Steve Jobs. Nastolatek, który zatrudnił się u przyszłego konkurenta

Steve Jobs. Nastolatek, który zatrudnił się u przyszłego konkurenta

„Cześć, nazywam się Steve Jobs. Mam trzynaście lat i jestem uczniem. Chcę zbudować miernik częstotliwości i zastanawiam się, czy masz może do niego jakieś części?”. Przyszły założyciel firmy Apple właśnie znalazł w książce telefonicznej numer do Billa Hewletta, współzałożyciela Hewlett Packard.

Artykuł to wersja tekstowa jednego z 15 odcinków nowego sezonu podcastu “Historia jakiej nie znacie”. Możesz go słuchać uruchamiając player poniżej:

Steve był podekscytowany. Jako członek Klubu Odkrywcy Homestead High miał stworzyć swoją pierwszą autorską konstrukcję. Nastolatek wpadł na pomysł budowy miernika częstotliwości do pomiaru liczby impulsów przesyłanych w sygnale elektrycznym. Jednak do jego skonstruowania potrzebował trochę części.

W latach 60-tych ludzie nie miewali zastrzeżonych numerów. Steve otworzył więc książkę telefoniczną i znalazł w niej numer do Billa Hewletta, współzałożyciela Hewlett Packard.

Cześć, nazywam się Steve Jobs. Mam trzynaście lat i jestem uczniem. Chcę zbudować miernik częstotliwości i zastanawiam się, czy masz może do niego jakieś części?

Bill zaśmiał się, ale nie odłożył słuchawki telefonu. Gawędził z nastolatkiem przez kolejne dwadzieścia minut. Nie dość, że obiecał mu brakujące elementy, to jeszcze załatwił staż na linii montażowej przy produkcji mierników częstotliwości. Steve Jobs trafił tam latem, zaraz po ukończeniu pierwszej klasy liceum w Homestead High.

Być może nastoletni Steve Jobs wiedział czym jest Efekt wyświadczonej przysługi, znany również jako Efekt Franklina

Benjamin Franklin, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych i genialny wynalazca, w 1736 roku został wybrany Sekretarzem Zgromadzenia Ogólnego Stanu Pensylwania. Jednak gdy rok później zaproponowano mu reelekcję, wśród zgromadzenia pojawił się adwersarz, który wygłosił przeciwko niemu filipikę, faworyzując innego kandydata. Mimo, że nie przeszkodziło to Franklinowi ponownie zostać wybranym sekretarzem zgromadzenia, był on nieco zaniepokojony tworzącą się wobec niego opozycją. Podejrzewał, że adwersarz może z czasem mieć coraz silniejsze wpływy. Postanowił więc zdobyć jego przychylność w dość unikalny sposób.

Franklin dowiedział się, że jego oponent ma w swojej bibliotece pewną bardzo rzadką i cenną książkę. Napisał więc do niego list, w którym wprost zapytał czy mógłby pożyczyć białego kruka, którego darzy tak wielkim zainteresowaniem.

Zadanie okazało się być niebywałe łatwe. Franklin wkrótce otrzymał książkę, którą po kilku dniach odesłał właścicielowi wraz z podziękowaniami za wyświadczenie przysługi. Gdy ponownie spotkał oponenta, ten pierwszy raz od niepamiętnych czasów rozmawiał z nim z wielką otwartością i uprzejmością. Od tego momentu zostali na zawsze przyjaciółmi.

Przysługa spowodowała, że adwersarz zmienił się w sprzymierzeńca.

Ten, kto raz wyświadczy wam uprzejmość, będzie bardziej chętny, by znowu wam pomóc, niż ten, któremu sami pomogliście

– sformułował tezę Benjamin Franklin.

Pozornie ta historia nie ma wielkiego sensu. Człowiek, który nie szanował Franklina i który nawet lobbował za pozbawieniem go stanowiska – pożyczył mu rzadką i cenną książkę. A potem polubił Franklina, z samego faktu, że mógł wyświadczyć mu przysługę. Ale w rzeczywistości kryje się za tym pewien efekt psychologiczny.

Większość ludzi – błędnie – zakłada, że otrzymanie pomocy budzi dużo lepsze uczucia niż jej udzielenie. W rzeczywistości ludzie otrzymując nieoczekiwaną pomoc miewają mieszane uczucia, a czasem, czują nawet wstyd i winę, a przez to mogą kryć urazę do osoby, która tej pomocy udzieliła.

Obserwacje Benjamina Franklina potwierdziły eksperymenty psychologiczne przeprowadzone w 1969 roku przez Jona Jeckera i Davida Landy’ego.

W trakcie badań ze studentami naukowcy wykazali, że samo wyświadczenie komuś przysługi wzbudza sympatię do osoby, której mogliśmy pomóc. Badacze uznali, że efekt Bena Franklina działa z powodu tak zwanego „dysonansu poznawczego”: trudno byłoby nam pogodzić się z faktem, że wyświadczyliśmy komuś przysługę i jednocześnie mielibyśmy darzyć tę osobę antypatią. Stąd podświadomie zakładamy, że taką osobę lubimy.

Warto jednak zaznaczyć, że psycholog Yu Niiya z Uniwersytetu Hosei w Tokio przeprowadził alternatywne badanie, które sugeruje, że efekt Bena Franklina nie jest wynikiem dysonansu poznawczego, ale tego, że osoba proszona o pomoc wyczuwa chęć zaprzyjaźnienia się i dlatego w naturalny sposób odwzajemnia sympatię.

Tymczasem badacze z Harvard Business School i Wharton School udowodnili, że liderzy niesłusznie wykazują obawy w proszeniu o radę, pomoc, czy przysługę. Przywódcom często wydaje się, że jest to oznaka słabości. Zarówno menedżerowie, jak i ich pracownicy, wyolbrzymiają szkodliwe konsekwencje zasięgnięcia porady i nie doceniają korzyści wynikających z proszenia o nią.

Jak mówił Steve Jobs w jednym z wywiadów:

Nigdy nie znalazłem nikogo, kto odmówiłby lub odłożył słuchawkę, kiedy dzwoniłem. Po prostu prosiłem. A kiedy ludzie mnie o coś proszą, staram się reagować tak samo, aby spłacić dług wdzięczności. Większość ludzi nigdy nie podnosi telefonu, nie dzwoni, większość ludzi nigdy nie pyta. I to właśnie czasem odróżnia ludzi, którzy faktycznie do czegoś dochodzą, od ludzi, którzy tylko o tym marzą. Musisz działać. I musisz być gotowy na upadek, musisz być gotowy na porażkę, kiedy dzwonisz, kiedy zakładasz firmę, kiedykolwiek. Jeśli boisz się porażki, daleko nie zajdziesz.

Andrzej Skasko/Historia jakiej nie znacie