
Hama próbuje rozwiązać ten problem w najprostszy możliwy sposób: chowa przewód w obudowie. W nowej ładowarce 65 W dostajemy wbudowany, wysuwany kabel USB-C do 70 cm, a obok niego dodatkowy port USB-C, żeby zasilić drugie urządzenie równolegle.
Kabel, który nie robi bałaganu
Pomysł jest banalny, ale trafia w realny ból podróżujących: wyciągasz przewód, podpinasz sprzęt, kończysz ładowanie i kabel sam wraca do środka. Bez zwijania na ósemkę, bez gumek recepturek i bez polowania na luźny przewód w kieszeniach torby. Mechanizm ma działać płynnie. Wysuwanie ciągłe do maks. 70 cm, co sugeruje, że nie jest to kabel o stałej długości na sztywnej szpulce, tylko rozwiązanie nastawione na szybkie użycie.
To też sprytny sposób na ograniczenie mobilnego rozproszenia: zwykle bierzemy ładowarkę, osobny kabel do telefonu, czasem drugi do laptopa i jeszcze przejściówkę. Tutaj jeden element zestawu przestaje w ogóle istnieć jako osobny byt. Brzmi prosto, ale w praktyce potrafi uratować wyjazd, gdy gniazdko jest w niewygodnym miejscu, a Ty nie masz ochoty rozkładać całego kramu na podłodze.


65 W w praktyce: smartfon, tablet i laptop, ale z rozsądkiem
Moc 65 W to dziś bezpieczny środek ciężkości dla jednej ładowarki do wszystkiego: wystarczy do szybkiego ładowania telefonów, tabletów i wielu laptopów, zwłaszcza ultrabooków. Hama stawia na USB Power Delivery i deklaruje wsparcie dla Qualcomm Quick Charge 2.0/3.0, więc teoretycznie obejmuje szeroką część rynku.
Ważny detal: kiedy podłączysz dwa urządzenia jednocześnie wbudowany kabel + dodatkowy USB-C, moc jest dzielona. To normalne w tej klasie sprzętu, ale warto o tym pamiętać, żeby nie rozczarować się w sytuacji: laptop + telefon, oba szybko, a jednak wolniej niż wtedy, gdy każde ładuje się solo.
W tej konstrukcji GaN nie jest ozdobnikiem, tylko powodem, dla którego całość może być tak kompaktowa. Hama podaje wymiary 5,8 × 3,1 × 6,5 cm i wagę 160 g, czyli to nadal kostka, ale z ambicją bycia podróżnym podstawowym narzędziem, nie cegłą.
Dwa urządzenia naraz i… kilka małych haczyków
Największa zaleta tej ładowarki jest jednocześnie jej charakterem: wysuwany kabel jest zawsze ten sam. Jeśli masz przyzwyczajenia np. dłuższy przewód do łóżka, krótszy do biurka, kątową wtyczkę, oplot, tutaj tego nie zmienisz. 70 cm w wielu scenariuszach wystarczy, ale w niektórych będzie granicznie, zwłaszcza gdy gniazdko jest nisko, a laptop ląduje na blacie.
Do tego dochodzi kwestia geografii: wersja z europejską wtyczką i zakresem wejściowym 200–240 V jest naturalnie szyta pod nasze gniazdka. Dla kogoś, kto często lata poza Europę, to nie musi być wada (przejściówki istnieją), ale warto to mieć z tyłu głowy.


Cena i dostępność
Ładowarka ma trafić do sprzedaży w cenie katalogowej ok. 179 zł. To poziom typowy dla markowych ładowarek GaN 65 W, ale tutaj część ceny płacisz nie za same waty, tylko za mechanikę i wygodę: wbudowany przewód, mniej elementów do pilnowania, szybsze ogarnianie ładowania w biegu.
Rynek ładowarek doszedł do momentu, w którym 65 W i GaN nie są już wyróżnikiem, tylko standardem dla osób, które ładują więcej niż jeden sprzęt. Prawdziwe różnice robią się w detalach: czy ładowarka zmieści się do kieszeni kurtki, czy przewód nie zamieni plecaka w węzeł gordyjski i czy da się ładować tu i teraz, bez kompletowania zestawu jak do małej wyprawy.
Pomysł z chowanym kablem jest z tych, które docenia się dopiero po kilku sytuacjach awaryjnych: gniazdko za szafką, telefon na ostatnich procentach, a kabel… oczywiście został w innym plecaku. Jeśli mechanizm okaże się trwały, to może być jedna z tych małych innowacji, które realnie zmieniają nawyki, bo nagle najczęstsza przyczyna bałaganu po prostu znika.