FELIETON: komentarz, hejt, lincz, czyli…

Zwrot „mowa nienawiści” ma swój konkretny ciężar. Dotyczy, moim zdaniem, takich sytuacji, kiedy słowa używane są nawet nie po to, by obrazić, ale by upokorzyć, sponiewierać i zohydzić adwersarza. A przy tym podburzyć przeciwko niemu innych ludzi.

Dlatego o zwykłych internetowych komentarzach, w których bagno durnej myśli miesza się z szambem wulgaryzmów, wolę mówić hejt. Dobre słowo o angielskim rodowodzie, które jest zamiennikiem naszego, powiedzmy, chamstwa. (Bo przecież nie braku kindersztuby. Tego nie ma, gdy ktoś się nie przywita, a nie wyzwie innych od debili i cyklistów.) To bowiem chamstwo, zwykłe ordynarne chamstwo najbardziej się wśród internautów rozpleniło. O ile w realu jeszcze jakoś sobie z emocjami radzimy, to w internetach hulaj dusza, piekła nie ma. Każda informacja jest w stanie rozgrzać czytelników do białości i wywołać zupełnie nieadekwatne emocje. Tak jak w przypadku nieszczęsnego filmu opublikowanego przez Testygier.pl. Powiedzieć, że film żałosny, to jak nic nie powiedzieć. Oświadczenie z przeprosinami jeszcze gorsze. Internauci słusznie zauważyli, że całe te przeprosiny to mydlenie oczu. Tylko dlaczego wśród ponad 300 komentarzy, jakie zebrał post na FB, większość jest agresywna ponad normę? Rozumiem oburzenie, nie rozumiem jednak języka, jakim jest wyrażane. Po co się pastwić nad człowiekiem, który jak widać nie rozumie, że zrobił źle i nawet nie potrafi przeprosić? Nie zaglądać na stronę, nie karmić klikami, zlikwidować polubienie. Potraktować jak trędowatego. Nazywa się to ostracyzm. Ostracyzm ma to do siebie, że pozwala uniknąć nurzania się w błocie. Obrzucania inwektywami i obrywania tym samym.

Gdybyście chcieli sami się przekonać, jak wyglądają wspomniane komentarze, wystarczy, że zajrzycie do postu poniżej. Nie będę cytować, bo wiele cytatów zawierałoby sporo „wypikanych” fragmentów.

W internecie chamiejemy, bo…

…jesteśmy anonimowi? Doprawdy? Nie do końca. Pomijając trolli i boty, większość ludzi komentuje na FB korzystając z własnego konta. Takiego, gdzie ze zdjęcia profilowego patrzy stateczna pani, babcia dzieciom, albo niewinna licealistka, bądź dobrze zapowiadający się młody człowiek. I przyznam, nie ma żadnej reguły. Każda z tych osób, potrafi wyzwać innych od najgorszych, używając przy tym słów, jakich nie usłyszałoby się nie tylko w przedwojennym lupanarze, ale i w starym dobrym powojennym „więźniu”. Przykłady? Proszę bardzo.

Wśród obserwowanych stron na FB mam „Ludzie przeciwko myśliwym”. Przyznaję, polubienia nie cofnęłam, ale wyłączyłam powiadomienia. Nie na moje nerwy są zdjęcia przez tę stronę publikowane, ale chyba jeszcze bardziej komentarze, które pod postami są umieszczane. Z jakąś zupełnie dla mnie niezrozumiałą ekscytacją i lubością internauci prześcigają się w wymyślaniu tego, co myśliwemu by zrobili, jak marnie powinien skończyć i co komu przypomina jego „gęba”, bo przecież nie twarz. Ktoś, kto się nam nie podoba, nie ma twarzy. On ma zawsze mordę, gębę, facjatę, ryj. Jest s…em, mordercą, j…ym mordercą, zapijaczonym chamem itd. Czy mnie się podoba człowiek, który poluje na lisie szczenięta? Nie. Co ja nim sądzę? Same najgorsze rzeczy. Nigdy jednak w życiu nie przyszłoby mi do głowy skorzystać w publicznej wypowiedzi z tak rynsztokowego języka, z jakim spotkać się można w tych komentarzach. I kto je pisze? Anonimowy obywatel? Otóż nie. Na przykład pani Margarita K. proponuje:

Ktoś przecież go zna! Zrobić mu „jesień średniowiecza „! W pracy, w miejscu zamieszkania, w sklepie- ignorować…niech chodzi głodny, opluty, chory….gnida

Grażyna Ś. życzy:

Żeby Ci tą czerwoną mordę wykrzywiło w druga stronę. Jeszcze szyi i szczęścia się morderstwem

Małgorzata N. (przedstawia się jako emerytka i ma milutkie zdjęcie profilowe na ławce w parku), ma marzenie:

Gnoje łachudry i mordercy. Chętnie bym puknęla mu w jaja. Hieny pieprzone.

Natomiast Grażyna Ł. (która przy okazji niedawno rozpoczęła pracę w nowej firmie, czym się chwali), bez kozery pisze:

Zabiłabym tę czerwoną mordę bez zmrużenia oka!

Każda z tych osób ma uzupełniony profil. Wiadomo mniej więcej co robi, gdzie pracuje, kogo zna. Jaka więc tu anonimowość? Czy w sklepie lub autobusie, gdy się cytowanym paniom coś nie podoba, to również się tak odzywają do ludzi? Może wtedy jednak nie wypada? Albo owszem, nawet wypada, ale istnieje obawa, że druga strona potrafi tak samo, albo i lepiej.

„Bogumił, my tu chamiejemy w tym Serbinowie” mówiła Barbara Niechcic w „Nocach i dniach” i miała na myśli oderwanie od dóbr kultury. Panowie i panie: my w tym internecie też chamiejemy. I jak wynika z przykładów, wcale się tego nie wstydzimy. Internauci, powszechnie używają rynsztokowego języka, jakiego zapewne nie użyliby u cioci na imieninach. A może?

Żadna tam mowa nienawiści, zwykłe buractwo

I byśmy mieli jasność. Nie mówię o mowie nienawiści. Tej poświęcono wiele raportów i studiów socjologicznych. Poświęcony jest im świetny serwis „Uprzedź uprzedzenia”. Jeśli interesuje Was, geneza tego zjawiska oraz czym charakteryzuje się w Polsce, to odsyłam właśnie tam.

Osobiście, bardziej mnie intryguje, jak to się dzieje, że znany z opanowania i uprzejmości polityk, pisze o innych ludziach „leśne dziadki”? Zaraził się czymś od innych? Może to jest odpowiedź na pytanie o wulgaryzację języka. Zarażamy się prostactwem, bo łatwiej jest tak, niż dbać o język, spokój wypowiedzi i panować nad emocjami. Łatwiej „rzucić” mięsem, niż walczyć na argumenty. Swoją drogą, zauważyliście, jak rzadko w komentarzach dochodzi do porozumienia dwóch osób? Każdy stara się udowodnić, że jego białe jest bielsze.

Korzystamy z przeróżnych mediów. Nad zawartością wielu z nich nikt nie panuje (w zasadzie dobrze, cenzura nie jest zjawiskiem zacnym). I w których możemy wypisywać rzeczy w treści i w formie jaka się komu żywnie podoba. Konsekwencji nie będzie. Nie grozi nikomu wyszorowanie języka mydłem (nie potrafię sobie wyobrazić swojej babci, której przeszłoby przez gardło, że zaglądała na popularną stronę „Ch…a Pani domu”). Ryzykujemy co najwyżej, że odezwawszy się online do kogoś mową plugawą, dostaniemy to samo z nawiązką. Możemy więc sobie pofolgować, ulać żółć i pozbyć się frustracji. Kosztem schamienia. Nie ma bowiem darmowych lunchów. Mam tylko obawę, że ponieważ sfera wirtualna coraz bardziej spaja się nam z realną, to owo online’owe schamienie może zacząć zatruwać prawdziwe życie. Na razie, pierzemy się po „mordach” w internecie. Pytanie, kiedy zaczniemy walić się na odlew na ulicach.

A przy okazji – 17 grudnia mamy Dzień bez przekleństw. Prawdziwe wyzwanie. | CHIP

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.