Piractwo powinno się użytkownikom nie opłacać – a obecnie tylko ułatwia sprawy

To, że piractwo jest złe, nie ulega żadnej wątpliwości. Ale restrykcje antypirackie często bywają jeszcze gorsze. Dlatego też cieszy dzisiejsza decyzja, jaka zapadła w Stanach Zjednoczonych, ale to wciąż za mało.
Tak, przekonało mnie to o zaletach oryginałów. Szalenie.

Tak, przekonało mnie to o zaletach oryginałów. Szalenie.

Możemy się bajerować na temat piractwa, że przecież nic nie kradnę, bo powielam, że przecież „te złe korporacje i tak mają mnóstwo kasy”, ale nawet nie chce mi się wchodzić w taką dyskusję. W zdrowej gospodarce klient wybiera portfelem. Jeżeli coś jest dla nas nieadekwatne do ceny, to zabieramy nasze pieniądze i idziemy do konkurenta, który nie może się doczekać, by nas podkupić. Jeżeli muzyka jest dla ciebie za droga – nie kupuj jej. 100 000 niekupujących i patrz, jak ceny spadają. Jeżeli Windows za drogi, to zainstaluj Linuksa. I tak dalej, i tak dalej. Natomiast tłumaczenie, że „im się te pieniądze nie należą, więc pobiorę z Netu” są guzik warte. Większość z was chyba nie zaczęła pracować na własne utrzymanie. I nie życzę wam tego, byście coś stworzyli, na przykład przesiedzieli kilka miesięcy nad programem, a następnie byście nie byli w stanie za niego dostać ani grosza, bo przecież The Pirate Bay. I jasne, kiepskie firmy produkujące kiepskie programy muszą upaść. Ale dlatego, że nikt nie chce ich kupować, a nie dlatego, że wszyscy używają wersji z torrentów.

Natomiast inną kwestią są chore zabezpieczenia antypirackie, zarówno od strony prawnej, jak i technicznej. Doszło do tego, że pirackie wersje programów, gier czy filmów są dużo łatwiejsze i przyjemniejsze w obsłudze. Bo z Pirate Bay’a ściągam coś i od razu mogę z tego skorzystać. Wersja sklepowa ma masę ograniczeń i utrudnień. Co więcej, w świetle prawa w niektórych krajach, moja muzyka do mnie nie należy. Nie mogę zgrać filmu na dysk, by nie musieć co chwila zmieniać płyt. Nie mogę wgrać mojego własnego softu do iPhone’a. Nie to, że bym chciał, uważam, że jailbreakowanie, czyli wgrywanie sofciku od entuzjastów zamiast znakomitego systemu operacyjnego, na który poszły milionów dolarów, jest totalnie bezsensowne. Po prostu nie ta jakość. Ale powinienem mieć do tego prawo! A nie mam.

Tego typu działania tylko nie blokują piractwa, a wręcz do niego zachęcają. Nie dziwię się moim znajomym, którzy wolą pobrać nowy film tylko dlatego, że działa on na każdym odtwarzaczu i bez irytujących ostrzeżeń antypirackich. Nie dziwię się kolegom, że pobierają gry, by nie musieć non stop mieć podłączonego komputera do Internetu, bo inaczej gra nie zadziała. Osobiście kupuję te rzeczy, bo jestem świadom, że na szarym końcu tego łańcucha przyczynowo-skutkowego stoją utalentowani ludzie, artyści, którym za talent i pracę należy się wynagrodzenie. Ale w zdrowym świecie nie kupuje się produktów z litości, a z popytu na nie.

Dlatego też uważam, że piractwa obecnymi metodami nie ma szans zwalczyć, bo i tak zawsze na szarym końcu będą ludzie, konsumenci, klienci. I to oni będą decydować czego chcą. Możemy im zabraniać, utrudniać, tworzyć restrykcje, ale w ten sposób tylko ich do siebie zniechęcimy. Lepszą metodą jest stworzyć taki produkt, w takiej ofercie i na takich warunkach cenowych, by piractwo im się po prostu nie opłacało. Nie zainstaluję zmodowanego Androida na swojej komórce. Bo świadomie wolę dopracowany system od Google’a i HTC. Nie zainstaluję pirackiej gry na konsoli, bo wygoda oryginału (automatyczne łatki, Xbox LIVE, itd.) przemawia za zakupem. Nie pobiorę pirackiego albumu z Netu, bo lubię książeczki i okładki. Da się? Da się. Teraz jeszcze zmienić politykę cenową na dużo niższą, bo obecna jest kilkukrotnie za wysoka właśnie ze względu na piractwo i nagle się okaże, że piracenie się zwyczajnie nie będzie opłacało. Malutki kroczek został dziś wykonany.

Małe ogłoszenie a propos poprzednich notek: polecam dyskusję pod moją ostatnią i ripostą do niej. Dyskusja zażarta a ciekawa. O Linuksie i Windows.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.