Tomb Raider: Underworld – po zabawie

Parę godzin tarzania się w błocie, seria wybuchów i walk z tygrysami nie straszne są permanentnemu makijażowi.

Parę godzin tarzania się w błocie i walk z tygrysami nie straszne są permanentnemu makijażowi.

Tak jak wspomniałem w poprzedniej notce na temat Underworld, gra jest świetna. Tyle, że bardzo krótka. Tym bardziej dziwi, ze im dalej w las tym większe wrażenie iż filmowe przerywniki są coraz gorszej jakości. Finał, co ze zgrozą stwierdzam, okraszony jest prezentacją na poziomie pierwszych części Tomb Raidera. Przedziwna sprawa zważywszy na to ile pracy włożyli scenografowie w budowę poszczególnych poziomów gry. Choć tu też im dalej wgryzałem się w grę, tym prostsza droga prowadziła do finału.

Analogicznie przedstawia się sprawa walki z przeciwnikami. Na początku trzeba się mocno napocić. Po zdobyciu Młota Thora wystarczy iść do przodu i klikać bądź wciskać przycisk pada odpowiadający za uderzenia. Nudy na pudy.

Totalnym pójściem na łatwiznę jest wspomniany już finał. Składa się on z paru kiepsko wyrenderowanych scenek w których Lara wykonuje czynności które do tego momentu miał na głowie gracz. Czemu zabrano mu tę przyjemność i musi oglądać filmik? Nie mam pojęcia.

Reasumując. Grałem łącznie trzy dni po 3-4 godziny. Im bliżej finału tym gra była łatwiejsza. Finał był zaś tak wciągający, że kwadrans później nie potrafiłem opowiedzieć na pytanie mojej żony co się stało ze skrzydlatą przeciwniczką Lary. Po prostu już tego nie pamiętałem.

PS. Lara mimo powyższych utyskiwań ma coś w sobie jednak. Właśnie przechodzę ją jeszcze raz zaliczając brakujące achievementy. Muszę jednak podumać czy robię to dla samej gry czy z powodu uzależnienia od pogoni za punktami;)