Ślepy test z bananem w roli przewodnika
Eksperyment został zaprojektowany tak, aby wykluczyć jakiekolwiek subiektywne sugestie. Uczestnicy, osoby deklarujące się jako wtajemniczeni w arkana wysokiej jakości dźwięku i regularnie inwestujące w sprzęt, mieli do dyspozycji pliki do oceny, bez wskazania, który przewodnik był aktualnie używany. Obok drogiego kabla audio organizatorzy przygotowali także banana, którego właściwości fizyczne – zawartość wody i elektrolitów – umożliwiają przewodzenie prądu, rynienkę z błotem oraz stary kabel mikrofonowy z dolutowanymi do niego monetami jednocentowymi.

Żaden z uczestników nie potrafił w sposób konsekwentny i trafny wskazać, kiedy słucha dźwięku płynącego przez kabel, owoc, czy błoto Przeprowadzony test wykazał, że audiofile nie byli w stanie odróżnić sygnału dźwiękowego przesyłanego przez drogi kabel od banana, a prawidłowe wskazania nie przekroczyły błędu statystycznego. Z perspektywy fizyki wynik oczywiście nie powinien szokować – w określonych warunkach zarówno banan, jak i rynienka z błotem mogą pełnić funkcję przewodnika – tyle że o różnej oporności. Tak często wychwalane przez audiofilów „najdoskonalsze narzędzie pomiarowe – słuch” nie zarejestrował żadnej różnicy.
Jeśli fakt nie pasuje do teorii, to tym gorzej dla faktu
Wyniki nie są oczywiście żadnym zaskoczeniem – na długo przed testem „banana i błota” słynni Pogromcy Mitów ustalili przecież, że drut z wieszaka do ubrań w zestawie audio sprawdza się równie dobrze, jak drogi interconnect. W świecie audiofili fakty nie mają jednak żadnego znaczenia, ceny niektórych kabli sięgają kwot, za które można kupić solidny dom, a sprzedaż gadżetów opiera się na subiektywnych odczuciach i obietnicach.
Dobrze znany w psychologii efekt placebo znajduje tu idealne pole do popisu – jeśli wierzymy, że słuchamy przez coś lepszego, nasz mózg może nam to sugerować, nawet gdy obiektywna jakość dźwięku pozostaje niezmieniona, a audio-marketoidzi podbudowywują przekonanie o niezwykłości swojego sprzętu, uciekając się do chwytów typu „japoński mistrz tajemnej wiedzy audio”. O sile stojących za tym kompleksów i potrzebie potwierdzenia własnej wartości można by pewnie napisać niejedną naukową dysertację. A zresztą zobaczcie sami:

Migracja japońskich inżynierów do manufaktur audio to zresztą niemal masowy trend, co zauważył Audiofanatyk:
Od czasu, gdy popełniłem tekst o audiovoodoo minęły prawie trzy lata, a świat nie stał w miejscu. W ofertach dla audiofili mamy zatem już nie tylko audiofilskie kable cyfrowe i specjalne edycje switchy „for audio”, ale także kwantowe kropki do naklejania na kondensatory, soczewki pola kwantowego i wypełnione magiczną ziemią kondycjonery uziemienia.
Żaden wysokiej jakości zestaw audio nie obejdzie się bez kondycjonera zasilania – najlepiej w formie masywnego pudła wypełnionego czarnym obsydianem z umieszczonymi w nich magnetycznymi przewodnikami. Prąd napędzający zestaw audio musi być wszak audiofilski, a producenci sprzętu wysokiej klasy zupełnie nie potrafią w budowę zasilaczy i najlepiej ich wyręczyć podpinając do ordynarnej miedzianej instalacji, jaką zapewnia zakład energetyczny audiofilskie gniazdko zasilające i wspomniane już różnego rodzaju kondycjonery.

Próba naprowadzania audiofili na język faktów i badań jest skazana na niepowodzenie. Ich słuch jest najdoskonalszy, rozróżniają AAC od FLAC/ALAC jeszcze przed włączeniem odtwarzania i nie będzie im żaden krytyk pozbawiał radości. Argumentem ultymatywnym kończącym dyskusję z audiofilami jest rzucone przez nich z pogardą „masz za tani zestaw, żeby usłyszeć różnicę”, przy czym w zasadzie nie ma żadnego znaczenia, jaki jest to zestaw i ile kosztował. Za tani i już.
Każdy może, prawda, krytykować, a mam wrażenie, że dopuszczanie do krytyki, panie, to nikomu tak nie podoba się, więc dlatego z punktu mając na uwadze, że ewentualna krytyka musi być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było, tylko aplauz i zaakceptowanie
Kto chce kupować magię, niech kupuje, nawet jeśli wydają miliony na rzeczy, które działać prawa nie mają. Ich małpy i ich cyrk, a przede wszystkim ich pieniądze. Znacznie większy problem mam z tym, że sklepy i manufaktury dla audiofili raczej systemowo wprowadzają klientów w błąd co do cech produktów i nie znalazła się do tej pory instytucja (w Polsce i nie tylko), która by zdecydowała się zająć tym wszechobecnym łgarstwem, jak również nieoznaczonym marketingiem ukrytym pod pozorami recenzji – nie każdy może mieć zaszczyt sprawdzania kabelków za dziesiątki tysięcy złotych, zgodnie z przydługim nagłówkiem musi być tylko „aplauz i zaakceptowanie”.
W tym wszystkim najbardziej przykre jest chyba to, że muzyka zdaje się znacznie mniej ważna niż źródło, z którego pochodzi. W prasie branżowej (wybaczcie, ale nie jestem w stanie przełamać się i nazwać ją fachową) dominują opisy sprzętu, ale jeśli chciałbyś znaleźć recenzję najnowszego nagrania koncertu w filharmonii – cytując Ciri – „nie to miejsce, nie ten czas”. Konstatuję to ze smutkiem, rozważając, czy do kolejnego tekstu włączyć sobie na YouTube nagranie koncertu Tianyao Lyu, czy raczej preludiów w wykonaniu Aimi Kobayashi. Na zbyt tanim sprzęcie, oczywiście.