Pot, łzy i dwie „pałki” – recenzja Move Fitness

Tak – przyznaję się bez bicia – nie cierpię ćwiczyć. Wolę czekoladę od zielonych jabłuszek i coca-colę od soków owocowych. W okresie jesienno-zimowym brak mi ponadto motywacji do wychodzenia z domu, że już nie wspomnę o jakimkolwiek sporcie. Siłownia? Brrr… Jakiś koszmar. To nie tak, że się nie przejmuję swoją figurą i zdrowiem. Przejmuję, owszem. Ale lenistwo jest silniejsze od strachu pt. ” Czy zmieszczę się jeszcze w stare spodnie?”. Gdyby tak mieć osobistego trenera, który motywowałby do działania, nagradzał za dobre wyniki i zapewniał mi na tyle różnorodne ćwiczenia, bym nie porzuciła ich po pierwszym tygodniu…

Moje życzenie zostało wypowiedziane widocznie w odpowiednią porę, gdyż przyszło mi zrecenzować Move Fitness. Juhu! Będę szczupła, zdrowa, pełna energii i to nie wychodząc z domu! Mój zapał do ćwiczeń sprawił nawet, że kupiłam nową baterię do wagi łazienkowej, która stała zakurzona w kąciku…;)

Pierwsze starcie

No dobrze. Założyłam dres, zagotowałam wodę na herbatkę z serii Slim Figura chowając głęboko do szafy wszystkie znalezione w zasięgu wzroku słodycze i odpaliłam konsolę. Po określeniu swojego wzrostu i wagi przyszedł czas na wybór jednego z czterech dostępnych trenerów. Smukłe i wysportowane dziewczyny jakoś mnie raczej demotywują, więc wybrałam czarnoskórego przystojniaka…Hmm, ciekawe jak będzie mnie zachęcał… 😉

Gra wymaga używania dwóch kontrolerów, odpowiadających analogicznie za prawą i lewą rękę na ekranie. Menu jest czytelne. Możemy przejść do ćwiczeń pojedynczych lub rozpocząć jeden z kilkunastu programów treningowych. Nie mogąc się doczekać wybieram to na czym zależy mi najbardziej czyli „Spalacz tłuszczu”. Określam też czas trwania sesji na maksymalny – w tym wypadku 30 minut, co okazuje się bardzo głupim pomysłem zważywszy na stan mojej kondycji…

Przed rozpoczęciem właściwych ćwiczeń rozciągam się razem z moim trenerem. Nie muszę do tego używać kontrolerów, nie jest też wymagane naśladowanie jego ruchów, ot chodzi o to, by rozgrzać troszkę mięśnie.

Pierwsze ćwiczenie to Pajacyki, na które przeznaczone są 2 minuty. Na środku sali stoi mój trener i pokazuje w jakim tempie powinno wykonywać się ćwiczenie. Po jego lewej i prawej stronie umieszczone są niebieskie i czerwone znaczki, które znikają gdy zatoczymy rękami łuk nad głową. Prościzna – myślę. Po minucie machania jak oszalała – w końcu zależy mi na spaleniu jak największej ilości kalorii, które także pojawiają się na ekranie ( nie pytajcie w jaki sposób jest to obliczane, wygląda na to, że zależy od szybkości wykonywania ćwiczenia), czuję, że lekkie dotąd Move’y zaczynają mi ciążyć w dłoniach.

” Czujesz lekkie rwanie? Jeśli tak, to znaczy, że wszystko robisz prawidłowo! ” – Pociesza mnie mój trener. Dodatkowo włączył się tryb dopalacza, w którym to punktacja jest zwiększana nawet pięciokrotnie – żal więc teraz by było odpoczywać! Dobijam do końca uzyskując wynik 33 spalonych kalorii. Nie wiem czy to dużo czy mało, ot jakieś 15 tic taców, więc chyba nie za dużo;)

Następnym ćwiczeniem okazały się rzuty do 6 obręczy, w których porządnie się spociłam, biegając z jednego końca pokoju na drugi i schylając się by podnieść piłkę w tempie. Trener dawał mi tylko 7 sekund na odpoczynek, ale na szczęście jest pauza. Musiałam się bardziej rozebrać. W końcu ćwiczenie w domu to same zalety, nie muszę dbać o to jak wyglądam;) Po 4 następnych ćwiczeniach przeklinałam genialny pomysł uruchomienia od razu 30 minutowej sesji. Bolały mnie mięśnie ramion i nóg. Niestety brzuch na, którym zależało mi najmocniej jakoś jeszcze nie dawał o sobie znać. Rozczarowałam się strasznie gdy zorientowałam się, że w 24 ćwiczeniach, które miałam zrobić, były dodane powtórzenia tych samych 6, które robiłam początkowo… Nie…Znowu pajacyki…

„Nie poddawaj się! Nie odpuszczaj!” – krzyczy czarnoskóry trener w obcisłej koszulce, a mojej odpowiedzi nie będę Wam przytaczać;) Cały program zajął mi ponad godzinę, bo niestety fizycznie wymiękłam i musiałam robić dłuższe przerwy. Spaliłam dokładnie 300,5 kcal. Na drugi dzień byłam już świadoma każdego mięśnia na moim ciele.

Ćwiczę dalej, czując niedosyt…

Dawno temu, na PS2 wydano grę „Kinetic Combat”, która wykorzystywała starą wersję kamerki. Spędziłam z nią trochę czasu i mając w pamięci bardzo dobry system doboru ćwiczeń, rozkładanych w odstępach tygodniowych i dziennych, wyraźnie nakreślony cel i wycisk, jaki dostawało się za każdym razem, liczyłam, że Move Fitness będzie nie tyle czymś podobnym, co zdecydowanie lepszym. Technologicznie nie mam zastrzeżeń – kontrolery Move są precyzyjne, nie wymagają super oświetlenia, ani wielkiego pokoju, by w pełni cieszyć się grą. Produkcja Coldwood Interactive sprawia jednak wrażenie jakby została wydana naprędce, bez dopracowania tak ważnych elementów jak system motywacyjny chociażby.

Do ćwiczeń nic nas nie zachęci. Wszystkie możliwości są od samego początku odblokowane. Trofea do zdobycia są, owszem, ale brakuje choćby najprostszego – za systematyczność, tak ważną w treningu. Niby są narzucane nam cele dzienne, pokroju ” Pobij swój rekord w uderzeniach górnych”, ale za ich realizację nic nam nie przybywa… Za brak ich realizowania również nie otrzymamy nawet garści krytyki od strony trenera. Bezsensem samym w sobie jest zatem podawanie tu naszego wzrostu, wieku i wagi, skoro nie jest to wykorzystywane przy żadnym systemie! Kogo bowiem interesują wykresy tygodniowego spalania kalorii? Nie podoba mi się to, że zostajemy sami z wyborem programów. Powinny być dobierane automatycznie, pod kątem celi, jakie chcemy osiągnąć i z uwzględnieniem wspomnianych wyżej parametrów. Skoro można to było zrobić kilka lat temu, dlaczegóżby nie teraz?

Ilość ćwiczeń również mnie nie zadowala. Jest ich zaledwie 25 – z czego większość opiera się na podobnych metodach. Rzuty do koszy, walka na pięści, wymachy rękami. Niby przy każdym z nich system podaje na jakie części ciała będziemy mieć wpływ – nogi, ramiona, brzuch, czy ogólną wydolność – ale pozbędę Was złudzeń – najbardziej ćwiczymy tu głównie ręce… Przyznam, że wspominając fitness z czasów szkolnych miałam w pamięci głównie mordercze układy choreograficzne ćwiczone w rytmie skocznej muzyki… A tutaj muzyki prawie nie ma- coś leci zapętlone, ale nie wprawia nas to w energetyzujący nastrój… Wybór trenera też jest pozorny. To tylko lektor, który owszem, wypowiada ładnie i poprawnie swoje kwestie, adekwatnie do naszych reakcji, jednak po paru dniach równie dobrze można ćwiczyć bez jego sugestii.

I niby ćwiczę dalej, gubiąc kalorie i odnotowując minimalne spadki wagi ( niestety przez święta wróciłam do punktu wyjścia;D) ale tak jakoś coraz mniej mi się chce…

Podsumowanie:

Jeśli masz motywację do ćwiczeń i nie oczekujesz prawdziwego systemu treningowego, a chcesz się po prostu poruszać nie wychodząc z domu – Move Fitness będzie wystarczający. Jest dobrze spolszczony, ma tryb rozgrywki również do 4 graczy i kilka bardziej luźnych konkurencji. Jeśli jesteś leniwy z pewnością zauważysz, że wystarczy opuścić w dół kontrolery bez schylania, lub przebrnąć przez pajacyki nie skacząc ani razu, by system pochwalił Cię za dobrze wykonane ćwiczenie. Myślę, że na upartego można nawet ćwiczyć z kanapy… Obawiam się, że pomimo pozornie różnorodnych trybów treningowych, które mają z nas wycisnąć siódme poty, wyrzeźbić sylwetkę na plażę, czy wprawić w dobry nastrój odkryjecie tak jak ja po kilku dniach, że wszystko jest robione na jedno kopyto i odstawicie Move Fitness na półkę. W tym pojedynku wygrywa niestety czekolada…

Ocena: 55/100

Plusy:

+ Dobre spolszczenie

+ Tryb rozgrywki dla wielu graczy

+ Możliwość konfiguracji programu treningowego

+ Cena (około 99zł)

Minusy:

– Brak systemu motywacyjnego i wyboru celu, jaki chcemy osiągnąć

– Mała różnorodność ćwiczeń

– Brak możliwości ustawienia czasu trwania pojedynczego ćwiczenia

– Brak energetycznej ścieżki dźwiękowej tudzież układów choreograficznych

– Nuda na dłuższą metę

Więcej recenzji gier na

Chcesz być na bieżąco z CHIP? Obserwuj nas w Google News