
Zderzenie ASUS-a i GoPro ma sens tylko wtedy, gdy za estetyką idzie rytm dnia twórcy. Zrzut materiałów po powrocie, szybka selekcja, wstępny montaż, eksport i archiwizacja. W tej układance najbardziej boli zawsze nie brak mocy, tylko drobne problemy. Pliki w trzech miejscach, karty pamięci w kieszeniach, adaptery, brak czytnika, a na koniec wieczne pytanie, czy backup na pewno się zrobił. A to wszystko często w nietypowych warunkach z dala od biurka.
GoPro w laptopie, czyli mniej klikania w import
Najbardziej „go-prowe” w tym projekcie nie jest kolor czy opakowanie, tylko pomysł na skrót do workflow. Laptop dostaje dedykowany przycisk GoPro Hotkey, który ma prowadzić prosto do narzędzi związanych z materiałami z kamer, zamiast zaczynać dzień od przekopywania się przez foldery.
Do tego dochodzi aplikacja StoryCube z integracją z GoPro Cloud i obsługą materiałów 360. W teorii brzmi to jak kolejny dodatek, w praktyce może mieć sens tam, gdzie materiałów jest dużo i są porozrzucane między urządzeniami. Najmniej romantyczna część pracy twórcy to katalogowanie i porządkowanie, a właśnie na tym najłatwiej stracić godzinę, której potem brakuje na montaż.
W zestawie pojawia się też roczna subskrypcja GoPro Premium+, co jest ważne o tyle, że producent od razu sugeruje tryb działania: nagrywasz, synchronizujesz, trzymasz kopię w chmurze i dopiero potem edytujesz. Nie każdy lubi chmurę i nie każdy jej ufa, ale jako koncepcja to jest przynajmniej spójne z ideą mobilnego studia.

Co siedzi w środku?
Sercem edycji GoPro jest platforma AMD Ryzen AI Max+ 395, czyli układ nastawiony na wysoką wydajność i lokalne zadania AI, z NPU do 50 TOPS. W praktyce oznacza to, że część operacji, które w aplikacjach kreatywnych coraz częściej robią się automatyczne, może działać szybciej i bez opierania się o chmurę, o ile konkretne narzędzia potrafią z NPU korzystać.
Mocnym akcentem jest pamięć: w tej konfiguracji mowa o 128 GB LPDDR5X. To nie jest parametr, który doceni ktoś obrabiający okazjonalnie kilka plików, ale dla osób pracujących na ciężkich projektach i wielu aplikacjach naraz może być różnicą między płynną pracą a wiecznym zamykaniem zakładek i oczyszczaniem RAM-u.
Na dyski przewidziano SSD PCIe 4.0 w wariantach 1 TB i 2 TB. I to jest dobra wiadomość, bo w pracy z wideo przestrzeń potrafi wyparować szybciej niż bateria w kamerze na mrozie. Zła wiadomość jest taka, że żaden dysk nie jest wystarczający, jeśli nie ma nawyku porządkowania i archiwizacji, a tego nie zrobi za ciebie nawet najlepsza specyfikacja.
Ekran i sterowanie, czyli miejsce, gdzie ten laptop ma sens
Tu nie chodzi o to, żeby ekran był ładny. Ma być roboczy. ASUS stawia na 13,3-calowy dotykowy OLED 3K o proporcjach 16:10, z pokryciem 100% DCI-P3 i walidacją Pantone, a do tego z certyfikacją DisplayHDR True Black 500. W praktyce oznacza to panel, na którym da się sensownie pracować z kolorem i kontrastem, nawet jeśli robisz wstępny grading poza studiem.

Odświeżanie wynosi 60 Hz, co brzmi zwyczajnie, ale dla zastosowań stricte montażowych i kreatywnych często jest wystarczające. Ważniejsze jest to, że jest to dotyk i obsługa rysika, więc masz opcję pracy w trybie tabletu, przeglądania ujęć palcem, szybkich poprawek i notatek bez gimnastyki.
Do tego dochodzi DialPad, czyli element sterowania osadzony w gładziku, który może skrócić drogę do najczęściej używanych parametrów w aplikacjach kreatywnych. Takie rozwiązania nie robią efektu wow w tabelce, ale potrafią realnie przyspieszyć pracę, bo zdejmują część klikologii z barków.
Mobilność, porty i ten nudny konkret, który wygrywa w terenie
Mobilność to nie hasło, tylko masa i grubość. Tu mówimy o 1,39 kg i 15,8 mm, do tego konstrukcja 360 stopni i certyfikacja MIL-STD-810H, choć to nie jest obietnica nieśmiertelności. Porty dobrano sensownie pod życie poza studiem: dwa USB4, klasyczne USB-A, HDMI 2.1, gniazdo audio i czytnik kart microSD 4.0. Ten ostatni detal jest kluczowy, bo twórcy potrafią mieć alergię na przejściówki nie z kaprysu, tylko z doświadczenia. W zestawie jest też Wi-Fi 7 i Bluetooth 5.4, czyli łączność na poziomie, który ma znaczenie przy szybkich transferach i pracy z siecią tam, gdzie się da.
Bateria ma 73 Wh, a zasilacz 200 W sugeruje, że to sprzęt, który potrafi wejść na wyższe obroty i wtedy potrzebuje solidnego zasilania. W podróży liczy się więc nie tylko czas pracy, ale też to, czy ładowanie i zarządzanie energią nie będą codziennym powodem do narzekania.

W praktyce o sensie takiej edycji zawsze decydują dwie przyziemne rzeczy: czy da się ją po prostu kupić oraz czy cena nie odkleja się od tego, co realnie dostajesz. Tutaj mówimy o półce wyraźnie premium. W polskich sklepach laptop pojawia się z ceną około 13 999 zł, co stawia go w kategorii sprzętu dla osób, które faktycznie zarabiają na materiałach i montażu, a nie dla tych, którzy raz na jakiś czas wrzucą klip z weekendu. A dostępność? Na razie przeglądając oferty sklepów, wszystko wskazuje na to, że nie będzie z nią problemów. Choć wszystko może się szybko zmienić.