
MOVA AeroChef FD10 Pro Max ładnie wygląda, ale ktoś zapomniał o praktyczności

MOVA AeroChef FD10 Pro Max to airfryer z gatunku bardziej kompaktowych. Ma wymiary 364 x 267 x 336 mm, ale nie ma to negatywnego wpływu na jego pojemność, bo ta wynosi aż 6 litrów. Całość stoi na niewielkich, ale skutecznie trzymających się blatu, gumowych nóżkach.

Sprzęt jest ładny, ale nie dla osób, które lubią mocno dbać o porządek. To wątpliwa zasługa błyszczącego plastiku, którego producent nie poskąpił. Fajnie, wygląda to jak wnętrze nowego Mercedesa. Odkładając żarty na bok, już po wyjęciu z pudełka MOVA AeroChef FD10 Pro Max był oblepiony kurzem. Tak niestety będzie wyglądać też w trakcie użytkowania, a o i rysy bardzo łatwo.

Przymykając na to oko, sprzęt wygląda dobrze. Zajmuje niewiele miejsca, ma sporą rączkę do wyjęcia pojemnika, w którym znajduje się szklane okienko pozwalające zajrzeć do środka w trakcie pracy. Do tego mamy możliwość włączenie podświetlenia wnętrza przyciskiem na obudowie. Przód jest bardzo efektowny za sprawę kolorowych grafik przypisanych do trybów pracy, tu mamy też przyciski do sterowania i mały ekran LED.
Zajrzyjmy do wnętrza MOVA AeroChef FD10 Pro Max

W środku airfryera jest bardzo ciekawie. Wnętrze jest metalowe, co eliminuje nieprzyjemny zapach nagrzewającego się plastiku podczas pracy. Kosz i talerz grillowy są pokryte ceramiczną powłoką pozbawiona PFAS. To faktycznie się sprawdza, bo podczas gotowania, pieczenia, czy podgrzewania jedyne, co czujemy, to przyjemny zapach potraw.

Kosz jest naprawdę duży, a optycznie powiedziałbym, że wydaje się nawet większy na tle kompaktowej obudowy. Wspomniany talerz, dzięki swojej powłoce, eliminuje przywieranie potraw, a przynajmniej nie miałem z tym ani razu problemów. Zapewne to również powłoka wpływa na to, że mycie talerza jest bardzo prostą czynnością i wszelkie zabrudzenia schodzą z niego bardzo łatwo. Może gdybym spróbował coś celowo przypalić, mogłoby być nieco inaczej, ale musiałbym się chyba naprawdę postarać.
We wnętrzu mamy też ciekawy system grzania, ale do tego za moment wrócimy.
Pierwsze włączenie MOVA AeroChef FD10 Pro Max może nieco zdziwić. Aplikacja… to bardzo ciekawy temat

Po włączeniu MOVA AeroChef FD10 Pro Max podświetlane zostają kolorowe grafiki, które przynajmniej moim zdaniem, łatwo jest rozpoznać i dopasować do konkretnej potrawy. Wydaje mi się logiczne, że jeśli chcę wybrać frytki to wciskam ikonę frytek. No i tu… nie do końca. Ikony są tylko poglądowe i oznaczają aktualnie wybrany tryb. Pomiędzy nimi przełączamy się dedykowanym przyciskiem. Czyli można powiedzieć, że obsługa jest bardzo standardowa, niemniej zwyczajnie można się zdziwić.

Każdy z trybów ma z góry dobrane parametry czasu i temperatury pracy, które możemy dowolnie zmodyfikować, albo zdać się na AI. No i tu mam sporą zagwozdkę, bo producent w żaden sposób nie wyjaśnia, jak ten AI działa. Nazywa się to AI Cooking, który automatycznie rozpoznaje składniki i dostosowuje tryb pieczenia, co jest idealnym rozwiązaniem dla zapracowanych profesjonalistów. Tylko nadal nie wiemy – jak. Nie ma tu żadnej wagi, która ważyłaby włożone rzeczy, nie widać żadnych czujników, nie ma kamer… Dzieje się tu jakaś niewytłumaczalna magia, ale co ciekawe, automatycznie dobrane parametry były w zdecydowanej większości przypadków wystarczające do przygotowania danej potrawy, więc może lepiej nie wnikać, jakie krasnoludki za tym stoją.

MOVA AeroChef FD10 Pro Max ma też dedykowaną aplikację, a konkretnie możemy go dodać do naszych urządzeń w aplikacji MOVAhome. Nie jest ona niezbędna do korzystania z airfryera i traktowałbym ją wyłącznie jako formę ciekawostki. Znajdziemy w niej różnego rodzaju przepisy, które można przygotować w urządzeniu i… dla poprawy humoru warto włączyć ją w języku polskim. Wtedy odkryjemy przepisy na – batony ziemniaczane, łokcie kury(!), rębrykę (rębryka?) lub roast kury. I piszę to śmiertelnie poważnie, zobaczcie sami:

Cóż, producent musi to poprawić, chociaż z drugiej strony… ja bym tak zostawił. Aplikacja nie jest niezbędna, a co się uśmiejemy, to nasze. O ile przymkniemy oko na kulawe tłumaczenie lub włączymy aplikację w języku angielskim, będziemy też mogli zdalnie sterować startem pracy i podglądać czas pozostały do końca.



Nie do końca widzę zastosowanie tej funkcji. Wydaje mi się, że raczej mało kto wrzuca składniki do airfryera, żeby włączyć go o określonej porze, ale gdyby ktoś miał takie potrzeby to jest taka opcja. Wszystko odbywa się po sieci Wi-Fi, więc nie musimy się znajdować w pobliżu urządzenia, żeby korzystać z aplikacji.
Czytaj też: Test MOVA Shine 20: suszarka dla tych, którzy zauważyli, że włosy też mają granice cierpliwości
MOVA AeroChef FD10 Pro Max zwyczajnie działa

Wróćmy do samych potraw i ich podgrzewania. Odpowiada za to system nazwany Dual HeatSync. Czyli mamy tu dwa źródła ciepła – z góry i z dołu, a układ otworów w tacce jest zaprojektowany tak, aby ciepło rozchodziło się po całym wnętrzu pojemnika w ramach technologii cyrkulacji 360° Hot Poly-Air. Naprawdę nie wiem, co te firmy mają z tymi wszystkimi nazwami… Jak wymyślne by nie były – to faktycznie działa. Tylko co nam to daje?

MOVA AeroChef FD10 Pro Max eliminuje typowy dla użytkowników airfryerów nawyk otwierania pojemnika i potrząsania jego zawartością. O ile nie zapakujemy go pod korek, nie jest to konieczne. Wrzucone składniki są podgrzewane równomiernie i z każdej strony. Potwierdzone na ziemniakach, frytkach czy różnego rodzaju mięsie. Oczywiście, jeśli wrzucimy tych składników dużo i będą się one nawarstwiać to tak, co jakiś czas warto będzie nimi potrząsnąć czy zamieszać, bo do tych znajdujących się na samym środku dostęp ciepłego powietrza będzie ograniczony. Jeśli jednak przygotowujemy pojedynczy posiłek dla jednej czy dwóch osób, a nie dla czterech (przy tej pojemności to nie jest trudne), to nie będzie konieczne.

Przyznaję, że nie korzystałem do tej pory z airfryera z jednym pojemnikiem, jestem fanem podwójnych. Pomimo tego nie czułem się w żaden sposób ograniczony. Pojemnik jest na tyle duży, że bez problemu mogłem do ziemniaków po jakimś czasie dorzucić kurczaka, a ilość miejsca w środku w pełni na to pozwala. Nie miałem żadnych problemów z mieszaniem zapachów czy smaku, w końcu to i tak wyląduje na jednym talerzu.
Czytaj też: MOVA M50 Ultra. Testujemy naszpikowany technologiami odkurzacz mopujący
MOVA AeroChef FD10 Pro Max spełnia swoją rolę – przygotowuje posiłki i robi to dobrze

Choć MOVA AeroChef FD10 Pro Max ma kilka funkcji, których nie rozumiem, jak AI Cooking, to mogę się w nim przyczepić tylko do dwóch rzeczy. Pierwsza to za dużo błyszczącego plastiku, co szczególnie w jasnej kuchni może kłuć w oczy, a druga to nieco krótki kabel zasilający. Co nie każdemu musi przeszkadzać, w końcu nie każdy ma starą kuchnię jak ja, w której gniazdek jest jak na lekarstwo.
Poza tym MOVA AeroChef FD10 Pro Max robi dokładnie to, do czego został stworzony – podgrzewa jedzenie tak, aby nadawało się do spożycia. Robi to sprawnie, względnie cicho, bez nieprzyjemnych zapachów, bez konieczności pilnowania, żeby obrócić kurczaka, a ciekawscy mogą zajrzeć przez szybkę, jak przebiega cały proces. Chyba nic więcej nie powinniśmy wymagać od tego typu sprzętu, który w dodatku nie kosztuje majątku. Producent wycenił MOVA AeroChef FD10 Pro Max na bardzo uczciwe 429 zł, a w dniach od 11 do 28 lutego 2026 roku cena jest dodatkowo obniżona o 23%.