Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

Huawei MatePad Paper – czytnik ebooków, a nie tablet

Huawei MatePad Paper to urządzenie niezwykłe. Nazwa sugeruje, że wywodzi się z linii tabletów i podobne wrażenie można by odnieść spoglądając na tabelkę ze specyfikacją techniczną. A jednak… jest to pokrewieństwo tyleż prawdziwe, co zwodnicze, gdyż MatePad Paper to czytnik ebooków i może notatnik, ale z zadaniami typowymi dla tabletu sobie nie poradzi.

Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

Parametry

  • ekran: 10,3”, 1404 x 1872 pikseli, z podświetleniem
  • SoC: Huawei Kirin 820E (3 rdzenie, 2,22 GHz, A76 + 3 rdzenie, 1,84 GHz, A55)
  • pamięć operacyjna: 4 GB
  • dysk flash: 64 GB, bez możliwości rozbudowy
  • łączność: WiFi6 (2 × 2 MIMO) + Bluetooth 5.2 BLE, USB 2.0 typu C
  • dźwięk: stereo
  • zasilanie: Li-Ion 3625 mAh
  • System: Harmony OS 2
  • wymiary: 225,2 × 182,7 × 6,65 mm
  • masa: 360 gramów (bez etui i piórka)

Wzornictwo

W zestawie sprzedażowym znajduje się czytnik, piórko M-Pencil i etui w formie magnetycznie mocowanej do tylnej części obudowy okładki z zapięciem. Obudowa wykonana jest z plastiku, jedynie ekran jest pokryty półmatowym szkłem. Ramka ekranu jest dość wyraźna i szersza na jednym z dłuższych boków – czytnik przypomina w ten sposób trochę książkę z wyraźnie zaznaczonym grzbietem lub notatnik, lecz nie o wygląd tu chodzi – po prostu dzięki temu znacznie lepiej leży w ręku i nie ma ryzyka przypadkowego przerzucenia strony. MatePad Paper na obu krótszych ramkach posiada głośniki, na dolnej port USB-C, a na górnej włącznik będący zarazem czytnikiem linii papilarnych. Przycisk regulacji głośności jest na prawej stronie, na samej górze.

Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

Z czytnikiem współpracuje wykonane ze sztucznej skóry i tkaniny etui, które mocuje się magnetycznie do tylnej części obudowy. Okładka zamykana jest paskiem magnetycznym, które może objąć także piórko, które w pozycji spoczynkowej utrzymywane jest magnesami na prawym boku. Etui w tej formie wygląda dość przyzwoicie, jednak po dwóch tygodniach użytkowania muszę przyznać, że wolałbym mechaniczne mocowanie czytnika – magnesy potrafią czasem się niespodziewanie odpiąć. To samo dotyczy piórka, które nawet jeśli akurat nie odpadnie, to i tak przeszkadza przy czytaniu.

Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

Użycie plastiku jako głównego materiału obudowy powoduje, że czytnik nie robi najlepszego wrażenia, jeśli chodzi o jakość wykonania, jeśli porówna się to ze zwykłym MatePadem. Ale po pierwsze, to tylko wrażenie, a po drugie, czytnik dzięki temu jest lżejszy i wygodniejszy przy dłuższym korzystaniu. Jeśli mogę się do czegoś przyczepić, to do tego, że konstrukcja obudowy nie gwarantuje odporności na zalanie. Z racji sposobu korzystania z czytnika uważam to za poważne niedopatrzenie.

Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

Ekran

Huawei MatePad Paper posiada ekran eInk o przekątnej 10,3” i rozdzielczości 1404 x 1872, co daje gęstość 227 ppi – to typowy wynik dla urządzeń tej wielkości i podobny (jeśli nie identyczny) ekran ma zarówno Onyx Book Note Air jak i PocketBook Inkpad X. Jest to zarazem nieco mniej niż przyzwyczaiły nas czytniki Kindle Paperwhite, które od wersji 3 posiadają ekran 300 dpi, jednak przy znacznie mniejszej przekątnej.

W praktyce ekran MatePada Paper spisuje się dobrze, ale nie idealnie. Litery są wyraźne, odpowiednio kontrastowe – można zmienić zresztą na poziomie systemu ich rozmiar i dodać pogrubienie – ale przełączanie przy kolejnych stronach jest nieco ślamazarne w porównaniu z Kindle Paperwhite 5. Wyświetlacz przejawia też skłonność do pojawiania się duchów – pozostałości po wcześniejszych obrazach.

Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

Żeby była jasność, jest to przypadłość wszystkich wyświetlaczy eInk, z którą producenci czytników walczą dopasowując algorytmy inteligentnego odświeżania – w Huawei przydałoby się po prostu poprawić to w oprogramowaniu, gdyż zarówno w trybie AI, jak i zwykłym, duszki lubią się znienacka pojawić. Na szczęście w menu urządzenia jest łatwo dostępne jednorazowe wymuszenie całkowitego odświeżenia ekranu, które radzi sobie z problemem.

Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

Następnym tematem jest praca podświetlenia. W systemie predefiniowane są ustawienia do pracy bez podświetlenia, pracy w dzień, w nocy i możliwość ustawienia własnego poziomu. W czytniku, który testowałem, czasem przełączanie nie działało – pomimo wybrania trybu dziennego podświetlenie pozostawało zgaszone i dopiero skorzystanie z suwaka i wybranie własnego poziomu naprawiało problem.

Zresztą i tak warto to zrobić, gdyż poziomy domyślne są wg mnie źle dobrane. Swoją drogą, w czytniku wywodzącym się z tabletu i niemało kosztującym, logiczne byłoby użycie będącego przecież standardem czujnika światła i regulacji automatycznej – dlaczego jej tu zabrakło? Brak też regulacji temperatury barwowej podświetlenia ekranu – co także dziwi, gdyż w droższych urządzeniach jest to już standard.

Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

Użycie w MatePadzie Paper ekranu eInk spowodowało, że mimo niewielkiego akumulatora 3625 mAh nie jest to urządzenie specjalnie energożerne. Pełne naładowanie wystarczało mi na jakiś tydzień pracy i zabawy notatkami. Zużycie prądu rośnie podczas korzystania z przeglądarki i generalnie każdego działania, które wymusza nietypowo częste odświeżanie ekranu.

Wyczerpany akumulator można naładować z użyciem szybkiego ładowania 10 V / 2,25 A lub standardowych 9 V / 2 A i 5 V / 2 A. Ładowanie piórka przebiega indukcyjnie – odnotuję tu, że ładujący się M-Pencil znakomicie utrudnia korzystanie z przycisków głośności – jest zbyt blisko.

Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

MatePad Paper na co dzień

Huawei MatePad Paper pracuje pod kontrolą wywodzącego się z Androida systemu Harmony OS 2 i w przeciwieństwie do niektórych czytników z którymi miałem wcześniej do czynienia, jest sprzętowo odpowiednio mocny, by sobie z nim poradzić. MatePad Paper pracuje sprawnie, bez przycięć i niespodziewanego ubijania aplikacji. Jak przystało na urządzenie z systemem otwartym, użytkownik może doinstalować sobie aplikacje.

W zasobach AppGallery nie ma wiele, ale wśród kilkunastu dostępnych programów jest Legimi, EmpikGO i Storytel, zatem chyba wszystkie serwisy, które oferują polskiemu użytkownikowi abonamenty książkowe. Natomiast ręcznie doinstalowałem także KOReadera (który wybitnie mi nie przypadł do gustu) i Amazon Kindle, zapewniając sobie w ten sposób wygodny dostęp do własnej biblioteki i synchronizację książek z Paperwhite. Pamiętając, jak apka Kindle działała na prostych czytnikach z Androidem (testowałem ją na tanim InkBooku) byłem zaskoczony, że na MatePadzie nie sprawiała najmniejszych problemów, działając nie gorzej od aplikacji Huawei – ot, co znaczy mocniejszy sprzęt.

Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

Aplikacja Książki Huawei jest elegancko zintegrowana z programem startowym. Zawiera zarówno typowy czytnik (radzący sobie ze wszystkimi popularnymi formatami, w tym PDF) jak i księgarnię, której zasoby jednak wyglądają bardzo słabo w porównaniu z serwisami typu Publio czy ebookpoint i na pewno by mi ich nie zastąpiła.

Książki Huawei jako aplikacja domyślna do czytania sprawdza się nieźle, ale posiada kilka irytujących dla mnie problemów. Po pierwsze, obsługa aplikacji koliduje z systemowymi gestami – w efekcie często zamiast przechodzić do następnej strony, wychodziłem do programu startowego lub działo się jeszcze coś innego. Identyczny problem z gestami miała także żona, więc nie jest to tylko kwestia moich przyzwyczajeń.

Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

Po drugie (i tu już moje nawyki nie mają nic do rzeczy) niektóre książki w formacie epub działały bardzo powoli, nie działał spis treści, zdarzały się przeskoki między stronami, a nawet efektowne pady aplikacji i powrót do pulpitu – przy czym te same pliki otwarte w KOReaderze działały normalnie. Dlaczego zatem korzystać w ogóle z firmowego programu do czytania? Otóż jako jedyny pozwala on na współpracę z piórkiem i robienie notatek (lub mazanie, jak kto lubi) wprost na książkach. O ile przy zwykłym czytaniu dla przyjemności zapewne będzie to bez znaczenia, to już podczas korzystania z MatePada Paper do poważniejszych rzeczy (nauka, praca) taka funkcja będzie bardzo przydatna, a jej brak, cóż, mocno ograniczy funkcjonalność czytnika.

A rola cyfrowego notatnika w przypadku MatePada Paper to zadanie niemal równie ważne, jak rola czytnika. Notatki mają poczesne miejsce w systemowym programie startowym, ba, jeśli korzystamy ze skanera linii papilarnych, to można utworzyć notkę w ogóle bez odblokowywania urządzenia, wprost z ekranu blokady. Program pozwala kategoryzować wpisy i rozpoznawać pismo odręczne, jeśli jest czytelne – w moim przypadku jakość rozpoznawania była bardzo słaba, ale mój charakter pisma nie należy do ładnych.

Nawet jednak bez tego notuje się dobrze – ekran reaguje szybko, pisanie po nim nie różni się specjalnie od pisania w normalnym notatniku i bez problemu mógłbym MatePadem zastąpić klasyczne rozwiązania.

Uniwersalność ma swoje granice

Huawei MatePad Paper mimo tabletowych korzeni nie nadaje się, by tablet zastąpić. W takiej sytuacji zalety ekranu eInk stają się wadą i ograniczeniem. Ślamazarność, która powoduje, że zwykłe korzystanie z przeglądarki jest zadaniem dla cierpliwych, brak kolorów – sami wybierzcie.

Na MatePadzie Paper da się wprawdzie uruchomić nawet YouTube, ale seans ograniczy się do pokazu monochromatycznych slajdów z dźwiękiem. Próbowałem, byście wy nie musieli. Możliwość napisania czegoś w dołączonym przez Huawei pakiecie WPS Office lub kliencie email jest raczej teoretyczna – po co to robić, skoro byle telefon sprawdzi się tu lepiej?

Huawei MatePad Paper
(fot. Andrzej Libiszewski, Chip.pl)

Sądzę, że MatePad Paper pozostanie produktem niszowym. Na pewno nie jest dla mnie (korzystało mi się przyjemnie, lecz pozostanę przy Kindle Paperwhite), ale nie mam wątpliwości, że znajdą się klienci potrzebujący zaawansowanego notatnika i czytnika, któremu żaden PDF nie straszny i który będzie współpracował w miarę sprawnie z każdym serwisem i księgarnią. Moja pewność bierze się z tego, że znam osobę, która dokładnie tego potrzebuje i nawet doradzałem jej wybór odpowiedniego urządzenia. Gdyby wtedy MatePad Paper istniał, byłby mocnym kandydatem do zakupu.

Wysoka cena nie jest aż tak wielką przeszkodą, choćby dlatego, że nie odbiega specjalnie od konkurencji o podobnych możliwościach. Przydałoby się popracować jeszcze trochę nad oprogramowaniem, wprowadzić drobne poprawki w ergonomii i sterowaniu (kolidujące gesty, meh). Krótko mówiąc, liczę na aktualizację tej edycji i na poprawioną następną. Na rynku z całą pewnością jest dla MatePada Paper miejsce.