Predator w moro Helikon-Tex z odsłoniętą głową i działkiem na ramieniu.

Sztuka bycia niewidzialnym

Fot. Piotr Sokołowski
Fani filmów SF wiedzą, jak powinien wyglądać kamuflaż prawie idealny. Taki, w jaki wyposażeni byli wojowniczy Predatorzy. Humanoidalna rasa korzystała ze specjalnego urządzenia, które przez maksymalnie 10 minut czyniło łowcę niewidzialnym. Niestety, nie było odporne na wodę. Ziemskie pomysły na to, jak uczynić żołnierza niewidzialnym są może mniej zaawansowane, ale za to deszcz im nie straszny.

Póki na polach bitew królowała broń biała, ukrywanie się przed przeciwnikiem było nie tylko niepotrzebne, ale i niepożądane. Zdyscyplinowane formacje jednolicie i jaskrawo umundurowanych żołnierzy wlewały strach w serca nieprzyjaciół, a ich widoczne z daleka barwy, chorągwie lub proporce pozwalały dowódcom łatwiej zorientować się w sytuacji. Chmury nadlatujących strzał, oszczepów czy kamieni miały zatrzymać się na tarczach i opancerzeniu.

Pojawienie się broni palnej też początkowo niewiele zmieniło. Słaba celność i rozpaczliwie niska szybkostrzelność ładowanych od przodu, gładkolufowych muszkietów i arkebuzów w połączeniu z niską efektywnością prochu czarnego i generowanymi przez niego kłębami dymu sprawiły, że jeszcze podczas amerykańskiej Wojny Domowej bitwy polegały na wzajemnym ostrzeliwaniu się zwartych czworoboków piechoty z coraz mniejszej odległości, aż do rozstrzygającej walki wręcz. Ostatecznie to precyzyjne, wypluwające kilkanaście pocisków na minutę karabiny powtarzalne i coraz celniejsza i bardziej zabójcza artyleria odesłały zwarty szyk do lamusa, dając początek nowej, panującej do dziś zasadzie: kogo nie widać, ten ma szansę przeżyć.

Sztuka z kurzu

Jako pierwsi za standardowe zmniejszanie widoczności swoich żołnierzy wzięli się Brytyjczycy podczas walk w Indiach pod koniec XIX wieku. To tam właśnie narodził się charakterystyczny brązowo-zielonkawy kolor nazywany khaki, co w języku hindi znaczy „pokryty pyłem”, „brudny”. Prawdziwą lekcję maskowania dali jednak poddanym angielskiej królowej biali południowoafrykańscy osadnicy, Burowie. Broniąc swojej niepodległości przed zakusami Imperium, pokonywani przez przeważające siły wroga, zostali zmuszeni do wojny podjazdowej prowadzonej przez niewielkie oddziały zwane „commando”, atakujące z zaskoczenia i znikające nim przeciwnik zdołał zebrać siły do kontrataku. Doświadczenia z Indii i straty poniesione z rąk burskich komandosów doprowadziły do wprowadzenia w 1902 roku w armii brytyjskiej maskujących mundurów polowych w kolorze khaki.

Tą samą drogą poszły inne armie i wraz z początkiem I Wojny Światowej Cesarska armia Niemiec nosiła szaro-zieloną barwę feldgrau, żołnierze Rosji intensywniejszą „leśną” zieleń, a większość pozostałych państw Europy ubierała swoje amie w odcienie szarości, zieleni i brązu. Znaczącym wyjątkiem była Francja, której opór przeciwko „porzuceniu tradycji” na rzecz „tchórzliwego ukrywania się” był tak silny, że Francuscy żołnierze przez znaczną część światowego konfliktu chodzili w granatowych kurtkach i czerwonych spodniach, które dopiero później zostały zamienione na zdecydowanie mniej rzucające się w oczy, jednolicie szaroniebieskie mundury.

Francuski piechur
Francuski piechur. Szykowny i widoczny (fot. Wikimedia)

Dominacja artylerii i ciężkiej broni maszynowej na zrytych okopami polach bitew Europy sprawiła, że nie było potrzeby lepiej maskować poszczególnych żołnierzy. Ich przeznaczeniem był raczej zginąć w nawale artyleryjskiej albo w ogniu cekaemów podczas szturmu przez „ziemię niczyją”. Kamuflowano natomiast na potęgę wszystko, co mogłoby być łakomym celem dla dział i zrzucanych z samolotów i sterowców bomb przeciwnika. Do maskowania składów amunicji, stanowisk artylerii, punktów obserwacyjnych czy dowodzenia zatrudniono prawdziwych specjalistów: iluzjonistów, magików oraz artystów malarzy, szczególnie kubistów i reprezentantów kierunku znanego jako Op-Art.

Płaszcz maskujący brytyjskiego snajpera z I Wojny Światowej. (fot. British War Museum)

Kwitła też sztuka kamuflażu osobistego, którą na swoje potrzeby rozwijali najbardziej znienawidzeni żołnierze wszystkich armii – snajperzy. Polujący na oficerów, obserwatorów artyleryjskich czy po prostu nieostrożnych żołnierzy przeciwnika musieli móc podkraść się w pobliże stanowisk wroga, pozostawać tam godzinami, a potem wciąż niezauważeni wycofać się za linie własnych wojsk. To oni pierwsi zaczęli stosować zakrywające całe ciało kombinezony maskujące pokryte nieregularnymi plamami, z umocowanymi do nich fragmentami siatki, paskami tkaniny czy kawałkami drewna. O tym, jak perfekcyjne może być takie przebranie, przekonacie się oglądając film poniżej. Wciąż były to jednak indywidualne próby, a nie masowo produkowane mundury.

Na te ostatnie trzeba było poczekać do kolejnego światowego konfliktu zbrojnego. Podczas II Wojny Światowej niemal we wszystkich armiach świata pojawiły się mundury maskujące, jednak najczęściej, tak jak miało to miejsce w armii brytyjskiej, rosyjskiej czy włoskiej nosiły je wyłącznie oddziały elitarne, na przykład powietrznodesantowe i specjalnego przeznaczenia albo snajperzy. Wyjątkiem były Niemcy. Zarówno w oddziałach Wermachtu, jak i jednostkach SS wprowadzano kamuflażowe mundury, kombinezony lub pałatki jako wyposażenie etatowe.

Żołnierze Waffen SS w mundurach maskujących

Podobnie, jak w przypadku zastosowania celowników noktowizyjnych czy broni na tak zwany nabój pośredni (łączącej cechy karabinu i pistoletu maszynowego), nasi zachodni sąsiedzi wyprzedzili swoją epokę. Przez pierwsze dekady Zimnej Wojny zarówno Rosjanie jak i Amerykanie nie przykładali wagi do maskowania swoich żołnierzy, uznając to za marnowanie pieniędzy lub działanie defensywne, nie licujące z ofensywnym duchem armii (sic!). Dopiero lata 70. i 80. przyniosły rewolucję, która trwa do dziś.

10
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.