunek firmy sytuację w promocję marketingową. Dyrektor odpowiedział, że ukryta wiadomość została stworzona po to, by dać graczom dodatkową motywację do zabawy i porównał ją do amerykańskiego wielkanocnego zwyczaju poszukiwania pisanek. Ciekawostkę nie tylko ochrzczono easter egg (z ang. Wielkanocne jajko), ale też wprowadzono jako obowiązkowy element każdej następnej gry wydanej przez Atari.

Jeżeli jednak cofniemy się w czasie, to zauważymy, że podobne smaczki autorzy różnych dzieł zostawiali dla potomnych jeszcze zanim znaleziono dla nich określenie. We wspomnianym już „Colossal Cave Adventure” z 1976 roku gracze mogli wywołać komendę „Xyzzy”, która pozwalała przemieszczać się między dwoma punktami. Co ciekawe komenda ta przewijała się później w wielu dziełach popkultury, pełniąc również funkcję easter egga. Przyjrzyjmy się teraz najciekawszym przykładom “wielkanocnych jaj” ukrytych w mniej lub bardziej znanych produkcjach.

Więcej przykładów żartów w grach

Tak jak pisaliśmy wcześniej, żarty w grach obecne są od samego początku istnienia elektronicznej rozrywki i przytoczenie wszystkich przykładów zajęłoby całą książkę. Na przełomie wieku twórcy mieli do siebie tak wielki dystans, że chętnie i bez skrupułów wyśmiewali się z siebie nawzajem. W takich klasykach jak „Doom” czy „Duke Nukem”, można znaleźć ukryte pomieszczenia z portretami członków zespołu. W „Blood”, bliźniaczej grze „Duke Nukem”, możemy trafić na zwisające na łańcuchu ciało Duke’a. Gdy go dotkniemy, główna postać powie „Shake it baby”, czyli frazę, jaką Książę zwykł witać striptizerki. Lata 2000 to istna kopalnia takich smaczków a starsi gracze do dziś pamiętają te żarty.

Również współczesne produkcje zaskakują wyszukanym humorem i aluzjami do konkurencyjnych produkcji. Aby nie szukać daleko, zacznijmy od rodzimego skarbu jakim jest Wiedźmin. W „Zabójcy królów” swój gościnny występ miał Altair, czyli zabójca z kultowej gry „Assassin’s Creed”. Jego ciało znaleźć możemy obok zniszczonego wozu z sianem. To niewątpliwie żart z nieudanego „skoku wiary” – jednego z tych, które były charakterystycznym elementem serii. Nieudany skok zaliczył również Tyrion Lannister, w trzeciej części „Wiedźmina”. Pamiętacie scenę, w której karzeł zostaje uwięziony w podniebnym więzieniu? Pomimo braku krat, jego jedyną opcją ucieczki z niego wydaje się być śmierć…  Scenarzyści CD Projekt RED wybrali dla Lannistera nieco inny los, niż twórcy serialu. Geralt odnajduje jego zwłoki, przy których rzuca kwestią w oczywisty sposób nawiązując do słynnej sceny.

Wydawałoby się, że żarty w bardzo poważnych produkcjach mogłyby być nie na miejscu. Dlatego tym bardziej odnalezienie jednego z nich w klimatycznej i dystopijnej grze „Mirror’s Edge”, wywołało niemałe poruszenie w społeczności fanów. W ósmej misji, gdzie Faith przy pomocy karabinu snajperskiego musi doprowadzić do zatrzymania ciężarówki transportującej uwięzioną siostrę, większość graczy kończy zadanie i przechodzi od razu do wykonywania kolejnego celu. Jeśli jednak chwilę po unieruchomieniu ciężarówki namierzymy pomarańczowy znak z dziewięcioma białymi kółkami i zestrzelimy środkowy, to na ulicę wybiegnie gigantyczny szczur. Temat szczura pojawia się niejednokrotnie w wielu miejscach tego uniwersum. Możemy podsłuchać kiedy strażnicy o nich rozmawiają, widzimy je w scenach przerywnikowych i w różnych miejscach w mieście. Ze szczurami utożsamiani są kurierzy, żyjący w ukryciu wojownicy o wolność informacji.

Nowy Wolfenstein jest najlepszym przykładem, jak można wskrzesić kultową starą markę i dostosować ją do współczesnych standardów. Nowa gra wygląda przepięknie, zarówno pod kątem oprawy jak i grywalności. Jednak dla tych, którzy tęsknią za starym, pikselowym „wolfem”, twórcy dali możliwość przypomnienia sobie jak to dawniej wyglądało. W obu częściach nowej gry, ukryte są miejsca, w których możemy cofnąć się do lat dziewięćdziesiątych i przejść jeszcze raz oryginalne plansze kultowej produkcji. Co ciekawe, w „Wolfenstein II: The New Collossus” możemy zagrać na automacie skonstruowanym przez nazistów. Więc rola postaci w grze została odwrócona i głównym bohaterem jest oficer SS, który strzela do amerykańskich szpiegów… Zaprawdę ciekawy twist…

Gwiezdne wojny uwielbia prawie każdy. Wszystkie postacie z każdej trylogii mają swoje rzesze fanów. Wszystkie z wyjątkiem jednej. Jar Jar Binks to także symbol, ale symbol nienawiści. Twórcy „Star Wars: The Force Unleashed” umieścili na planecie Kashyyyk zamrożonego w karbonicie Jar Jar Binksa w sali z trofeami. Fani gry wierzą, że zrobili to specjalnie aby móc z całą mocą i bez konsekwencji wyżyć się na znienawidzonej postaci…

Wielkie produkcje z otwartym światem, takie jak „Grand Theft Auto”, również mają swoje sekrety. Jest ich tak dużo i są tak sprytnie poukrywane, że gracze nawet w kilka lat po premierze wciąż odnajdują kolejne. W GTA V jest chociażby duch, którego można dostrzec codziennie między godziną 23:00 a 24:00 na miejscu zbrodni na szczycie góry Gordo. Duch wygląda naprawdę przerażająco i jest inspirowany popularnymi japońskimi horrorami. A latając helikopterem ponad górami między godziną 19:00 a 20:00 możemy być światkami sceny wyjętej z kultowego filmu Ridleya Scotta – „Thelma i Louise”. Grupa policjantów prowadzi obławę na samochód z dwiema kobietami na szczycie góry. Gdy policjanci zaczynają zbliżać się do pojazdu, ten rusza i spada wprost w przepaść. Biedne Susan i Gina…

Seria „Borderlands” jest jedną z najbardziej zabawnych gier obecnej generacji. Jej twórcom udało się w idealny sposób wyważyć brutalny charakter uśmiercania tysięcy groteskowych potworów z lekkością scenariusza, dowcipnych dialogów i kolorowych postaci. Autorom chyba to nie wystarczyło i postanowili zamieścić w swojej grze ukryty hołd dla, nie wiedzieć czemu, „Minecrafta”. Po skończeniu dziewiątego rozdziału i dokładnej eksploracji lokacji zwanej „Guardian Ruins”, możemy odnaleźć podziemne pomieszczenie wypełnione rozpikselowanymi blokami oraz wybuchowymi Creeperami. Lokacja ta jest istną kopalnią pieniędzy, amunicji, broni i dodatków dla naszej postaci. Po skończonej eksploracji, możemy przebrać naszego vault huntera za postać z „Minecrafta” i w takim stroju paradować do końca gry.

A jeśli już jesteśmy przy serii Borderlands: nawet najnowszy teaser do trzeciej części wypełniony jest sekretami. Twórcy w krótkim klipie filmowym zamieścili nie tylko informacje dotyczące nowych postaci, broni i wydarzeń, ale również fragmenty kodu, które po złożeniu w całość można zrealizować w sklepie i zamienić na dodatkowe gadżety w grze. Jest również wiadomość zapisana alfabetem Morse’a, która po odczytaniu brzmi: “Follow and Obey”. Zapewne jest to wskazówka, której znaczenie poznamy dopiero po premierze gry.

Komedia? Nie. To tylko żart

W grach wideo ukryte dowcipy naprawdę są ukryte i zazwyczaj sprowadzają się do odnalezienia pewnej lokacji w grze lub wykonania szeregu czynności, które uruchomią konkretną animację lub wydarzenie. W kinie wygląda to zupełnie inaczej. Aby zrozumieć pozostawiony przez twórców żart, musimy posiadać szczególną wiedzę i na dodatek być bardzo, bardzo uważnym…

W latach dziewięćdziesiątych, na kinowych ekranach, mogliśmy śledzić nieformalny pojedynek dwóch aktorów o tytuł największego bohatera kina akcji. Zarówno Arnold Schwarzenegger, jak i Sylwester Stallone, świadomie i z przekorą, zamieszczali w swoich filmach złośliwe komentarze lub całe sceny odnoszące się do rywala. Na przykład, jadąc policyjnym samochodem w „Demolition Man”, Sylwester dowiaduje się od Sandry Bullock, że zmierzają właśnie do biblioteki Schwarzeneggera, ostatniego największego prezydenta USA. Natomiast w „Last Action Hero”, zaskoczony główny bohater zwraca uwagę, że w „Terminatorze” główną rolę T-800 odgrywa Stallone.

Może „Last Action Hero”, czyli po polsku „Bohater ostatniej akcji” nie jest najwybitniejszym filmem, ale obraz Johna McTiernana, ze względu na nawiązania do popkultury, jest istną kopalnią easter eggów. Sam film powstał jako autoparodia oraz satyra na ówczesne kino akcji. Możemy tu odnaleźć nawiązania zarówno do ponadczasowej klasyki kina, takiej jak „Siódma pieczęć” Bergmana, jak i bardziej współczesnych filmów: „E.T.”, „Szklana pułapka” czy „Nagi instynkt”. W jednej ze scen, z komisariatu policji wychodzi sam T-1000, a scena pościgu za Jackiem Slaterem odnosi się do pościgu z „Terminatora”. No i oczywiście nie mogło zabraknąć miejsca dla słynnego powiedzenia Arniego, czyli „Iʼll be back!”, którym aktor raczy nas w każdym swoim filmie aż do dzisiaj.

Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak chętnie chodzimy z naszymi dziećmi na seanse filmów animowanych? Wiedzą o tym doskonale twórcy Disneya/Pixara oraz inni specjaliści od animacji, którym już od lat udaje połączyć się przesłanie dla dzieci z konwencją dla dorosłych. Wplątują gdzie tylko się da aluzje, smaczki i nawiązania do popkultury, zauważalne jedynie dla starszego widza. Bardzo często owe motywy niebezpiecznie balansują na granicy poprawności politycznej lub dobrego smaku, ale sprawiają, że dorosły odbiorca podczas seansu nie ma prawa się nudzić. Mistrzostwem świata pod tym względem jest oczywiście seria filmów o zielonym ogrze, Shrecku, ale prawdziwym prekursorem w tej dziedzinie było „Toy Story”. Wszystkie cztery części przygód Chudego i Buzza, przepełnione są elementami, obok których każdy szanujący się nerd nie przejdzie obojętnie. Co więcej, wytwórnia Pixar, od samego początku dba o to, aby fani i łowcy smaczków, nigdy się na ich produkcjach nie nudzili i konsekwentnie wplatają w swoje filmy elementy z innych animacji. Złożoną siatkę tych powiązań najlepiej przedstawia ten filmik:

W dzisiejszych czasach, praktycznie każdy większy kinowy hit musi mrugać do widza, aby nie zostać odebranym zbyt poważnie. Ostatnio w tym temacie rządzi Marvel, wkładający swoim bohaterom w usta dziesiątki ciętych ripost czerpiących garściami z popkultury. Najlepszym przykładem jest Peter Parker, który za każdym razem gdy pojawi się na ekranie, bryluje wiedzą na temat „bardzo starych filmów”, a wiedza ta okazuje się bardzo przydatna podczas walki. Przecież wielkiemu przeciwnikowi najlepiej jest opleść nogi liną, jak w „Imperium kontratakuje” lub wyssać go w przestrzeń kosmiczną, jak królową obcych w „Aliens”. Sporo filmów o komiksowych superbohaterach zawiera easter eggi, a skondensowaną ich liczbę wyłapiemy w „Deadpool’u”, który sam w sobie jest jednym wielkim żartem. Główny bohater nie pozostawia suchej nitki na X-menach, konkurencyjnym uniwersum DC, aktorach, a nawet nawiązuje do konkretnych utworów muzycznych.

Zmasowanym atakiem na zmysły popkulturowego geeka jest również najnowszy hit kinowy Stevena Spielberga „Player One”. Nic dziwnego, bo w całym filmie możemy odnaleźć setki nawiązań do popkultury, od lat 80. po czasy współczesne. Znalazło się tam miejsce dla takich rzeczy i postaci, jak DeLorean DMC-12, Tracer z Overwatch, King Kong, Mechagodzilla czy Stalowy gigant. Oczywiście jeszcze więcej tych nawiązań wyczytamy z oryginalnej książki, ale dopiero zobaczenie tego wszystkiego na ekranie sprawia, że pojęcie easter egga nabiera nowego, globalnego znaczenia.

Technologiczne Easter eggi

Odskoczmy na chwilę od popkultury, by zajrzeć do świata bliższego CHIP-owi. Programiści, developerzy, a nawet sami producenci sprzętu mają także spore poczucie humoru i również ukrywają w swoich produktach pewne ciekawostki dla fanów lub śmieszne funkcje. Wybraliśmy kilka tych, o jakich mogliście nie słyszeć.

Ukryte gry na czytnikach Kindle

W takie gry można było zagrać na Kindle (fot. how-to-geek.com)

W starszych wersjach czytników Kindle, tych, które miały jeszcze fizyczne klawiatury, programiści ukryli dwie klasyczne gry. „Saper” pojawiał się po przytrzymaniu kombinacji przycisków Alt + Shift + M. Po uruchomieniu „Sapera” można było przytrzymać klawisz G, by pojawiło się „GoMoku”, czyli wariant popularnego „kółka i krzyżyka”.

Tesla niczym szpiegowska łódź podwodna

Elon Musk był tak bardzo zauroczony hybrydową łodzią podwodną z filmu „Szpieg, który mnie kochał”, że w 2013 roku kupił ten rekwizyt filmowy za 826 tys. dolarów. Motyw ten włączył również do swojej floty pojazdów. Gdy przytrzyma się przycisk T na ekranie dotykowym Tesli, a system zapyta o kod dostępu, po wpisaniu „007” wygląd samochodu w menu zawieszenia pneumatycznego zmieni się na podwodną łódź Jamesa Bonda. Zamiast opcji „niskie” i „bardzo wysokie”, opcje zawieszenia również się zmieniają na „0” i „20 000 mil”. Sekret ten odkryto dopiero po roku.

Świąteczny Model X

W grudniu 2016 roku Model X Tesli otrzymał wyjątkową aktualizację. Po wpisaniu kodu dostępu „Holiday” (z ang. święta), wyjściu z pojazdu i zamknięciu go, uruchamiał się specjalny show do muzyki z orkiestry transsyberyjskiej. Lampy samochodu mrugały, a drzwi poruszały się do rytmu.

Ukryte gry w menu Androida

Począwszy od Gingerbreada, każda następna wersja mobilnego systemu Google miała ukrytą grę/ciekawostkę. By się do niej dostać należało wejść do ustawień smartfonu, sekcji „O urządzeniu” i szybko kliknąć kilkukrotnie pole z informacją o aktualnej wersji Androida. W Androidzie 2.3 odkrywaliśmy w ten sposób obraz zombie, w 3.0 słowo „REZZZZZZZ” nawiązujące do filmu „Tron: Dziedzictwo”. Z czasem Easter eggi stawały się bardziej interaktywne –  w Lollipop mogliśmy pograć w grę w stylu „Flappy Birda”, w Nougacie nakarmić kotka, w Oreo pobawić się z ośmiornicą, a w najnowszym Pie porysować w aplikacji.

Pinball w Microsoft Word, symulator lotu w Excelu

W 1997 roku, kiedy to Microsoft nie przejmował się tak bardzo kwestiami luk bezpieczeństwa, w dwóch programach pakietu Office znaleźć można było pewne smaczki. By uruchomić grę Pinball w Wordzie, należało wykonać kilka kroków. Najpierw wpisywało się w edytor słowo „Blue” (z ang. niebieski). Następnie zmieniało się jego kolor na niebieski i pogrubiało czcionkę. Po dodaniu spacji, wybierało się menu pomocy i zakładkę „O Microsoft Word”. Tam należało kliknąć ikonę programu przytrzymując Ctrl + Shift. Flipperami sterowało się klawiszami Z i M.

Z kolei w Excelu dało się „polatać” w psychodelicznym symulatorze lotu. By uruchomić tego Easter egga należało w czystym arkuszu kliknąć F5, wpisać „X97:L97” i zatwierdzić Enterem. Symulator pojawiał się po wybraniu opcji tworzenia wykresów.

Wielkie pytanie o życie, wszechświat i całą resztę

Google lubuje się w tego typu Easter eggach (fot. Sylwia Zimowska)

W jednej z książek serii „Autostopem przez galaktykę” inteligentne istoty z innego wymiaru zadają super inteligentnemu komputerowi pytanie o sens życia, a on po ponad 7 milionach lat obliczeń odpowiada „42”. Czytelnicy długo prosili autora o to, by wyjaśnił skąd wziął się pomysł na taką liczbę. Urosło na ten temat wiele teorii, ale w końcu Douglas Adams przyznał, że była to jedynie forma żartu. Na pamiątkę tego wydarzenia, gdy wpiszemy w wyszukiwarkę Google pytanie „the answer to the ultimate question of life, the universe and everything” uruchomi się kalkulator wyświetlający wynik 42.

Muzyczne Easter eggi

Zanim powstał termin wielkanocnego jaja, muzycy również umieszczali w swoich utworach zakodowane wiadomości. Jedną z najpopularniejszych metod, chętnie stosowanych nawet w czasach współczesnych, jest backmasking (z ang. wsteczne maskowanie). Jest to zabieg pisania, a potem nagrywania utworu w taki sposób, by pewne słowa możliwe były do zrozumienia jedynie przy odtworzeniu materiału od tyłu. Metoda ta została spopularyzowana przez zespół The Beatles, którzy w swoim albumie “Revolver” umieścili wiele takich smaczków. Np. W piosence “Rain” John Lennon śpiewa refren od tyłu. Nie zawsze były to słowa. W utworze “I’m only sleeping” nagrano od tyłu gitarową sekcję, by osiągnąć nietypowy efekt. A co ukryli inni artyści w swoich piosenkach?

Dawid Podsiadło

Piosenka „Nie ma fal” z albumu „Małomiasteczkowy” mówi o trudnej relacji, kiedy nie ma możliwości nadawania na tych samych „falach”. Jednak jeżeli puścimy utwór od tyłu, w refrenie zamiast frazy „Nie ma fal” usłyszymy wyraźnie fall in love (z ang. zakochać się”). Ukryty przekaz znaleziono też w piosence „Małomiasteczkowy”. Gdy puścimy refren od tyłu zamiast słów znowu jadę do Ciebie sam, znowu jadę do Ciebie, usłyszymy… Hej, Bieszczady dają moc, co w pełni koresponduje z ekologicznym wydźwiękiem teledysku.

Grupa Monthy Pythona

Żart świetnie pasował do komików z grupy Monty Pythona (fot. Wired.com)

W 1973 roku brytyjska grupa Monty Pythona wydała na płycie winylowej album „Matching Tie and Handkerchief” zawierający kilka skeczy. Fanom postanowiono zrobić nietypowego psikusa. Ścieżki na płycie zostały wytłoczone tak, by pomieścić równolegle kilka utworów. W zależności od tego, gdzie umieszczono igłę gramofonu, można było odtworzyć inny skecz. O tym fakcie nikomu nie powiedziano, dlatego słuchacze mieli wrażenie, że utwory znikają z płyty lub się pojawiają.

Pink Floyd

Dwie ciekawostki ukryto w albumie „The Wall” (fot. Amazon)

W intrze pierwszej piosenki z albumu „The Wall” możemy usłyszeć cichy głos pytający „… we came in?” (z ang. zaczęliśmy?), natomiast w ostatniej „isn’t it where…” (z ang. czy to nie tutaj?). Poskładane razem tworzą frazę „Czy to nie tutaj zaczęliśmy?” symbolizującą nie tylko cykliczność albumu, ale też to, że tytułowego muru nie da się zniszczyć – będzie on zawsze budowany od nowa.

Z kolei w piosence „Empty Spaces” posłużono się backmaskingiem. Puszczając utwór wspak usłyszymy słowa Rogera Watersa, gratulującego znalezienia ukrytego przekazu i proszącego o przesłanie wiadomości do Starego Pinka z albumu The Wall przebywającego na „zabawnej farmie” (szpitalu psychiatrycznym). Wiadomość zostaje przerwana rzekomym telefonem Carolyne, żony Watersa.

Radiohead

Tajemnicza wkładka (fot. stereogum)

Nie zawsze muzycy ukrywają sekrety w utworach. Radiohead w albumie „Kid A” wydanym w 2000 roku schowali między tradycyjną wkładkę z informacjami o piosenkach i tekstach, a nieprzezroczystą ścianką pudełka książeczkę zawierającą przedziwne rysunki i teksty. Hasła, które początkowo brano za przypadkowe zbiory słów, okazały się potem tekstami piosenek dwóch kolejnych albumów grupy.

Easter eggi w literaturze

Pisarzom nie sposób odmówić wyobraźni, dlatego literackich sekretów jest całe mnóstwo. Większość z nich, jak ten ze wspomnianego już cyklu „Autostopem przez galaktykę” ma jedynie formę żartu, ale zdarzają się i bardziej ciekawe smaczki.

„Władca Pierścieni”

Książkę wydano w 1954 roku (fot. tolkienlibrary.com)

W pierwszym wydaniu „Drużyny Pierścienia” stanowiącej pierwszą część trylogii „Władcy Pierścieni” tytułowa strona ozdobiona była elfickim językiem. Tolkien, językoznawca z wykształcenia, ukrył tutaj następującą wiadomość: Władca Pierścieni przetłumaczony z czerwonej księgi Marchii Zachodniej przez Johna Ronalda Reuela Tolkiena. Tutaj przedstawiono historię Wojny o Pierścień i Powrotu Króla oczami hobbitów.

„Cyfrowa Twierdza”

Debiutancki technothriller Dana Browna (fot. lubimyczytac.pl)

Na ostatniej stronie powieści autor zapisał następujący ciąg liczb: 128-10-93-85-10-128-98-112-6-6-25-126-39-1-68-78.By go odszyfrować należy podstawić pierwszą literę każdego rozdziału wskazanego przez liczbę. W ten sposób otrzymuje się W E C G E W H Y A A I O R T N U. Te z pozoru nic nie znaczące 16 liter nabiera sensu, gdy ułoży się je w tzw. kwadrat Cezara.

W E C G
E W H Y
A A I O
R T N U

Teraz wystarczy odczytać litery w kolumnie, by otrzymać „WE ARE WATCHING YOU”, czyli „Obserwujemy Cię”.

„Playboy”

Znajdziecie wszystkie króliczki? (fot. pinterest)

OK, może nie jest to literatura wysokich lotów, ale za to znana na całym świecie. Ten ilustrowany miesięcznik erotyczny został założony w 1953 roku i od tamtej pory do czasów obecnych ani razu nie przeszedł zmiany swojego logotypu. Znakiem „Playboya” jest głowa króliczka z muszką. Gdzie kryje się Easter egg? Otóż jajeczko wielkanocne, lub raczej w tym wypadku, zajączek, kryje się na każdej okładce magazynu. Niekiedy od razu rzuca się w oczy, niekiedy jest tylko maleńkim wzorem na ubraniu, elementem biżuterii lub cieniem. Robi wrażenie, prawda?

„Po drugiej stronie lustra”

7-letnia Alicja w obiektywie Lewisa Carrolla (fot. Wikipedia)

Prawdopodobnie każdy z nas myśląc o „Alicji z Krainy Czarów” widzi długowłosą blondyneczkę w niebieskiej sukience – taki wizerunek wykreowała bowiem bajka Disneya. Jednak prawdziwa Alicja wyglądała inaczej – miała ciemne i krótkie włosy. Carroll długi czas zaprzeczał, że wzorował postacie ze swoich książek na rzeczywistych osobach. Tworząc drugą część swojej najsłynniejszej powieści, pisarz umieścił jednak na końcu wiersz, który wyraźnie wskazywał na pewną młodą osóbkę.

A boat beneath a sunny sky,
Lingering onward dreamily
In an evening of July–
Children three that nestle near,
Eager eye and willing ear,
Pleased a simple tale to hear–
Long has paled that sunny sky:
Echoes fade and memories die.
Autumn frosts have slain July.
Still she haunts me, phantomwise,
Alice moving under skies
Never seen by waking eyes.
Children yet, the tale to hear,
Eager eye and willing ear,
Lovingly shall nestle near.
In a Wonderland they lie,
Dreaming as the days go by,
Dreaming as the summers die:
Ever drifting down the stream–
Lingering in the golden gleam–
Life, what is it but a dream?

By odnaleźć wskazówkę wcale nie trzeba znać angielskiego. Wystarczy połączyć ze sobą pierwsze litery każdego wersu, by otrzymać imię i nazwisko Alice Pleasance Liddell – dziewczynki, którą poznał w trakcie wycieczki łodzią po Tamizie i którą później miał okazję często fotografować.

„Harry Potter i Czara Ognia”

Natalie McDonald będzie żyła już zawsze w Hogwarcie (fot.cluebees.com)

W całej przepastnej sadze o czarodzieju Harrym Potterze, tylko jedna postać żyła w naszej rzeczywistości. Zanim na rynku zadebiutowała czwarta część serii, „Harry Potter i Czara Ognia”, uniwersum podbiło rynek literacki i filmowy. Jedną z fanek czarodzieja została dziewięcioletnia Natalie McDonald z Toronto. Dziewczynka borykała się z ciężką odmianą białaczki i było przesądzone, że nie doczeka wydania upragnionej „Czary Ognia”. Przyjaciółka rodziny, Annie Kidder, udała się do wydawcy z prośbą, by przekazać Rowling informacje o dziewczynce i jej wielkim marzeniu. Autorka była w tamtym czasie na wakacjach i wiadomość dotarła do niej z opóźnieniem. Przygotowała jednak obszerny materiał o tym, co zawarte będzie w książce i wysłała Natalie rok przed wydaniem książki. Niestety dziewczynka nie zdążyła już odczytać wiadomości – umarła dzień wcześniej. Rowling postanowiła upamiętnić ją w niezwykły sposób – wplotła jej imię i nazwisko do powieści. O Natalie może przeczytać każdy na stronie 159, w momencie kiedy nowi czarodzieje otrzymują przydziały do domów. Dziewczynka, rzecz jasna, trafiła do Gryffindoru.

Popkultura wypchana jest ciekawostkami, które potrafią wprawić nawet największego fana tematu w zdumienie. Mamy nadzieję, że podobało wam się nasze polowanie na „wielkanocne jaja” i że wykorzystacie te informacje by zabłysnąć w towarzystwie geeków. Chętnie poczytamy też o waszych ulubionych sekretach z gier, filmów, literatury, muzyki czy świata technologii. | CHIP

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.