Zarobić na Linuksie…

Pomysłów na wyciągnięcie Linuksa z finansowego dołka i sprawienie by zaczął na siebie zarabiać było wiele, jednak nie wszystkie się sprawdziły.

Serwery – królestwo Linuksa

SuSE Linux Enterprise Serwer i Red Hat Enterprise Linux niewątpliwie rządzą rynkiem serwerów i superkomputerów. Wystarczy spojrzeć na listę TOP500, by się przekonać, jak ważni są to gracze na rynku rozwiązań stricte korporacyjnych i naukowych. Firmy potrzebują stabilnych i pewnych rozwiązań, co oznacza, że potrzebna jest niezawodna pomoc techniczna. Co oferują firmy opierające swoje rozwiązania na systemie spod znaku pingwina? Zarówno Red Hat jak i Novell oferują bogate pakiety pomocy technicznej, uzupełnione wieloma kursami i certyfikatami dla administratorów i programistów. Wszystko kosztuje i to całkiem niemałe pieniądze. Ceny SLES zaczynają się od 290 EUR, a kończą na sumach czterocyfrowych. Oferowane pakiety pomocy dzielą się na jednoroczne i 3-letnie, podstawowe, standardowe i priorytetowe. Ceny są tez zależne od platformy sprzętowej. Dla przykładu dla platformy x86(limit do 32 procesorów) letni standardowy support kosztuje 1790 EUR, a ten sam dla procesorów Intel Itanium wynosi 1910 EUR, jednak z tą różnicą że tutaj trzeba tyle zapłacić osobno za każdy procesor zamontowany w maszynie. Oferta Red Hata jest całkiem podobna, tylko że mniej rozdrobniona. Podział cenowy dzieli się na maszyny maksymalne dwuprocesorowe, nielimitowane i superkomputery mainframe. Ceny zaczynają się od 349 USD za podstawowe wsparcie maszyn z max. dwoma procesorami. Najdroższy support opiewa na sumę 18 000 USD, za rok wsparcia dla superkomputerów. Mówiąc o serwerach należy też wspomnieć o jednym z młodszych i lepiej radzących sobie serwerowych wariantów Linuksa. – Ubuntu Server. Ta dystrybucja jest skierowana na rozwiązania korporacyjne, powaznie traktuje takie technologie jak Cloud Computing(zawiera „chmurzasty” framework Amazon EC2). Ceny są również atrakcyjne ok. 500 GBP za roczny support w systemie 9/5(godziny/dni tygodnia) i ok. 760 GBP za wsparcie 24/7. Tak niewygórowane ceny i dosyć dobra jakość oprogramowania powinny dać pewną przyszłość tej południowoafrykańskiej dystrybucji na rynku serwerów, jednak przy tak ugruntowanych na rynku konkurentach, jak SLES, RHEL i w końcu darmowy Debian, w którym administrator sam jest dla siebie supportem, może być to trudne.

Na rynku serwerów i mainframe Linux radzi sobie całkiem nieźle, nierzadko będąc najlepszym rozwiązaniem, pokonując nawet system Microsoftu. Nie trzeba do niego dopłacać ani sponsorować.

Novell i.NET

Novell po podpisaniu umowy z pewną firmą z Redmond zaczął aktywnie wspierać rozwój multiplatformowej implementacji.NET, która nosi nawę Mono. Ta znienawidzona przez fanatyków GPL i FSF platforma wykazała ogromny rozwój, coraz bardziej zbliżając się do ideału, jakim jest oryginalny.NET. Dzięki współpracy obu firm mamy w Linuksie takie wynalazki jak C# i ASP.NET. Novell, jak każda normalna firma, nie inwestował w Mono na darmo – tak powstało SuSE Linux Enterprise Mono Extension. Rozszerzenie ma za zadanie ułatwić uruchamianie na Linuksie serwerowych narzędzi napisanych w dotniecie. 1-roczna subskrypcja kosztuje 200 USD, 3-letnia 540 USD. Innym produktem który ma zarabiać na Mono jest MonoTouch. Rozwiązanie to jest przeznaczone do tworzenia.NETowych aplikacji na iPhone, iPoda i w niedalekiej przyszłości – iPada. MonoTouch umożliwia pisanie w C# programów na gadżety Apple, wykorzystując w pełni API tych urządzeń. Taka „przyjemność” kosztuje pojedynczego developera prawie 400 USD, a firmę w zależności od liczby stanowisk – Licencja na jedno kosztuje. Rozwiązanie ma jedną poważną wadę – wymaga komputera Apple i systemu Mac OS X, co raczej ma się nijak do linuksowego rynku, jednak w jakiś sposób promuje całe Mono jako poważną i dojrzałą platformę.

Nie tylko Novell zarabia na wspieraniu twórców, jednak nikt nie robi tego na taką skalę. Takie działania ułatwiają tworzenie aplikacji dla Linuksa, co niewątpliwie napędza ten jeszcze mały rynek, umożliwiając zarobienie na nim.

Laptopy i desktopy

Komputery osobiste to niewątpliwie jeden z większych problemów pingwina, nie chodzi tu tylko o dostępność aplikacji, ale również wsparcie sprzętu jest różne. Wielu próbowało i nadal próbuje zarobić na tym rynku, oferując wsparcie techniczne własnych dystrybucji i bonusy w postaci wbudowanych kodeków i sterowników. Oferty są najróżniejsze. Niektóre ceną dorównywają cenom niesprzedawanych już wersji OEM Windowsa. Na polskim rynku niewątpliwie przez długi czas rządziła Mandriva, dodając do swojej dystrybucji nie tylko sterowniki, ale nieistniejącą już Cedegę, która miała służyć „bezbolesnemu” uruchamianiu okienkowych gier na Linuksie, CrossOver Office – miało zapewnić działanie Photoshopa czy MS Office, LinDVD – jedyny „legalny” odtwarzacz DVD na Linuksa. Jednak nawet taka oferta nie skłoniła zbyt wielu użytkowników do zapłacenia nawet tak niewielkiej ceny, jak 89 PLN. Dlaczego? Powód jest prosty – wszystkie „bonusy” można bez problemu dostać w Internecie, przeszukując torrenty czy rapidshare. Nie trzeba też specjalnie się męczyć z kluczami seryjnymi – przeważnie ich nie ma, a jeżeli są to takie zabezpieczenia łatwo złamać. I tak Mandriva zmyła się z naszego kraju, zostawiając po sobie mało popularny już XtremeOS, który zbiera niezbyt przychylne recenzje, jest całkowicie płatny, oferuje support… Cóż poradzić, gdy mentalność ludzka jest taka, że mało kto zapłaci za coś co jest za darmo. Nie wszystko jednak stracone, są ludzie którzy potrzebują stabilnego i bezpiecznego stanowiska pracy, nie mogą sobie pozwolić na stratę czasu, w formie biegania z jednego forum na drugie i rozpaczliwego przeszukiwania Google, licząc ze znajdą rozwiązanie swojego problemu. Stanowiska produkcyjne muszą być zawsze gotowe do pracy – w tym momencie do akcji wkracza płatny support. Ciekawą pozycją na liście komercyjnych dystrybucji jest SLED(SuSE Linux Enterprise Desktop). Za system ze wsparciem przyjdzie nam wydać 42 EUR za podstawowy, jednoroczny support na jedną maszynę. Najdroższe, 3-letnie rozszerzone wsparcie kosztuje 490 EUR, co nie jest małą sumą w porównaniu nawet do pudełkowych wersji Windows.

Ale co na to domowi użytkownicy? Oni chcą zapłacić jak najmniej, a najlepiej wcale. Odpowiedzią na takie potrzeby jest Ubuntu, które prawdopodobnie ma najlepiej zaplanowaną strategię marketingową ze wszystkich desktopowych dystrybucji, przewiduje ona działania na wiele lat. Ale do rzeczy – Ubuntu nie jest gorsze i też oferuje support dla desktopów. Zapłacimy za tą usługę najmniej 35 GBP za roczny podstawowy support, najwięcej prawie 190 GBP za rozszerzony 3-letni. Jak widać oferta znacznie atrakcyjniejsza od novellowskiej, jednak dla Polaków, póki co niedostępna. Zarabianie na linuksowym supporcie dla desktopów ma sens tylko w jednym wypadku – sprzedaż systemu razem z komputerem, gdy jego cena jest wliczona w koszt zestawu. Tak się robi z Windows i Mac OS X, i tak powinno się robić z Linuksem, do czego ciężko przekonać producentów komputerów PC.

Canonical i usługi w chmurze

Software Center: zlota żyła dla ubuntu?
Software Center: zlota żyła dla ubuntu?

Firma rozwijająca Ubuntu ma inny sposób na wyciągnięcie pieniędzy z Linuksa – system powinien być darmowy, a zarabiać powinno się na usługach dołączonych do niego. I trzeba przyznać rację takiemu myśleniu – więcej zarobi się pobierając opłaty za usługi, za które płaci się regularnie. Taką usługą jest Ubuntu One – dysk internetowy na kształt dropboksa, jednak ściśle związany z Ubuntu(na inny system czy dystrybucję Linuksa klienta nie ma).Dzięki temu możemy zsynchronizować pliki między różnymi komputerami zarejestrowanymi w usłudze. Za darmo dostajemy tylko 2 GB miejsca do dowolnego wykorzystania, które na podstawowe czynności powinno wystarczyć. Gdy zapłacimy 10 USD na miesiąc dostaniemy 50 GB przestrzeni. Może i słabo w porównaniu z ofertą konkurencji, ale wszystko dopiero raczkuje. Inną usługa która dołączy do Ubuntu w najbliższej wersji(10.04 LTS) jest Ubuntu One Music Store – sklep muzyczny, pogotowany przy współpracy z 7Digital. W odróżnieniu od innych internetowych sklepów muzycznych, takich jak iTunes czy Amazon, będzie dostępny w naszym kraju. Ceny przedstawiają się obiecująca: 0,75 EUR za utwór, 8,99 EUR za album. Dla porównania za utwór w iTunes zapłacimy 0.99 EUR, za album 9,99 EUR. Muzyka będzie oferowana w formacie mp3, w jakości 256kbps. Audiofile mogą narzekać, linuksiarze demonizować, ale jak na razie Canonical nie ma takiej mocy, by sprzedawać utwory w formacie FLAC czy OGG. Inną ważną ciekawostką jest sposób działania sklepu – całość wydaje się działać jak każdy inny sklep muzyczny, jednak jest pewna istotna różnica – synchronizacja z Ubuntu One. Gdy kupimy utwór będzie on automatycznie przetransferowany do naszego dysku w chmurze i zsynchronizowany ze wszystkimi komputerami, które tam zarejestrujemy. I tutaj wychodzi na jaw szatański plan Canonical: 2GB to mało na kolekcję muzyczną – potrzeba więcej miejsca, więc musimy dokupić miejsca.

Przyszłe plany twórców Ubuntu zakładają przekształcenie Centrum Oprogramowania w coś na kształt AppStore – sklepu z komercyjnymi aplikacjami. Nie oznacza to jednak, że nagle wszystkie darmowe programy staną się „złe” i komercyjne – umożliwienie sprzedawania aplikacji w prosty sposób może zachęcić developerów do tworzenia aplikacji, na których w końcu będą mogli zarobić na Linuksie w realny sposób, a Canonical przestanie dokładać do interesu tylko zacznie zarabiać.

Ubuntu One Music Store

Ubuntu One Music Store

Android i Google

Nie od dzisiaj wiadomo, ze Google jest jedną z firm która stawia na Linuksa. Wszystkie ich serwery działają na Linuksie, sami wprowadzili dużo zmian do jądra(ok. 1 mln. linii kodu, których nigdy nie udostępnili i póki co nie zamierzają). A teraz mamy Androida i Chrome OS. Obydwa nastawione i przygotowane do pracy w Internecie, obydwa szybkie i nowoczesne i obydwa oparte o Linuksa i udostępnione na licencji OpenSource. Jak Google na nich zarobi? W bardzo prosty sposób – reklama. Można wierzyć albo nie, ale na tym da się zarobić realne pieniądze – Google robi to cały czas. Firma z Moutain View lubi uchodzić za dobrego wujka Internetu. Wszystkie usługi są darmowe, ale tylko pozornie – „płacimy” oglądając reklamy kontekstowe, które pewnie nie raz przykuły naszą uwagę. Google uruchomiło też Android Market, klon AppStore, tylko że bardziej liberalny i tańszy dla developerów. W tej chwili jest już tam wiele aplikacji(póki co głównie darmowych – 60% aplikacji dostępnych nie uszczupli naszego portfela), co czyni go godnym konkurentem jabłkowego pierwowzoru.

Chrome OS, który jeszcze nie wszedł na rynek konsumpcyjny będzie systemem przystosowanym typowo do chmury. W tym wypadku Google będzie zarabiać głównie na wspomnianych wcześniej reklamach. Jak sobie będzie radzić na rynku zwojowanym przez Windows? Zobaczymy, ale zapowiada się obiecująco.

Opłacalność = Popularność

Patrząc na ogół rynku Linuksowego można zauważyć prawidłowość: tam gdzie Linux pozwala na sobie zarobić, tam coś znaczy. Serwery, telefony a być może niedługo netbooki – tu Linux jest znaczącym graczem. Ulegając manii darmowości pingwina na PC raczej mu nie pomożemy. Jeżeli ma być popularny, to musi przynosić dochody i zyski, a nie ulegać ideologicznemu filozofowaniu pewnych osób. Potrzeba płatnych, profesjonalnych, komercyjnych aplikacji, które ściągną użytkowników, będących gotowi za pewne rzeczy zapłacić. W końcu na tym świecie nic nie jest za darmo.

Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.