
Gdy czołgi przestają być tylko pancernymi pudłami
Jeśli spojrzymy na czołgi T-72, Leoparda 2A4 czy M1 Abramsa, których projekt narodził się na przełomie zimnej wojny, to zobaczymy pojazdy zaprojektowane według prostej logiki. Gruby pancerz z przodu, duża armata, spalinowy potwór pod pokrywą silnika i analogowa optyka. Ta podstawa była dla nich wspólna, bo wtedy czołg miał przede wszystkim “widzieć” swoją część pola walki i radzić sobie z obecnymi nań zagrożeniami. W ostatnich dwóch dekadach ten model zaczął się jednak gwałtownie rozsypywać, a na jego miejsce weszła nowa liga wozów, które producenci nazywają czołgami generacji 4 i 4+.

Nie chodzi już tylko o kompozytowy pancerz, panoramiczne kamery i mocniejsze silniki. W praktyce te konstrukcje coraz bardziej przypominają nie “zdane na siebie pancerne puszki”, a ruchome węzły sieci taktycznej, jako że integrują sensory 360 stopni, aktywne systemy ochrony, cyfrowe systemy zarządzania walką (BMS) i automatykę, która odciąża załogę. Dobrze widać to choćby na przykładzie południowokoreańskiego K2 Black Panther, uznawanego przez część źródeł za czołg 4. generacji, czy rosyjskiego T-14 Armata z bezzałogową wieżą i załogą zamkniętą w kapsule pancernej.

Z jednej strony mamy nowe projekty pokroju K2, japońskiego Typ 10 czy T-14 Armata, a z drugiej głęboko modernizowane wozy “trzeciej generacji”, takie jak Leopard 2A7, Merkawa Mk.4M z systemem Trophy czy najnowsze wersje Abramsa. Gdzie więc leży prawda w kwestii tego, co faktycznie odróżnia czołgi 4 i 4+ generacji od maszyn pokroju Leoparda 2A4 i T-72?
Nowa generacja czołgów… czy raczej nowa filozofia?
Problem z terminami “4. generacja” i “4+” w przypadku czołgów polega na tym, że nie istnieje żadna oficjalna, traktatowa definicja, która byłaby powszechnie używana. Teoretycznie można powiedzieć tak samo o myśliwcach, bo na żadnym etapie rozwoju nie doszło do tego, że ich producenci z całego świata zebrali się w jednym pokoju i uznali, że np. obecność projektu stealth to podstawa myśliwców 5. generacji. Od dawna jest to jednak wyznacznik tego, czy dany myśliwiec zalicza się do generacji 4. czy właśnie 5., a teraz coraz częściej wspomina się o konieczności integracji funkcji sztucznej inteligencji oraz połączeń z bezzałogowcami w przypadku myśliwców 6. generacji.

Wracając jednak już do czołgów, część publikacji, jak np. analiza Military Watch Magazine, wrzuca do kategorii czołgów 4. generacji zaledwie cztery konstrukcje, bo japoński Typ 10, południowokoreański K2 Black Panther, turecki Altay i rosyjski T-14 Armata. Jednocześnie inne źródła uznają K2 za czołg generacji 3+, a kolejne w ogóle unikają określania generacji, mówiąc po prostu o głęboko zmodernizowanych Leopardach 2, Abramsach czy Merkawach. Na poziomie technicznym widać jednak w tych czołgach kilka wspólnych cech, które odróżniają te wozy od klasycznych T-72 czy wczesnych Leopardów 2.

Po pierwsze, w tych czołgach w grę wchodzi cyfrowa architektura, która spina system kierowania ogniem, sensory, łączność i BMS (System Zarządzania Bitwą) w jedno sensowne z punktu widzenia czołgistów środowisko. Po drugie, znajdują się na nich aktywne systemy ochrony (APS), takie jak izraelski Trophy czy rosyjski Afghanit, które potrafią fizycznie zniszczyć nadlatujący pocisk przeciwpancerny, zamiast liczyć na to, że pancerz (w tym reaktywne moduły) wytrzymają uderzenie. Po trzecie, czołgi generacji czwartej odznaczają się pełną świadomością sytuacyjną (360 stopni dookoła wozu) z kamerami termowizyjnymi, radarami milimetrowymi i czujnikami ostrzegającymi o naświetlaniu laserem przez system rakietowy, którego pociski wyszukują wspomniany laser, aby obrać go na cel.

Dopiero z takim właśnie pakietem czołg zaczyna przypominać coś, co możemy określić mianem wozu 4. generacji. Dobrze pokazuje to proste porównanie międzygeneracyjne, bo z zewnątrz Leopard 2A4 i Leopard 2A7 nadal są “starymi Leopardami”, ale ich wnętrza różnią się tak samo, jak byle komputer biurowy z lat 90. od współczesnego.
K2 Black Panther, czyli czołg jako węzeł w sieci
K2 Black Panther jest często określany jako modelowy przykład MBT nowej generacji. Waży około 56 ton, ma trzyosobową załogę i armatę gładkolufową 120 mm L/55 z automatem ładowania, dzięki czemu rezygnuje z potrzeby dodatkowego członka załogi, bo ładowniczego. Czwartogeneracyjny klucz tkwi jednak w elektronice, bo K2 dysponuje zaawansowanym systemem kierowania ogniem z kamerą termowizyjną śledzącą cel nawet na dystansie niespełna 10 km, radarami milimetrowymi i rozbudowanym zestawem czujników wiatru, temperatury i przechyłu. Sensory te karmią zarówno komputer balistyczny, jak i system zarządzania polem walki, dzięki czemu czołg jest na stałe wpięty w sieć jednostek na szczeblu kompanii i batalionu.

Warstwa ochrony K2 Black Panther również wykracza poza klasyczne podejście “pancerz plus reaktywne moduły”. Korzysta bowiem z kompozytowego pancerza modularnego, który można zdejmować i wymieniać, a także z reaktywnego opancerzenia i systemu KAPS – K2 Active Protection System. KAPS łączy radar do wykrywania nadlatujących pocisków z zestawem efektorów, które mają przechwytywać m.in. pociski przeciwpancerne kierowane (ATGM). W praktyce ma to oznaczać, że K2 nie polega wyłącznie na “biernej” grubości pancerza, ale stara się też o to, aby aktywnie zniszczyć pocisk jeszcze w powietrzu.

Co ciekawe, nawet polskie źródła, takie jak Polska Zbrojna, określają K2 jako czołg generacji 3+, podkreślając głównie automatyczny system ładowania, kompozytowy pancerz i nowoczesny SKO. Stanowi to dobry przykład tego, jak rozmyta pozostaje granica między “wysoko zmodernizowaną trzecią” a ‘prawdziwą czwartą” generacją.
Nowa generacja to jednak także wysoka cena. W pierwszej partii koszt jednostkowy K2 szacowano na około 8,5 mln dolarów amerykańskich, co przy kursie rzędu 4 zł za dolara daje w przybliżeniu 34 mln zł za tylko jeden egzemplarz. Ten czołg warto zresztą znać, bo przecież w 2022 roku nasza krajowa Agencja Uzbrojenia podpisała umowę o wartości 3,37 miliarda dolarów z Hyundai Rotem na dostawę łącznie 180 czołgów, co w uproszczeniu daje około 18,7 mln dolarów, czyli blisko 75 mln zł za jeden egzemplarz. Oczywiście w grę wchodzi nie tylko sam czołg, ale też cały pakiet szkoleniowo-logistyczny.
T-14 Armata – laboratorium 4. generacji czy ślepa uliczka?
Rosyjski T-14 Armata jest drugim najczęściej przywoływanym kandydatem do miana czołgu 4. generacji. Już na pierwszy rzut oka różni się od T-72 czy T-90, bo przecież ma bezzałogową wieżę, a trzyosobowa załoga siedzi w opancerzonej kapsule w przedniej części kadłuba. Działo 125 mm z automatem ładowania zostało naturalnie umieszczone w samej wieży, a systemy obserwacji i kierowania ogniem rozmieszczono w formie kamer i sensorów wokół całego wozu. Innymi słowy, dla samej załogi to już rzeczywiście “pancerna puszka”, w której są uwięzieni na cały tok misji, bo nie muszą “wchodzić” do słabszej i narażonej na ostrzał wieży.

Najbardziej niepewnym elementem tego rosyjskiego czołgu jest aktywny system ochrony Afghanit. Łączy on radar milimetrowy z czujnikami elektrooptycznymi oraz zestawem wyrzutni granatów odłamkowych, które mają tworzyć strefę rażenia przed nadlatującym pociskiem. Teoretycznie system ma zwalczać zarówno klasyczne pociski kumulacyjne, jak i część nowocześniejszych zagrożeń, choć nie ma dowodów na to, że w pełni radzi sobie z nową generacją penetratorów kinetycznych.

Na papierze T-14 wygląda jak podręcznikowy przykład czołgu 4. generacji, bo przecież w grę u niego wchodzi pełna cyfryzacja, rozbudowane APS, załoga odseparowana od magazynu amunicji czy możliwość pracy w ramach sieci Armata jako platformy uniwersalnej. Problem zaczyna się przy pytaniu “ile ich faktycznie jeździ i w jakim stanie”. Plany wprowadzania T-14 na służbę mówiły o ponad 2000 maszyn, potem o setkach egzemplarzy próbnych, aby finalnie skończyć (według różnych analiz) na liczbie rzędu kilkudziesięciu wozów w różnym stadium gotowości. Raporty z frontu w Ukrainie sugerują, że T-14 pojawiał się tam co najwyżej epizodycznie, a znaczną część ciężaru walki nadal dźwigają modernizowane T-72 i T-90.

Armata jest więc bardziej laboratorium idei 4. generacji niż realnym trzonem rosyjskich sił pancernych. Pokazuje kierunek, bo cyfrową architekturę, kapsułową ochronę załogi, integrację APS, ale też brutalnie uświadamia, jak trudno wdrożyć tak zaawansowaną konstrukcję w setkach egzemplarzy, gdy gospodarka i łańcuchy dostaw nie nadążają.
Leopard 2A7, Abrams, Merkawa Mk.4M – generacja 3+, czyli 4+ po modernizacji
Po drugiej stronie czwartogeneracyjnych czołgów mamy znanych weteranów epoki zimnej wojny, których kolejne modernizacje coraz mocniej zbliżają do standardów 4. generacji. Leopard 2A7 w materiałach producenta KNDS jest przedstawiany jako wóz ze “zdigitalizowanym, wielofunkcyjnym stanowiskiem operatora”, ulepszonymi systemami optoelektronicznymi i pełną ochroną załogi wokół kadłuba, z uwzględnieniem min oraz improwizowanych ładunków wybuchowych (IED). To już nie jest tylko “Leopard z lepszym termowizorem”, ale platforma, która ma współpracować z bezzałogowcami, piechotą i artylerią w czasie rzeczywistym.

Podobny proces widać w izraelskiej Merkawie Mk.4M, znanej też jako Merkawa 4 “Meil Ruach”. Największa różnica w stosunku do poprzednich wersji to instalacja systemu aktywnej ochrony Trophy, który ma realne doświadczenia bojowe i został przyjęty również na czołgach Abrams należących do Armii USA. Trophy wykorzystuje radar i efektory kinetyczne, aby niszczyć nadlatujące pociski przeciwpancerne, RPG czy część pocisków artyleryjskich jeszcze przed trafieniem w wóz. To właśnie tego typu systemy (obok Iron Fist od Elbit Systems czy innych rozwiązań opisywanych w analizach trendów APS) są uznawane za kluczowy składnik czołgów 4+ generacji.

Abrams w wersjach M1A2 SEP v3/v4 przechodzi podobną drogę: cyfrowa architektura, BMS, nowe sensory, a w części wersji także integracja z Trophy. Formalnie nadal mówimy o “zmodernizowanym czołgu trzeciej generacji”, ale pod względem funkcjonalnym to już zupełnie inny pojazd niż M1 z czasów Pustynnej Burzy.
Co tak naprawdę odróżnia czołgi 4. generacja od Leopardów 2A4 i T-72?
Najłatwiej odpowiedzieć na pytanie zadane powyżej, odwracając je. Bo czego tak naprawdę brakuje klasycznemu T-72 czy Leopardowi 2 PL, aby dogonić K2, Merkawę Mk.4M czy najnowsze wersje Leoparda 2?

Na scenę tego porównania jako pierwsza wchodzi świadomość sytuacyjna. W wozach 4 i 4+ generacji załoga ma do dyspozycji kamery i czujniki dookolne, często w kilku pasmach (dzień/noc, termowizja, czasem radar), które na dodatek są zintegrowane z jednym interfejsem. Czołg widzi więc nie tylko to, co znajduje się przed celownikiem, ale także z boków i z tyłu, a to w epoce dronów kamikadze i ataków z górnej półsfery staje się ważniejsze niż kiedykolwiek. W T-72 z lat 80. załoga ma do dyspozycji kilka peryskopów i ewentualnie jedną termowizję, a reszta to praca szyi i przybliżone meldunki radiowe.
Jednak to nie kończy tej istnej informacyjnej bomby, bo w nowoczesnych systemach BMS pozycje własnych wojsk, wykryte cele i ostrzały artyleryjskie są nanoszone w czasie bliskim rzeczywistemu na cyfrową mapę w czołgu. Dla T-72 czy Leoparda 2A4 świat kończy się z kolei na mapie papierowej i radiu, a to doprowadza do sytuacji, w których np. cel wykryty przed momentem, który został po chwili zneutralizowany przez inny oddział, nadal jest uznawany przez czołgistów za potencjalne zagrożenie, któremu trzeba poświęcać uwagę.

Idąc dalej, klasyczny czołg polega wyłącznie na pancerzu i ewentualnie modułach reaktywnego pancerza (ERA). Czołgi 4. generacji dodają do tego wspomniany wielokrotnie wcześniej system aktywny, który ma przechwycić część zagrożeń, a do tego funkcje typu soft-kill (dym, zakłócanie głowic naprowadzających), które są zwykle sterowane automatycznie przez komputer.
Zestaw wymogów domyka ergonomia i automatyzacja, bo obecność systemu automatycznego ładowania głównego działa ogranicza zapotrzebowanie personelu aż o 25%. Pozbycie się ładowniczego nie tylko umożliwia projektowanie czołgów inaczej, ale też stanowi ulgę dla dowództwa, bo obsadzenie np. 100 czołgów wymaga szkolenia już nie 400, a 300 czołgistów. Automatyzacja naturalnie ma swoje problemy, ale dobrze zaprojektowany i solidnie wykonany system, to gwarancja wyższej szybkości ostrzału i pewności, że błąd ludzki nie wkradnie się w tok misji.

Różnica między czołgami 3. i 4. generacji nie sprowadza się więc do tego, czy na froncie znajduje się 200 mm, czy 300 mm pancerza kompozytowego, ale do tego, jak czołg zbiera informacje, jak szybko przetwarza je na decyzje i czy jest w stanie ochronić się przed nowymi zagrożeniami.
Czy 4. generacja czołgów naprawdę ma dziś sens?
Łatwo ulec pokusie stwierdzenia, że czołgi 4. generacji rozwiązują dziś całkowicie nowy problem tanich pocisków przeciwpancernych i dronów. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Analizy trendów rozwoju broni pancernej przypominają, że od lat obserwujemy pewną spiralę – rośnie siła ognia i precyzja broni antyczołgowej, więc czołgi odpowiadają grubszym pancerzem, ERA i APS, co z kolei wymusza bardziej zaawansowane pociski i nowe profile ataku.

Aktywne systemy ochrony, takie jak Trophy, udowodniły już w boju, że potrafią ocalić wóz przed klasycznym pociskiem kumulacyjnym czy ATGM, ale jednocześnie same stają się celem. Ich radary można próbować zakłócać, wysycić salwą wielu pocisków, a wreszcie uderzyć w czołg środkami, które APS-om sprawiają większy problem (nowe typy penetratorów, roje małych dronów, ataki z góry).
Chociaż możemy bez ogródek stwierdzić, że czołgi 4 i 4+ generacji zwiększają przeżywalność załóg i zdolności bojowe jednostek pancernych, ale musimy pamiętać, że nie zmieniają jednego faktu. Tego, że pole walki nie jest już dla czołgu piaskownicą, w której większość błędów uchodzi “pancerniakom” płazem. W dzisiejszych czasach czołgi przestały być aż tak wielkim problemem na polu bitwy, przez co jedna zła decyzja czołgistów, może przesądzić o “być albo nie być”.

Dlatego też nowa generacja czołgów to przede wszystkim zmiana filozofii. W ciągu ostatnich kilku dekad te pojazdy przeszły od “pancernego rycerza” walczącego na własnym podwórku do wymagającej kooperacji w armii cyfrowej, wielosensorowej platformy, która ma przeżyć w środowisku nasyconym dronami, precyzyjną amunicją i ciągłym nadzorem cyfrowym. Właśnie dlatego coraz częściej mówi się o nich nie jako o “stalowych bestiach”, ale o bardzo drogich, bardzo złożonych komputerach, które przypadkiem mają gąsienice i armatę kalibru 120 albo 125 mm.