james dean

James Dean 60 lat po śmierci otrzyma nową rolę w filmie

James Dean - niebywale zdolny aktor ("Olbrzym" i na "Wschód od Edenu"), zginął w wypadku samochodowym w 1955 roku. Teraz powróci na ekrany kin. Za sprawą najnowszych osiągnięć CGI James Dean pojawi się w dramacie "Finding Jack".

Projekt, którego reżyserami są Anton Ernst i Tati Golykh zostanie zrealizowany przez dom filmowy Magic City Films, który uzyskał prawa do wykorzystania wizerunku Deana od jego rodziny. By odtworzyć postać aktora współpracować będą za sobą dwa studia specjalizujące się w efektach specjalnych: kanadyjski Imagine Engine i południowoafrykański MOI Worldwide. Cyfrowy James Dean „zagra” jednak tym razem postać drugoplanową. Premiera filmu planowana jest na 2020 rok.

„Finding Jack” to adaptacja powieści Garetha Crockera. Opowiada o losach amerykańskiego żołnierza, który po zakończeniu wojny w Wietnamie otrzymuje, jak wszyscy inni, rozkaz pozostawienia swojego psa w Wietnamie. Główny bohater wbrew poleceniu ucieka ze swoim czworonożnym przyjacielem. – Czujemy się bardzo zaszczyceni, że rodzina Jamesa wspiera nas i dokłada wszelkich starań, by jego dziedzictwo, jako jednej z największych gwiazd filmowych zostało docenione.Rodzina traktuje ten film jak czwarty film Deana. Film, którego nigdy nie był w stanie zrobić. Bardzo nie chcemy zawieść jego fanów – powiedział Anton Ernst.

James Dean
Peter Cushing w rolę Tarkina, dowódcę pierwszej gwiazdy śmierci, „wcielił się” już po swojej śmierci (fot. screenrant.com)

Do stworzenia modelu CGI twórcy wykorzystają wszystkie dostępne filmy i zdjęcia aktora. Głosu postaci użyczy jednak inny, niewymieniony jeszcze z nazwiska aktor. Efekt powinien być zbliżony do tego, co już widzieliśmy we współczesnym kinie. Pośmiertnie mogliśmy już oglądać na srebrnym ekranie m.in. Petera Cushinga („Rogue One”) czy Carrie Fisher (choć w tym przypadku po prostu wykorzystano wcześniejsze nagrania z udziałem aktorki). Cyfrowym modelom wciąż brakuje 100-procentowej naturalności i na razie nikt nie powinien mieć problemu z rozróżnieniem żywego aktora od CGI. Ale technika rozwija się na tyle mocno, że być może za kilka, kilkanaście lat takie praktyki nie będą wykorzystywane okazjonalne, lecz staną się standardem, tak jak obecnie wykorzystuje się green screen i cyfrowe krajobrazy.

Czy to ma sens?

James Byron Dean żył tylko 24 lata. Ale zdążył zagrać w trzech wybitnych filmach („Buntownik bez powodu”, „Olbrzym” i „Na wschód od Edenu”), tworząc w każdym z nich niezwykłe kreacje aktorskie. Po śmierci stał się ikoną popkultury, głównie za sprawą roli zbuntowanego nastolatka Jima Starka w filmie „Buntownik bez powodu”. Jest pierwszą osobą, która otrzymała pośmiertnie nominację do Oscara w kategorii najlepszy aktor i jedyną, która otrzymała tę nagrodę dwukrotnie.

James Dean
James Dean w chwili śmierci miał zaledwie 24 lata (fot. hollywoodreporter.com)

Tu warto jednak zastanowić się nad sensem takiej operacji. O ile cyfrowe ożywianie aktorów zmarłych w trakcie kręcenia filmu można jeszcze uznać za zrozumiałe, to zastępowanie żywych ludzi przez komputerowo wygenerowane postacie może budzić kontrowersje. Część gwiazd kina m.in. Robin Williams, zastrzegła, że pośmiertnie nie chce być „wskrzeszana” w podobny sposób. W przypadku „Finding Jack” reżyser twierdzi, że brał pod uwagę wielu młodych aktorów, ale żaden nie pasował mu do tej roli tak, jak James Dean. Nie uchybiając talentowi Deana, trudno w to jednak uwierzyć, zwłaszcza, że mówimy tu wyłącznie o wyglądzie, a nie naturalnych ruchach, głosie i charyzmie, których nie da się odtworzyć. Pewne jest jednak to, że o „Finding Jack” jest i będzie głośno, właśnie z uwagi na obecność tak ikonicznej postaci. | CHIP

1
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.