
21 stycznia 2026 roku o godzinie 19:02 czasu lokalnego w jednym z największych tego typu obiektów na świecie rozpoczęła się procedura, która może zdefiniować przyszłość japońskiej energetyki. To moment, który przez lata wydawał się odległy, a teraz staje się rzeczywistością, otwierając nowy rozdział w niełatwej relacji tego kraju z atomem.
To gigant na zachodnim wybrzeżu. Jego moc zdumiewa
Miejscem tego przełomu jest elektrownia Kashiwazaki-Kariwa, położona w prefekturze Niigata. Jej skala jest porażająca. Siedem reaktorów wodno-wrzących dysponuje łączną mocą netto sięgającą niemal 8000 megawatów. To wystarczająco dużo, by zasilić cały kraj wielkości Szwajcarii z solidną nadwyżką. Przez ostatnie 15 lat ten gigantyczny potencjał pozostawał uśpiony, co było ogromnym obciążeniem dla całego systemu. Wyłączenie takiego kolosa musiało pozostawić wyraźną lukę, którą kraj próbował zapełnić innymi, często droższymi metodami.
Czytaj także: Przełomowe odkrycie w Fukushimie. To pierwszy taki przypadek od katastrofy
Trauma z marca 2011 roku wciąż jest żywa. To nie była zwykła awaria
Przyczyną tego długiego uśpienia była katastrofa, która na zawsze zmieniła japońską rzeczywistość. 11 marca 2011 roku potężne trzęsienie ziemi i następujące po nim tsunami o wysokości 15 metrów uderzyły w elektrownię Fukushima Daiichi. Doszło do stopienia trzech reaktorów i uwolnienia materiałów radioaktywnych. Reakcja była natychmiastowa i radykalna. W atmosferze społecznego szoku i protestów Japonia zdecydowała się zamknąć wszystkie swoje reaktory. Energia atomowa, która niegdyś dostarczała blisko 30% krajowego prądu, niemal zniknęła z miksu energetycznego. Decyzja była zrozumiała emocjonalnie, ale jej ekonomiczne konsekwencje okazały się druzgocące.
Konsekwencje energetycznej izolacji były bolesne. Kraj płacił wysoką cenę
Nagle pozbawiona własnego, stabilnego źródła energii Japonia musiała importować około 90% swoich surowców energetycznych. To postawiło gospodarkę w niezwykle trudnej pozycji, czyniąc ją zakładnikiem globalnych wahań cen ropy, gazu i węgla. Każdy konflikt w regionie wydobycia, każdy kryzys geopolityczny natychmiast odbijał się boleśnie na rachunkach japońskich firm i gospodarstw domowych. Ostatnie lata, z ich gwałtownymi skokami cen, boleśnie unaoczniły ryzyko takiej zależności. Rząd w Tokio stanął przed trudnym dylematem: jak zapewnić bezpieczeństwo energetyczne, nie rujnując przy tym budżetu i nie wracając do technologii, która wywołuje tak silne społeczne obawy.
Powrót do atomu to decyzja pragmatyczna. Nie oznacza zapomnienia o przeszłości
Restart reaktora nr 6 w największej na świecie elektrowni jądrowej Kashiwazaki-Kariwa to przede wszystkim sygnał zmiany kursu. Fakt, że operatorem jest Tokyo Electric Power Company (TEPCO), ta sama firma odpowiedzialna za Fukushimę, dodaje całej sprawie wyjątkowego, symbolicznego ciężaru. Jeśli nawet ona może ponownie uruchomić swój flagowy obiekt po przejściu szeregu rygorystycznych kontroli bezpieczeństwa i uzyskaniu zgód lokalnych władz, to droga stoi otworem także dla innych instalacji. Celem jest pełne uruchomienie dwóch reaktorów, które mają dostarczać energię do kluczowych regionów, w tym do tokijskiej metropolii.
Czytaj także: Roboty weszły do wnętrza reaktora w Fukushimie. A tam tajemnicze sople
Nie należy jednak tego momentu postrzegać jako huraoptymistycznego powrotu do „starych, dobrych czasów”. To raczej świadome, ostrożne i przez wielu uznane za konieczne rozłożenie ryzyka. Japonia nie zapomniała o marcu 2011 roku, ale uznała, że w obliczu obecnych globalnych wyzwań – od bezpieczeństwa dostaw po cele klimatyczne – energia jądrowa pozostaje trudnym, ale prawdopodobnie niezbędnym elementem układanki. Sukces lub porażka tego restartu będzie miała kluczowe znaczenie dla przyszłości nie tylko Kashiwazaki-Kariwa, ale dla całej japońskiej strategii energetycznej na nadchodzące dziesięciolecia.