
Cztery prywatne podmioty dołożą do CERN, ich miliard to dopiero początek potrzeb
Future Circular Collider to projekt, który ma przerosnąć wszystko, co znamy, w tym sławny Wielki Zderzacz Hadronów (LHC). Mierzący blisko 100 kilometrów tunel ma być ukryty głęboko pod ziemią, a energia zderzeń cząstek ma osiągnąć niewyobrażalne poziomy. Koszty ostrożnie szacuje się na 18 mld dolarów, a gotowość do pracy FCC ma osiągnąć w 2047 roku, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Za historycznym wsparciem stoją cztery podmioty: fundacja Breakthrough Prize, fundusz Erica i Wendy Schmidtów oraz przedsiębiorcy John Elkann i Xavier Niel. Łączny wkład w wysokości miliarda dolarów robi wrażenie, ale w kontekście całkowitego budżetu projektu jest to zaledwie drobna część kosztów. Symbolika tego gestu jest jednak kluczowa, w Europie prywatne fundacje rzadko bowiem angażują się w badania teoretyczne i długoterminowe, bez wielkich perspektyw na zwrot kosztów przedsięwzięcia.

Dla zarządzających CERN ta darowizna to potężny argument w rozmowach z krajami członkowskimi organizacji – pozyskanie niemałych w końcu funduszy prywatnych wskazuje, że projekt ma poparcie nie tylko w gabinetach ministrów, ale i wśród wizjonerów z sektora prywatnego. A to z pewnością ułatwia rozmowy, w czasach, gdy publiczne budżety na naukę są nieustannie pod presją innych wydatków.
Czytaj też: Telewizory Bravia już nigdy nie będą takie same, Sony oddaje kontrolę nad marką
Future Circular Collider spowoduje, że LHC będzie wyglądał przy nim jak zabawka
Parametry planowanej maszyny robią ogromne wrażenie – tunel akceleratora ma mieć obwód przekraczający 90 kilometrów i będzie umieszczony 200 metrów pod powierzchnią ziemi, na pograniczu szwajcarsko-francuskim. Dla porównania Wielki Zderzacz Hadronów mierzy „zaledwie” 27 kilometrów.
Prace mają przebiegać dwuetapowo – w pierwszym, oznaczonym jako FCC-ee, instrument ma działać jako niezwykle precyzyjna „fabryka” bozonów Higgsa. Jej zadaniem będzie wyprodukowanie olbrzymiej liczby tych cząstek, co pozwoli zbadać ich właściwości z dokładnością dziesięciokrotnie większą niż umożliwia LHC. To szansa na wychwycenie nawet najdrobniejszych odchyłek od obowiązującego Modelu Standardowego.

Druga faza, FCC-hh, planowana dopiero na lata 70 XXI wieku, ma osiągnąć energię zderzeń protonów sięgającą 85 TeV i zakłada poszukiwanie nowych cząstek elementarnych.
Na plany budowy FCC znaczny wpływ ma obecna sytuacja międzynarodowa, korzystna dla CERN. Przez ostatnie lata realną konkurencję dla powstania tak wielkiego instrumentu badawczego stanowiły plany Chin, dotyczące budowy własnego kolosalnego zderzacza CEPC. Pekin nie uwzględnił jednak tego projektu w swoim najnowszym pięcioletnim planie rozwoju, co praktycznie wstrzymuje prace na całą dekadę.
Zniknięcie konkurenta z pola widzenia ma swoje plusy – w nauce pozwala skupić się na merytorycznej współpracy międzynarodowej, na wzór projektu fuzyjnego reaktora ITER. Istnieje szansa, że Chiny, zamiast budować własny, konkurencyjny akcelerator, dołączą do konsorcjum FCC jako partner. Decyzja Rady CERN, zaplanowana na 2028 rok, zyskała dzięki temu nieco mniej gorączkowy kontekst.
Fizyka cząstek elementarnych to zajęcie dla cierpliwych
Harmonogram projektu rozpisany jest na lata – jeśli wszystko potoczy się zgodnie z planem, decyzja o budowie zapadnie najwcześniej w 2028 roku. Prace w terenie ruszą wtedy około 2030 roku, a pierwsze wiązki cząstek popłyną w nowym tunelu… w 2047 roku. Oznacza to, że część przyszłej ekipy pracującej w CERN zapewne jeszcze pracowicie uczy się literek i cyferek w przedszkolach, szczególnie że przy tak gigantycznych przedsięwzięciach opóźnienia są nieuniknione.
Pozyskanie miliarda od prywatnych darczyńców tym bardziej robi zatem wrażenie – rzadko który darczyńca chce czekać tak długo na efekty, zwłaszcza gdy sens badań rozumie przeważnie jedynie wąskie grono fizyków.