Pokryty piaskiem aparat pomiędzy skamielinami.

Koniec lustrzanek

Fot. Piotr Sokołowski
Najpierw fotografia cyfrowa zmieniła świat, a potem przyszły smartfony i zmieniły samą fotografię cyfrową. Tak zwane „prawdziwe” aparaty zostały zepchnięte na margines rynku, ale nadal jest to margines niezwykle istotny – najbardziej profesjonalny, oferujący najlepszą jakość i największe możliwości. I właśnie w tym sektorze dokonuje się na naszych oczach ważna zmiana warty.

Przyszło nam żyć w ciekawych, bo bardzo fotograficznych czasach. Najbardziej fotograficznych w historii ludzkości. Na samym Instagramie ląduje każdego dnia ponad 100 milionów nowych zdjęć, a na Facebooku dochodzi do tego kolejne 300 milionów. Nie tak dawno, bo w 2000 roku liczbę wszystkich wykonanych zdjęć szacowano na 86 miliardów, podczas gdy w całym 2017 roku doliczono się ich już 1,2 biliona – 14 razy więcej. Te liczby stale rosną. Z drugiej strony nie trzeba być jakimś szczególnie wnikliwym obserwatorem, by zauważyć pewną tendencję – coraz mniej ludzi fotografuje i filmuje aparatami cyfrowymi lub kamerami, a coraz więcej używa do tego celu smartfonów.

Trendy, liczby, konkrety

Zostawmy jednak obserwacje i przejdźmy do konkretów w postaci kilku nudnawych statystyk. Oto jak w ostatnich latach kształtowała się produkcja aparatów cyfrowych wszystkich typów:

Dane na temat produkcji aparatów oparliśmy na dokładnych raportach dostarczanych przez organizację Camera & Imaging Products Association (CIPA). W latach 1999-2002 podawała ona jedynie liczbę produkowanych aparatów. Od roku 2003 oddzielała już aparaty kompaktowe od aparatów z wymienną optyką. Pierwsze bezlusterkowce weszły na rynek w roku 2008, ale CIPA wydzieliła tę kategorię aparatów dopiero w roku 2012. I ostatnia uwaga: dane na rok 2019 to nasza własna estymacja na podstawie trendów z poprzednich lat oraz raportów CIPA za styczeń i luty 2019.

Ten wykres pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, potwierdza się to, co obserwujemy wszyscy – liczba produkowanych i sprzedawanych aparatów cyfrowych od roku 2012 wyraźnie spada. Natomiast jest jeszcze drugi szczegół, na który warto zwrócić uwagę – popularyzacja smartfonów najbardziej wpłynęła na ograniczenie popularności aparatów kompaktowych (czyli wszystkich tych, które mają obiektyw połączony na stałe z korpusem). Sumaryczna sprzedaż aparatów z możliwością wymiany obiektywów (lustrzanek i bezlusterkowców) również spada, ale zdecydowanie wolniej. A zatem ci, którzy używali aparatów kompaktowych, w większości „przesiedli się” na smartfony, natomiast ci, którzy używali lustrzanek (i od 2008 roku bezlusterkowców), pozostali wierni aparatom z wymienną optyką.

A jak wyglądać będzie ten sam wykres, jeśli do danych dotyczących produkcji aparatów dodamy najbardziej popularną kategorię urządzeń fotografujących, jaka kiedykolwiek powstała – smartfonów? Właśnie tak:

To ten sam wykres co powyżej, jedynie bardziej „spłaszczony” (zmiana „tysięcy” na „miliony”) i z dodatkowymi danymi na temat liczby smartfonów, które trafiły na rynek w latach 2009-2019. Gdybyśmy zachowali tę samą skalę i jednostki, samo przewijanie tego wykresu rolką myszki z góry na dół trwałoby pewnie z minutę… Jak widać, liczba sprzedanych smartfonów w porównaniu do aparatów cyfrowych ma przewagę, którą trudno określić inaczej, jak miażdżącą – w 2019 roku sprzeda się ich ok. 110x więcej! Źródła: aparaty (CIPA i nasza estymacja na 2019 rok), smartfony (statista.com, w tym także estymacja 2019 r.)

Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, że rosnąca popularność smartfonów bezpośrednio wpłynęła na kryzys na rynku aparatów fotograficznych, to ten wykres wyjaśnia sprawę ostatecznie.

Ale jest jeszcze jeden trend, którym warto zająć się szczegółowo – i do zaobserwowania go służyć nam będzie trzeci wykres, bazujący na tych samych danych, ale ograniczony wyłącznie do aparatów z możliwością wymiany obiektywów:

Liczba wyprodukowanych lustrzanek i bezlusterkowców w latach 2012-2019. Źródło: CIPA (plus estymacja na rok 2019 – CHIP.pl).

Jak widać, liczba produkowanych lustrzanek z roku na rok spada, natomiast jeśli chodzi o bezlusterkowce, utrzymuje się ona na mniej więcej jednakowym poziomie, a w niektórych latach nawet rośnie. To najciekawsza i najdynamiczniej rozwijająca się w tym momencie odmiana aparatów fotograficznych!

I jeszcze jedna ważna uwaga w oparciu o powyższy wykres – żyjemy w czasach przełomu. To właśnie w 2019 roku dojdzie do sytuacji, w której sprzedaż bezlusterkowców (na pewno pod względem wartościowym, ale być może również ilościowym) przebije sprzedaż lustrzanek. Rozpoczyna się zatem nowa era w historii fotografii cyfrowej – era bezlusterkowców.

Szczypta cyfrowej historii

Tych kilka danych liczbowych pozwoliło nam spojrzeć na pewne trendy od strony rynkowej i statystycznej, ale żeby jeszcze wyraźniej zobaczyć pewne procesy, warto dodać do tego krótkie ujęcie historyczne. Daty, podobnie jak liczby, nie zdradzą nam oczywiście wszystkiego, ale pozwolą zrozumieć lepiej pewne kwestie. Zaczniemy dość wcześnie, bo od… dinozaurów, ale nie ma się co bać – przelecimy przez to wszystko szybciutko 😉

Fot. generator memów

Człowiek na Ziemi obecny jest od około 200 tysięcy lat, podczas gdy dinozaury łaziły sobie po naszej planecie przez jakieś 180 milionów lat – wielokrotnie dłuuużej. Warto o tym wspomnieć, bo podobnie wygląda kwestia porównania historii aparatów tradycyjnych do współczesnej fotografii cyfrowej – jeśli chodzi o „cyfrę”, zabawa dopiero się zaczyna!

Reklama

Pierwsze zdjęcie wykonano w 1826 roku, a pierwszy masowo produkowany aparat trafił do sprzedaży w 1839 roku. Fotografia rozwijała się zatem spokojnie przez lata, a nawet wieki, jednak nas interesuje w tej historii zaledwie kilka dat związanych z lustrzankami jednoobiektywowymi. Pierwszy patent opisujący tego typu konstrukcję pojawił się już w roku 1861, zaś pierwsze urządzenia tego typu weszły do seryjnej produkcji w roku 1884. Fotografom przyszło jednak czekać aż do lat 60. ubiegłego wieku, kiedy to wreszcie upowszechniło się stosowanie lustrzanek jednoobiektywowych wykorzystujących film małoobrazkowy. To była prawdziwa rewolucja, przewrót kopernikański na rynku sprzętu fotograficznego pod względem wygody i precyzji kadrowania zdjęć – ale o tym więcej za chwilę.

Jesteśmy zatem z naszą historią w czasach, w których trwa w najlepsze era fotografii tradycyjnej (niektórzy używają w tym miejscu określenia „analogowej”) – i trwać będzie mniej więcej do roku 2003. To właśnie wtedy nastąpił przełom analogiczny do rewolucji obserwowanej przez nas w tym roku – po raz pierwszy aparatów cyfrowych sprzedało się więcej niż konstrukcji wykorzystujących do rejestracji obrazu tradycyjne materiały halogenosrebrowe. Można zatem wyliczyć, że tradycyjna fotografia „rządziła” przez niemal 180 lat (dinozaury…), podczas gdy fotografia cyfrowa dominuje dopiero od 16 lat. 

Nie znaczy to oczywiście, że historia cyfrowego obrazowania nie zaczęła się wcześniej. Pierwsza matryca cyfrowa (typu CCD) powstała już 1969 roku, a w 1981 roku na rynek trafił pierwszy komercyjnie produkowany aparat cyfrowy. Musiało jednak jeszcze minąć ponad 20 lat – do wspomnianego roku 2003 – by można było uczciwie powiedzieć o prawdziwym rozpoczęciu ery fotografii cyfrowej.

Tak samo było też ze smartfonami (pierwszy tego typu telefon, produkcji IBM, pojawił się na rynku już w 1993 roku) i z bezlusterkowcami (premiera pierwszego bezlusterkowca firmy Panasonic miała miejsce w 2008 roku) – nowe kategorie urządzeń bynajmniej nie od razu zdominowały rynek zajęty przez swoich poprzedników. Więcej smartfonów niż zwykłych telefonów komórkowych sprzedano dopiero w 2013 roku, zaś więcej bezlusterkowców niż lustrzanek zostanie sprzedanych prawdopodobnie właśnie w tym roku.

Tak to już z tymi „erami” w fotografii cyfrowej i w telefonii komórkowej jest – nie zaczynają i nie kończą się gwałtownie, ale trochę na siebie nachodzą. Zmieniają się „na zakładkę”.

Lustrzanki wspaniałe, lustrzanki przeklęte

Zacznijmy od pochwały lustrzanek. Dziś, w czasach fotografii cyfrowej nikt tego już może za bardzo nie docenia, ale warto pamiętać, że pojawienie się lustrzanki jednoobiektywowe przyniosło prawdziwą rewolucją w kwestii wygodnego kadrowania obrazu.

W aparacie cyfrowym i smartfonie za zupełnie naturalny przyjmujemy fakt, że to, co widać na ekranie/w wizjerze elektronicznym, będzie później w ten sam sposób widoczne na zdjęciu, ale kiedyś nie było to takie proste. Wiele starszych modeli aparatów w ogóle nie miało wizjera lub miało wizjer w postaci drucianej ramki, potem nastąpiły czasy wizjerów wbudowanych w obudowę, ale nadal działających niezależnie od obiektywu i często zwyczajnie słabych, nie pokrywających 100 procent kadru i obciążonych potężnym błędem paralaksy. Fotografowanie, a dokładniej kadrowanie zdjęcia przypominało więc loterię: czy na pewno w kadrze znajdzie się głowa osoby, którą chcemy uwiecznić, czy też nie? Albo czy zobaczymy na zdjęciu obskurny kosz na śmieci, którego w wizjerze nie było w ogóle widać?

Kodak Brownie zapisał się w historii jako jeden z najważniejszych modeli popularyzujących fotografię. Tu wersja druga, wyposażona w wizjer, a nawet dwa wizjery – oddzielnie do kadrów poziomych i pionowych. Każdy z nich pokazywał jednak tylko bardzo mniej więcej to, co było finalnie rejestrowane na zdjęciu, a im bliżej znajdował się fotografowany motyw, tym błąd stawał się większy. Fot. Håkan Svensson / Wikipedia

Dopiero lustrzanki jednoobiektywowe zaoferowały fotografom niesamowity komfort kadrowania, polegający na tym, że ten sam obraz, który widać było w wizjerze, widoczny był następnie na zdjęciu. Ten sam obraz poprzez dokładnie ten sam obiektyw! Sercem rozwiązania było zaś lustro (stąd nazwa tego rodzaju aparatów), odbijające obraz do wizjera lub podniesione i przepuszczające go w kierunku materiału światłoczułego.

Tak działa lustrzanka – niezależnie od tego, czy obraz zapisywany jest na filmie czy na matrycy cyfrowej. W fazie kadrowania zdjęcia lustro jest opuszczone i odbija obraz do wizjera optycznego (a także część do układu ustawiania ostrości). W drugiej fazie lustro jest podniesione, a obraz trafia bezpośrednio na film lub matrycę, czyli rejestrowane jest zdjęcie. Fot. materiały prasowe Sony.

A jednak to, co było na początku cudowną zaletą lustrzanek jednoobiektywowych, stało się w końcu ich przekleństwem. Jak pamiętacie z poprzedniego, nafaszerowanego datami akapitu, pierwsze lustrzanki jednoobiektywowe weszły na rynek w 1861 roku i… od tego czasu wiele się nie zmieniły. Wejście w erę cyfrową polegało w przypadku lustrzanek głównie na wymianie filmu na matrycę cyfrową, która poza momentem rejestracji zdjęcia była niewykorzystywana, zaś cała ogólna zasada działania lustrzanki pozostawała taka sama. A zatem mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której do leciwego rozwiązania technologicznego (choć oczywiście rozwijanego w ciągu tych wszystkich lat) zastosowano ultranowoczesne podzespoły cyfrowej rejestracji obrazu. To trochę tak, jakby do sterowca (oczywiście produkowanego współcześnie) podłączyć nowoczesny silnik odrzutowy. Zapewne da się, ale może lepiej wykorzystać do tego samolot?

I wtedy wchodzą one, bezlusterkowce

Pamiętam doskonale moment premiery pierwszych bezlusterkowców na targach Photokina 2008. Firmy Panasonic oraz Olympus, które zaprezentowały wówczas swoje konstrukcje, bardzo mocno akcentowały fakt, że mamy do czynienia z matrycami o tej samej wielkości, co w lustrzankach (a zatem i z tą samą jakością obrazu), za to przy znacznie mniejszych rozmiarach. Tym samym tropem poszli wkrótce inni producenci, tacy jak Sony, Fujifilm a także giganci na rynku lustrzanek – Canon i Nikon.

I wiecie co? Okazało się, że to błędny kierunek rozwoju.

Lustrzanka i bezlusterkowiec Panasonica (G1 – pierwszy seryjnie produkowany bezlusterkowiec świata). Przy zachowaniu tej samej skali i tej samej matrycy rozmiary i waga bezlusterkowca G1 są znacznie mniejsze, a przecież ten japoński producent pokazał później jeszcze o wiele mniejsze modele (np. GM1), z taką samą wielkością matrycy. Fot. materiały prasowe Panasonic.

Dlatego w ciągu ostatnich 10 lat bezlusterkowce – oczywiście poza kilkoma wyjątkami – rosły i tyły. Kolejne badania fokusowe i kolejne wyniki sprzedażowe przekonywały bowiem producentów, że poza pewną dość wąską grupą użytkowników, klienci szukali w bezlusterkowcach przede wszystkim wysokiej jakości obrazu oraz możliwości fotograficznych i filmowych, natomiast ta hipotetyczna grupa ceniąca sobie szczególnie małe rozmiary i wagę okazała się wyjątkowo nieliczna. Jeśli ktoś szukał czegoś naprawdę lekkiego i małego, często wybierał aparat kompaktowy lub po prostu smartfona, a nie małego, ale jednak nie aż tak małego bezlusterkowca.

Reklama

Na szczęście równocześnie w ciągu tych kilku lat producenci odkryli, co tak naprawdę jest podstawową zaletą bezlusterkowców i co jest ich największą przewagą względem lustrzanek. Tym czymś jest matryca cyfrowa, zaangażowana stale we wszystkie aspekty pracy aparatu. Ta sama matryca, która w przypadku lustrzanek cyfrowych tkwi sobie spokojnie w ciemnej komorze lustra, schowana za nim i ujawniająca swe istnienie tylko w momencie wykonywania zdjęcia. Natomiast w bezlusterkowcach matryca nie służy tylko do wykonywania zdjęć – służy niemalże do wszystkiego.

Spójrzmy jeszcze raz uważnie na pokazaną powyżej ilustrację. Oprócz rzucającej się od razu w oczy różnicy w wymiarach pokazuje ona jeszcze jedną niezwykle ważną kwestię – budowa bezlusterkowca, dzięki zaangażowaniu matrycy, jest znacznie, znacznie prostsza:

  • Rejestracja obrazu – bezlusterkowiec wykorzystuje matrycę (tak jak lustrzanka)
  • Pomiar ekspozycji – bezlusterkowiec wykorzystuje matrycę (w lustrzance służy do tego osobny czujnik, na dodatek o mniejszej niż matryca rozdzielczości)
  • Ustawianie ostrości – bezlusterkowiec wykorzystuje matrycę (w lustrzance służy do tego jeszcze jeden czujnik, dodatkowo narażony na błędy typu frontfocus i backfocus)
  • Analiza charakteru rejestrowanej sceny – bezlusterkowiec wykorzystuje matrycę (lustrzanka nic nie wykorzystuje, więc nie jest w stanie precyzyjnie rozpoznać charakteru sceny)
  • Rozpoznawanie twarzy i oczu w kadrze – bezlusterkowiec wykorzystuje matrycę (lustrzanka nie jest w stanie tego zrobić)
  • Bezgłośne wykonywanie zdjęć (migawka elektroniczna) – bezlusterkowiec wykorzystuje matrycę (lustrzanka nie jest w stanie tego zrobić)
  • Ultrakrótkie czasy naświetlania (migawka elektroniczna) – bezlusterkowiec wykorzystuje matrycę (lustrzanka wykorzystuje tylko migawkę mechaniczną, która nie jest aż tak szybka)
  • 100-procentowe pokrycie kadru w wizjerze – spoko, bo bezlusterkowiec wykorzystuje matrycę (tylko najlepsze i najdroższe lustrzanki pokrywają 100 procent kadru w wizjerze, słabsze i tańsze ok. 96–98 procent)
  • Brak wstrząsów podczas wykonywania zdjęcia – spoko, bezlusterkowiec nie ma lustra, które powoduje największy wstrząs (a lustrzanka jak najbardziej, choć trzeba zaznaczyć, że podczas fotografowania ze statywu można je podnieść wcześniej dzięki specjalnej funkcji)

To skomplikowana (choć cudowna i w wielu przypadkach zasługująca na miano arcydzieła) budowa lustrzanek okazała się ich największym wrogiem. W wielu sytuacjach rozwój technologiczny (choćby w przypadku migawek) doszedł już do granic możliwości, podczas gdy bezlusterkowce dopiero się rozkręcają. Kolejne generacje matryc przynoszą ze sobą dalsze korzyści i dalszy rozwój, ale o tym więcej powiemy w ostatnim akapicie tego artykułu. Na razie wystarczy sama świadomość, że aby te nowe możliwości wykorzystać, trzeba stale korzystać z matrycy.

I jeszcze jedna uwaga – jeśli lustrzanki realizują jakieś nowoczesne funkcje (są na przykład nieliczne modele z funkcją bezgłośnego fotografowania), to dzieje się to tylko dlatego, że pracują wtedy w „trybie bezlusterkowca” – podnoszą lustro i udają, że go nie ma.

Zdjęcie wykonane bezlusterkowcem w trybie wykrywania położenia oka fotografowanej osoby i automatycznego ustawiania na nim ostrości. Każda lustrzanka z działającym autofokusem ustawiłaby ostrość na palcach lub czole modelki, ale na pewno nie na oku. Fot. Tomasz Kulas.

Dwa proste przykłady: rozpoznawanie twarzy w kadrze i migawka elektroniczna. Niemal każdy aparat kompaktowy czy współczesny smartfon, a także każdy bezlusterkowiec bez problemu rozpoznaje, w którym miejscu w kadrze jest twarz – i odpowiednio dopasowuje do tego ustawianie ostrości i naświetlenia. Mało tego, coraz więcej bezlusterkowców rozpoznaje nawet miejsce położenia oka fotografowanej osoby – przy małej głębi ostrości ustawienie jej dokładnie na oku to warunek konieczny wykonania dobrego portretu. Albo jeszcze inaczej – są takie bezlusterkowce, w których możemy zapisać w pamięci twarze konkretnych osób i nakazać im ustawianie ostrości (np. w tłumie) właśnie przede wszystkim na nich. I to naprawdę działa.

Tymczasem lustrzanka, o ile działa jak lustrzanka (a nie podnosi lustra i udaje bezlusterkowca), nie rozpozna obecności twarzy w kadrze. W ogóle.

Reklama

I drugie dobrodziejstwo ostatnich czasów, jakim jest migawka elektroniczna, czyli w gruncie rzeczy rozpoczynanie i kończenie rejestracji zdjęcia z wykorzystaniem wyłącznie matrycy. Lustrzanki (działające jak lustrzanki) musza wykorzystywać lustro i migawkę mechaniczną, dość głośną i oferującą najkrótszy czas naświetlania (w najlepszych obecnie produkowanych modelach) 1/8000 s. Migawka elektroniczna działa natomiast absolutnie bezgłośnie (fotografowanie na koncertach, w kościele, w teatrze, na planie filmowym…), a najnowsze matryce pozwalają na rejestrację zdjęć przy minimalnym czasie naświetlania 1/32 000 s, a więc aż cztery razy krótszym.

Tego typu przykłady można by mnożyć, ale zamiast tego użyję jeszcze zupełnie innego argumentu – znów rynkowego. W ostatnim czasie najwięcej aparatów z matrycą pełnoklatkową – niezależnie od tego, czy mowa o lustrzankach czy bezlusterkowcach – sprzedawała na świecie, w Europie i w Polsce firma Sony, oferująca właściwie wyłącznie bezlusterkowce. To fotografowie swoimi własnymi portfelami zagłosowali za tym, że właśnie ta kategoria aparatów ma przyszłość. Widoczny pod koniec zeszłego roku gwałtowny odwrót takich potęg jak Canon czy Nikon w kierunku bezlusterkowców (choć oczywiście obie firmy zastrzegają się, że lustrzanki nadal są dla nich ważne) to zwyczajna walka o przetrwanie. Wszyscy najwięksi i najważniejsi producenci aparatów skupili się obecnie na sprzedaży bezlusterkowców – to do nich należy przyszłość fotografii.

Canon EOS 4000D to nowy model lustrzanki, pokazany w 2018 roku. Mimo to kosztuje (z obiektywem) nieco ponad 1100 zł – dużo mniej od najtańszych bezlusterkowców, a nawet od wielu sprzedawanych obecnie aparatów kompaktowych. Fot. materiały prasowe Canon.

Co ciekawe, obecnie (w przyszłości się to zmieni) bezlusterkowce nie górują nad lustrzankami pod względem jakości obrazu. Podobne generacje aparatów oferują podobną jakość – wszystko zależy od „metryki” samej matrycy, a nie od tego, czy jest przed nią umieszczone lustro, czy też nie.

Lustrzanki mają zaś nad bezlusterkowcami przewagę cenową, zwłaszcza w przypadku najtańszych modeli Canona i Nikona za ok. 1500 zł (z obiektywem!). Spadają też ceny używanych, wyższych modeli lustrzanek i obiektywów do lustrzanek – coraz więcej profesjonalistów i pasjonatów przesiada się na bezlusterkowce, więc można liczyć na rosnącą liczbę naprawdę okazyjnych wyprzedaży. Niemniej warto się zastanowić, czy kupowanie obecnie lustrzanki to rzeczywiście dobry pomysł – każdemu powinien dać do myślenia fakt, że bardzo często zdarza się sytuacja, w której najtańsze lustrzanki (nowe!) kosztują mniej nawet niż… nieduże aparaty kompaktowe ze średniej półki. Niestety, w przypadku tego typu konstrukcji producenci oszczędzają w sposób wręcz karkołomny – klienci dostają wykonane z tworzyw sztucznych „wydmuszki”, w których nawet mocowanie obiektywu wykonane jest z plastiku, a w środku utylizowane są stare podzespoły (np. matryce, które nie umożliwiają nagrywania filmów 4K albo niezwykle ograniczone układy ustawiania ostrości).

Jeśli kupować lustrzankę – w celu szukania oszczędności – lepiej poszukać na rynku wtórnym jakiegoś wyższego modelu w dobrym stanie. Ale jeśli ktoś nastawia się na głębsze wejście w jakiś system fotograficzny i kompletowanie zestawu, który będzie rozwijany przez lata o dokupowane dodatkowe obiektywy, nowsze korpusy itd. – zdecydowanie warto postawić na bezlusterkowce.

Cyfrowa przyszłość

Już teraz żyjemy w ciekawych czasach, ale z każdym kolejnym rokiem robi się jeszcze ciekawiej. Wracając na chwilę do smartfonów – w ciągu najbliższych kilku lat rozwój ich możliwości fotograficznych zależy głównie od zastosowania konstrukcji wieloobiektywowych. Producenci smartfonów wiedzą już, jak zapewnić im możliwość przybliżania obrazu bez straty jego jakości (kombinacja obiektywów o różnych ogniskowych) albo jak zapewnić im jeszcze lepszą jakość obrazu (kombinacja bliźniaczych matryc i obiektywów, ale pozbawienie części matryc filtra barwnego). Recepty są znane, ale… na przeszkodzie coraz mocniej stają uwarunkowania ekonomiczne.

Jeszcze kilka lat temu moduł fotograficzny stanowił około 8 procent kosztu wyprodukowania nowego smartfona, natomiast obecnie jego udział w całościowej cenie znacznie się zwiększył. Na przykład komponenty fotograficzne w Samsungu Galaxy S8+ kosztowały w sumie 32 dolary, a w modelu Galaxy S9+ już 48 dolarów. Już w przypadku dwuobiektywowego modułu aparatu w Huawei Mate 10 koszt tego elementu stanowił 12 procent ceny produkcji całego smartfona, więc można się domyślać, że w przypadku modeli takich jak najnowszy P30 Pro (z czterema obiektywami) ten udział jest jeszcze znacznie wyższy. Poza nielicznymi wyjątkami (typu Nokia 9) nie należy się zatem spodziewać, że rynek zaleją smartfony z coraz większą liczbą obiektywów – pięcioma, ośmioma, piętnastoma. To się po prostu nie opłaci producentom.

Co dostaniemy „w zamian”? Z pewnością coraz dłuższe wbudowane teleobiektywy o budowie peryskopowej, co pozwoli na oferowanie tak zwanego bezstratnego zoomu na poziomie 10x i więcej. Ciekawą innowacje zaprezentowała też niedawno firma Huawei – zamiana zielonych pól w filtrze barwnym na żółte dopuszcza do matrycy nieco więcej światła i to bez konieczności korzystania z dodatkowych matryc. Jednak fotografia cyfrowa w przypadku smartfonów (i coraz bardziej również bezlusterkowców) to przede wszystkim niesamowicie zaawansowane algorytmy obróbki już wykonanych obrazów. Lepsze matryce, jaśniejsze obiektywy – to wszystko się pojawia, ale główną robotę odwala jednak procesor obrazowy. Jeszcze lepsza kolorystyka, niższy poziom szumów, więcej szczegółów na zdjęciach, szokująco długie czasy rejestrowania zdjęć z ręki, niezwykłe tryby fotograficzne – to głównie zasługa procesora, lub tak jak w przypadku smartfonów Huawei, koprocesorów neuralnych. I tak będzie także w przyszłości.

Migawka mechaniczna wykorzystywana w dwóch najnowszych bezlusterkowcach Nikona (Z6 i Z7). Możemy się spodziewać, że w najbliższych latach również ten element budowy aparatu przestanie być po prostu potrzebny. Fot. materiały prasowe Nikon.

A co w przypadku bezlusterkowców? Najbliższe lata przyniosą niewątpliwie dominację tej kategorii aparatów na rynku fotograficznym (pomijając oczywiście pozycję smartfonów), ale świat fotografii czeka też z wytęsknieniem na kilka konkretnych technologii. Najważniejszą z nich będzie tzw. migawka globalna, czyli matryce, które będą sczytywały dane o obrazie z całej powierzchni dokładnie w tym samym momencie (obecnie matryce CMOS realizują ten odczyt linijka po linijce). Prawdopodobnie będzie to równocześnie ten moment w historii rozwoju fotografii, w którym w ślad za lustrem z aparatów zniknie także mechaniczna migawka.

Rozpoznawanie głów i oczu zwierząt już działa – na razie w coraz większej liczbie modeli firmy Sony. Tu naprawdę trzeba było „zaszyć” sporo sztucznej inteligencji, ponieważ kształt głów różnych gatunków zwierząt i ptaków bardzo się różni. Fot. materiały prasowe Sony.

Ale także w przypadku zaawansowanych aparatów – bezlusterkowców czy drogich kompaktów – coraz większą rolę odgrywać będzie sztuczna inteligencja. Do rozpoznawania ludzi (i oczu ludzi) w kadrze dochodzi właśnie rozpoznawanie głów i oczu zwierząt, coraz lepiej działać też będą algorytmy śledzące poruszające się motywy w kadrze. Cały czas poprawiać się też będzie jakość obrazu – nie tylko dzięki lepszym matrycom i obiektywom, ale również za sprawą elektronicznej obróbki i poprawiania jakości zdjęć. | CHIP

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.