Zapamiętywanie to wyjątek, zapominanie to reguła. W wyniku zapisywania zbyt wielu informacji, sytuacja uległa odwróceniu

Zaplanowane zapominanie

Nieskończenie trwała pamięć cyfrowa zmienia nasz sposób myślenia o świecie i nas samych. Czy informacja powinna mieć, tak jak inne produkty, cyfrową datę ważności?

Zapominamy większość z tego, co przeżyliśmy w ciągu dnia, oraz to, co w tym czasie przeszło nam przez myśl. Dzięki temu możemy myśleć abstrakcyjnie, generalizować i skupiać się na tym, co najważniejsze. Oczywiście równie często zapominamy rzeczy, o których chcielibyśmy pamiętać. To wszystko efekt działania biologicznego filtra pamięci. Poza tym wspomnienia wciąż dopasowują się do teraźniejszości. Dlatego łatwiej nam przywołać te, które potwierdzają nasz aktualny pogląd na świat. Nie jest to jednak wada, lecz zaleta: w ten sposób możemy zajmować się tym, co tu i teraz, a nie być wciąż przykuci do przeszłości. Uczymy się nowego, zapominając o starym.

Tyle że to „stare” jest nam czasami bardzo potrzebne. Zrozumiałe więc, że ludzkość od dawien dawna próbowała walczyć z biologicznym mechanizmem zapominania. Utrwalaliśmy wspomnienia i myśli w formie tekstów, obrazów, zdjęć i dźwięków. Ale dopóki zapamiętywanie było choć trochę trudniejsze niż zapominanie, dopóty obowiązywała reguła: zapamiętywanie to wyjątek, zapominanie to reguła.

W ostatnich latach sytuacja uległa jednak odwróceniu: dziś zapisujemy mnóstwo informacji i przechowujemy je tak, że to właśnie zapominanie stało się wyjątkiem. Podstawą jest digitalizacja danych. Koszty nośników pamięci spadły do tak niskiego poziomu, że dziś taniej jest po prostu zarchiwizować wszystkie cyfrowe zdjęcia niż poświęcić choć kilka sekund na przemyślenie, które z nich naprawdę są tego warte. Ogromny postęp widać także w dziedzinie wyszukiwania danych zapisanych w postaci cyfrowej: zamiast słów kluczowych wykorzystuje się związki statystyczne pomiędzy różnymi informacjami. Z kolei Internet stanowi globalną infrastrukturę pozwalającą tanio i bez ograniczeń korzystać z ogromnej skarbnicy informacji.

Dostęp do prywatnych danych daje władzę

W naszej cyfrowej pamięci jest dziś zapisanych znacznie więcej informacji, niż udawało się utrwalać w czasach analogowych. Ułatwione jest również ich wyszukiwanie – bez czasochłonnego przekopywania się przez złożone katalogi. Zapominanie stało się więc wyjątkiem.

Odnosimy dzięki temu wiele korzyści. Jesteśmy bardziej wydajni, gdyż rzadziej tracimy czas na przypominanie sobie niezbędnych informacji. Sposób postępowania ludzi stał się bardziej zrozumiały i czytelny dla innych, co pomaga między innymi w walce z korupcją. Jednak poza zaletami nieograniczona cyfrowa pamięć powoduje również pewne zagrożenia.

Specjaliści zajmujący się ochroną prywatności od dawna biją na alarm, ostrzegając przed władzą, jaka wiąże się z dostępem do danych powiązanych z konkretnymi osobami. W cyfrowym świecie obce osoby mogą wyszukać takie informacje o nas, o których dawno już zapomnieliśmy. Przykładowo Google wie, czego każdy z nas szukał przed kilkoma miesiącami, gdyż codziennie rejestruje każde z ponad 1,5 mld zapytań. Nie jest również tajemnicą, który z wyników wyszukiwania wybraliśmy.

W Internecie za kilka dolarów można nabyć profile informacyjne zawierające ponad 1000 różnych danych opisujących konkretne osoby. Facebook wie nie tylko, co udostępniamy naszym znajomym – wie także, kim oni są, zna ich zainteresowania i potrafi sprawdzić, co mówią na nasz temat. Twitter nie tylko zapisuje krótkie wiadomości wysyłane przez miliony użytkowników, ale również pozwala innym firmom analizować je i wykorzystywać. Ze społecznego punktu widzenia chodzi o to, że wszystko, co dziś udostępnimy w Sieci, będzie dostępne dla całego świata nie tylko tu i teraz, ale też w nieograniczonej przyszłości.

Już dziś uniwersytety, szkoły – również amerykański prezydent Obama – ostrzegają młodzież przed pisaniem na Facebooku czy blogach rzeczy, które mogłyby kiedyś zostać wykorzystane przeciwko nim przez przyszłego pracodawcę, rząd czy nawet partnera życiowego. Stosowanie się do tej rady oznacza jednak autocenzurę zagrażającą zubożeniem cyfrowej komunikacji właśnie wtedy, gdy zaczyna ona przynosić ludzkości korzyści. Otwarte społeczeństwa potrzebują otwartej dyskusji – poprzez wszystkie dostępne kanały.

Kiedy uświadomimy sobie, że cyfrowa pamięć – w przeciwieństwie do ludzkiej – z biegiem czasu nie ulega zniekształceniom, czy zaczniemy ufać komputerowym źródłom wiedzy bardziej niż sobie samym? Czy każdy, komu powierzymy zarządzanie cyfrowymi wspomnieniami, będzie mógł bez naszej wiedzy dowolnie zmieniać naszą przeszłość? Już dziś często przypisujemy cyfrowym informacjom autentyczność, choć nie można jej w żaden sposób potwierdzić. Rozpoznanie, że dzienniki Hitlera są fałszywe, było relatywnie proste. Z cyfrowymi danymi jest znacznie trudniej. Amerykańscy naukowcy już dziś mówią o epidemii fałszywych wyników badań publikowanych w Sieci. Rozpoznanie ich bez dużego wysiłku stało się prawie niemożliwe.

Wiedząc, że każde cyfrowe wspomnienie daje się łatwo sfałszować, możemy zaniechać zapisywania czegokolwiek. Czy czeka nas więc przyszłość bez przeszłości? Niedawno kilka młodych firm z Doliny Krzemowej zrezygnowało z wymiany informacji pocztą elektroniczną i zaczęło korzystać w tym celu z Twittera. Wszystko w myśl zasady, że przeszłość nie powinna hamować teraźniejszości.

Ciągle przypominając sobie minione wydarzenia, nie dajemy innym szansy na zmianę. Nierzadko przebaczamy ludziom, zapominając. Jeżeli jednak – korzystając z cyfrowej pamięci – wciąż kierujemy się przeszłymi zachowaniami naszych bliźnich, zakładamy, że te zachowania nie ulegają zmianie, a nawet nie mogą jej ulegać.

W analogowej rzeczywistości proces zapominania jest normą. Rozmawiamy ze sobą, ale w pamięć zapadają nam zwykle jedynie końcowe wnioski, a nie pojedyncze słowa. W naszym cyfrowym świecie zachowujemy się podobnie, lecz nasze słowa są rejestrowane i na trwałe wprowadzane do cyfrowej pamięci. W ten sposób zapominanie staje się wyjątkiem.

Viktor Mayer

Viktor Mayer

Viktor Mayer
National University of Singapore

Doktor Viktor Mayer zajmuje stanowisko profesora nadzwyczajnego ds. polityki sektora publicznego na Uniwersytecie w Singapurze. Jest socjologiem i ekspertem prawa medialnego. W ostatnim czasie wydał książkę „Delete – The Virtue of Forgetting in the Digital Age” („Usuń – wartość zapominania w cyfrowej erze”).

Zapominanie informacji musi znów stać się normą

Dotychczas próbowaliśmy reagować na problemy cyfrowej pamięci konwencjonalnymi środkami. W Polsce konstytucja gwarantuje obywatelom prawo do informacyjnego samostanowienia oraz ochrony swoich danych. Praktyczne doświadczenia są jednak kubłem zimnej wody: niewiele osób decyduje się dochodzić swoich praw przed sądem administracyjnym czy kierować wnioski do Głównego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO). To zbyt duży wysiłek – kosztuje pieniądze, czas i nerwy. Problem jest zresztą globalny, nie dotyczy tylko Polski.

Poza tym prawo do ochrony informacji osobistych nie jest właściwym narzędziem do radzenia sobie z zagrożeniami związanymi z cyfrową pamięcią. Daje nam jedynie wybór, jakie dane udostępniamy, komu i w jakim celu. By nasza aktywność nie była rejestrowana, musielibyśmy systematycznie odmawiać zgody na zbieranie i przetwarzanie informacji. Musielibyśmy więc zrezygnować z korzyści obecnie, by uniknąć nieokreślonego niebezpieczeństwa w przyszłości.

Trzeba podejść do problemu z innej strony. Proponuję, żebyśmy w cyfrowym świecie dali zapominaniu drugą szansę. Jedną z możliwości byłoby nadawanie informacjom daty ważności. Zasada jest prosta: zapisując lub wysyłając pliki, poza nazwą i innymi właściwościami wybieralibyśmy dowolną datę, po której upływie informacje byłyby kasowane. Do tego czasu moglibyśmy w każdej chwili zmienić datę ważności. Przykładowo, jeżeli umieścilibyśmy w serwisie Flickr zdjęcia z datą ważności, zostałyby one automatycznie usunięte po jej upływie.

Takie ograniczenie paradoksalnie zwiększa wartość informacji: dokonując zakupów w e-księgarni, moglibyśmy podać okres, w którym zakupiona pozycja byłaby wykorzystywana do tworzenia listy polecanych nam tytułów. Dzięki temu przewodnik nabyty z myślą o nadchodzącym urlopie nie byłby już zawsze częścią profilu klienta określającego nasze zainteresowania, co podnosiłoby jakość propozycji, a więc również prawdopodobieństwo zakupu polecanych tytułów. To, kiedy chcemy o czymś zapomnieć, byłoby wciąż wyłącznie kwestią naszego wyboru. Jeżeli uznalibyśmy, że nasze komentarze na forach i blogach są niezbędne dla ludzkości, moglibyśmy przesunąć ich datę ważności daleko w przyszłość.

Nie jest moim celem utworzenie technicznie doskonałego systemu umożliwiającego cyfrowe zapominanie – to byłoby absurdalne. Chodzi mi o to, byśmy byli świadomi nietrwałości informacji. Zmuszani do określania daty ważności przy każdorazowym zapisywaniu czy przesyłaniu danych, musielibyśmy pamiętać, że informacje nie są wieczne, ale zwykle związane z konkretnym kontekstem. Oznacza to, że z czasem tracą aktualność i znaczenie. W ten sposób nie tylko moglibyśmy decydować, jak długo chcemy o czymś pamiętać, ale także lepiej rozumielibyśmy wagę zapominania.

Nie musielibyśmy ciągle martwić się o to, jak ktoś w odległej przyszłości wykorzysta nasze wypowiedzi. Nie bylibyśmy zmuszeni do autocenzury czy ograniczania sieciowej aktywności. Zamiast tego moglibyśmy wciąż intensywnie komunikować się za pośrednictwem Facebooka czy Twittera, korzystać z wyszukiwarki Google i blogów, mając pewność, że – podobnie jak słowa wypowiadane w analogowym świecie – również wiadomości zapisane w postaci cyfrowej zostaną kiedyś zapomniane. Jednocześnie to do nas należałaby decyzja, kiedy to nastąpi.

Data ważności informacji nie zagwarantuje nam jednak ochrony danych poprzez cyfrowe zapominanie – niezbędne są odpowiednie regulacje prawne. Ostatecznie nie jest ona wszechstronnym zabezpieczeniem, nie ma nawet gwarancji, że wszyscy będą ją respektować. To, czy data ważności się przyjmie, zależy przede wszystkim od prostoty i ergonomii rozwiązań umożliwiających jej określanie. Nie oszczędzi ona także współczesnym społeczeństwom ważnej dyskusji o tym, jakie informacje powinny zawsze podlegać archiwizacji. Poza tym data ważności wciąż ma charakter binarny, a więc nie można porównać jej ze stopniowym rozmazywaniem się ludzkich wspomnień. Być może

kiedyś uda się zastąpić jednoznaczną datę ważności „cyfrową rdzą” stopniowo pokrywającą dane i lepiej odpowiadającą charakterystyce naszej pamięci. Ale na razie data ważności informacji byłaby krokiem we właściwym kierunku.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.