Google

Google przygotowało cennik za pomoc w dochodzeniach. 60 dol. za podsłuch

Google uznało, że nie leży w jego interesie bezpłatne wspomaganie organów ścigania. Według raportu opublikowanego przez dziennik "New York Times" Google przygotowało cennik za  pomoc władzom i ewentualny dostęp do danych użytkowników.

Google wyceniło na 45 dol. stawienie się pracownika na wezwanie sądu, 60 dol. kosztuje podsłuch, a aż 245 dol. kosztuje przygotowanie danych na wniosek wynikający z nakazu przeszukania. Prawo St. Zjednoczonych umożliwia firmom na pobieranie tego typu opłat. Google korzystało czasami z tej możliwości, ale nie było w tym konsekwentne. Jednak liczba wniosków o pomoc jest tak duża, że firma postanowiła kwestię uregulować. W przypadku Google może być to o tyle bolesne dla wymiaru sprawiedliwości, że w większości spraw (zarówno kryminalnych, jak i cywilnych) może pojawić się konieczność wezwania Google „na świadka”. A ostatecznie to Google ma praktyczny monopol na gromadzenie danych o użytkownikach.

I w zasadzie z tego też  powodu Google zdecydowało się na utworzenie swoistego cennika. Rzecznik Google przyznał, że pobierane opłaty są częściowo przeznaczone na rekompensatę kosztów wynikających z kolejnych nakazów i wezwań do sądu. Mają jednak też inne zadanie, bowiem z roku na rok rośnie liczba wniosków składanych do Google związanych z różnego rodzaju postępowaniami sądowymi. Cennik ma po prostu ostudzić niektórych wnioskujących.

Google nigdy nie ukrywało, że różnego rodzaju organy ścigania czy agencje rządowe w USA, lecz nie tylko, sięgają po jego dane. W ramach polityki przejrzystości firma publikuje statystyki dotyczące zaangażowania platformy w dochodzenia. Wszystkie statystyki można znaleźć na stronie Transparency Report.

Prezentowane poniżej wykresy pochodzą właśnie ze strony Transparency Report i przedstawiają liczbę wniosków o dane użytkownika składanych przez organy rządowe wraz z łączną liczbą użytkowników/kont wyszczególnionych w tych wnioskach.

Google opłaty

Z raportów wyraźnie wynika, że liczba wniosków składanych do Google o udostępnienie informacji o użytkownikach znacząco się przez ostatnich dziesięć lat zwiększyła. I choć korci, by wysnuć z tego wniosek, że władze różnych krajów, w tym USA, stają się bardziej wścibskie, to byłby on pochopny. Raczej można założyć, że pomijając aspekt polityczny, zmienił się też sposób korzystania z internetu, a coraz więcej przestępstw ma miejsce albo wyłącznie w sieci, albo z jej wykorzystaniem. Nikt też tak dobrze jak Google nie odpowie na pytanie „how robbery bank” (107 mln stron odpowiedzi). Wyszukiwarkowy monopolista zapewnia, że: „sprawdzamy każde otrzymane żądanie, aby upewnić się, że spełnia ono obowiązujące wymogi prawne oraz zasady Google. (…) Jeśli uważamy, że zakres wniosku jest zbyt szeroki, a wnioskodawca żąda zbyt dużej ilości informacji w danych okolicznościach, staramy się go zawęzić”.

Google a sprawa polska

W Polsce art. 180 Prawa telekomunikacyjnego nakłada na operatorów publicznej sieci telekomunikacyjnej oraz dostawców ogólnie dostępnych usług telekomunikacyjnych obowiązek udostępniania danych m.in. sądowi i prokuratorowi. Ponieważ niejasna była kwestia, kto ma zapłacić za zebranie, przygotowanie i wysłanie danych sprawa oparła się o Sąd Najwyższy. Ten w uchwale z 30 września 2014 r. zajął stanowisko, że takim kosztem powinien zostać obciążony Skarb Państwa. Przy okazji wyjaśniamy, że rzecz dotyczyła sporu o wynagrodzenie, jakiego żądał od prokuratury rejonowej jeden z dużych polskich portali. Wartość wystawionej, spornej faktury: 10 zł plus 23 proc. VAT. | CHIP

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.