Jak rodzą się legendy – recenzja Mass Effect 3

W „Mass Effect 3” zaczęłam grać dopiero w momencie, gdy niemal wszyscy moi znajomi, a także i recenzenci zaczęli wylewać potoki łez na sposób realizacji zakończenia tej trylogii. Celowo unikałam każdej wzmianki w tym temacie, by uniknąć spoilerów, a także, by zachować jak największą subiektywność. Postanowiłam, że poczytam o nim jak tylko opublikuję własne przemyślenia. Czułam jednak podświadomie, że skoro mężczyźni się tak bardzo na nim wzruszają, to ja emocjonalnie nie wytrzymam. W sądny dzień przygotowałam więc paczkę chusteczek, nie umalowałam oczu i czekałam na najgorsze… Zanim jednak przystąpię do mych osobistych refleksji, zacznę od samego początku i spróbuje opisywać Wam wszystkie emocje, jakie targały mną podczas gry. Pierwsze wrażenia opisywałam już miesiąc temu – możecie przeczytać je tutaj – są tam opisywane bardziej techniczne aspekty gry. W tym artykule natomiast będzie już ekstremalnie subiektywnie i nietypowo jak na recenzję, ale jako fanka serii inaczej już nie potrafię.

Załoga jak wino – im starsza, tym lepsza.

Już ogrywając demo zauważyłam, że ekipa nam wydoroślała. Kaidan naprawdę zmężniał, można powiedzieć nawet, że wyprzystojniał, Ashley z kolei przybrała bardziej kobiecych kształtów, a sama komandor Shepard przestała się tak mocno garbić (choć nie do końca – wszak dźwiga na swych barkach losy całej Galaktyki) i ewidentnie zaczęła używać stanika push-up. Głębszych różnic tu praktycznie nie widać- nadal występują brzydkie, ekstremalnie czarne cienie na skórze w niektórych ujęciach kamery, faktura włosów i ubrań na zbliżeniach pozostawia sporo do życzenia i jedynie w cut-scenkach widać dbałość grafików o szczegóły. Nie mniej – są to drobiazgi, na które żaden szanujący fabułę Gracz nie zwróci uwagi.

Natomiast każdy zauważy już rozwój emocjonalny bohaterów. Najazd Żniwiarzy wyciąga z nich, można powiedzieć, wszystko co najlepsze. Pomijając już ich nowe rangi i funkcje, które dodają im powagi i elitarności, ta totalna wojna totalna ich po prostu uszlachetniła. Gra ukazuje ich trapionych rozterkami o wiele poważniejszymi niż w poprzednich częściach. Łączy ich strach o bliskich pozostawionych na planetach, które w każdej sekundzie mogą zostać starte na proch, o ojczyznę, na którą nie będzie już sensu wracać. Są bardziej ludzcy, miewają chwile zwątpienia, których nie da się zbyć klepnięciem w ramię i tekstem ” będzie dobrze”. Z każdym krokiem ma się świadomość tego, że wojna jest pojęciem globalnym. I to nie jest tak, że w częściach poprzednich zadania stawiane przed nami były płaskie czy mało ważne. Miały po prostu inny charakter. Tutaj, nawet w misjach pobocznych czujemy swojego rodzaju ciężar jaki wisi nad nami i widzimy skutki czegoś, co w drugiej części było zaledwie umiejscowioną gdzieś w przyszłości obawą. Zaczynamy się bać… Ale nie o siebie, nie o nasze alter ego jakim jest Shepard, bo – powiedzmy sobie szczerze – wiemy w jakim kierunku wszystko zmierza. Czujemy podświadomie, że przy końcu tej przygody czeka nas poświęcenie ostateczne i jesteśmy już pogodzeni jakoby z własną śmiercią .

Prawdziwym strachem jest tutaj lęk o życie naszych towarzyszy, z którymi przecież jak to mówił Garrus, przeszło się razem przez niejedno piekło. Być może niektórzy z Was uznają to za popadanie w skrajność, ale ja tak bardzo wsiąknęłam w tą opowieść, że zaczęłam myśleć o nich, jak o prawdziwych przyjaciołach. Możecie się nawet śmiać, ale w grze miałam aż dwa momenty, w których popłakałam się tak mocno, że odechciało mi się grać dalej. Przeklinałam Bioware, że zmusza mnie do dokonywania tak drastycznych wyborów, ale z drugiej strony, gdy ochłonęłam na tyle, że zaczęłam znów ich wielbić, zrozumiałam, że to właśnie one nadają piękna całej historii. Podczas wielu decyzji siedziałam przed komputerem jak na szpilkach, rozwijając w głowie wszystkie możliwe skutki dalszych wyborów i szepcząc mantrę „Nie zabijajcie mi Garrusa, nie zabijajcie mi Garrusa” ;).

Skoro już wspomniałam o moim ukochanym Turianinie poruszę też kwestię wątków romansowych. Grałam na zachowanych save’ach z części 2 i nie wiem jak jest w przypadku zaczynania gry od zera, ale ja byłam bardzo usatysfakcjonowana kontynuowanym romansem. Mój towarzysz od samego początku zwracał się do mnie bardzo ciepło, troszczył się, a nawet zabrał mnie na nietypową i bardzo wzruszającą randkę. To wspaniałe uczucie, że po 3 godzinach gry obdarzona zostałam pocałunkiem, na który w poprzedniej części skrupulatnie pracowałam kilkadziesiąt godzin:) . Ich wspólne rozmowy pomimo grozy wojny, dotyczyły też marzeń o przyszłości i podnosiły na duchu.

Zmieniła się też liczba członków całego zespołu na połowę mniejszą niż w poprzednich częściach. Liczyłam bardzo na powrót postaci, które polubiłam, ale Bioware potraktowało większość z nich pobocznie – choć o wiele bardziej patetycznie niż naszych kompanów w boju. Wszystkie historie złączą się zresztą ze sobą, w taki sposób, że zrozumiemy jedno – TO NIE SHEPARD JEST TUTAJ PRAWDZIWYM BOHATEREM…

Zaciśnięte zęby

Nigdy tego nie robię, ale w tym przypadku postanowiłam oddać swoisty hołd i rozpoczęłam przygodę z najwyższym poziomem trudności. Walka w Mass Effect 2 nie była specjalnie wymagająca. Podczas grania nie używałam prawie w ogóle biotyki, a broń zmieniałam zaledwie parę razy. Pomyślałam więc, że wolę się jednak spocić i czuć satysfakcję z bitwy. Na początku szło nieźle i byłam z siebie dumna. Po jakichś 5 godzinach jednak każda walka kończyła się szybką śmiercią i powodowała więcej frustracji niż możnaby przypuszczać. Pamiętam jak jednego wieczoru powtarzałam pewną misję po raz setny wciąż nie mogąc rozpracować dobrej taktycznej strategii i z żalem przekazałam stery moim dwóm kolegom, którzy z krzywym uśmieszkiem patrzyli jak gram na hardzie. Przestali się krzywić po dobrej godzinie, gdy wciąż stali w tym samym miejscu. Cóż, chcąc się wyrobić z recenzją musiałam skapitulować i obniżyć poziom do normalnego. Różnica była wyraźna, ale nie mogę powiedzieć by było łatwo, o nie.

Nie rozglądasz się uważnie na boki – giniesz od niespodziewanego strzału z tyłu. Nie używasz biotyki – giniesz. Chowasz się w jednym miejscu – giniesz od granatu. Nie wydajesz komend towarzyszom – giniesz i Ty i oni. Nie zmieniasz broni – jesteś martwy.

Wrogowie są silniejsi

i bardziej inteligentni. Chowają się teraz za przeszkodami, turlają po ziemi pod obstrzałem, zachodzą od tyłu… W części drugiej troszkę bałam się zombie, a w tej z radością ich witałam, jako najsłabszych przeciwników. Krwi napsuły mi najbardziej nowi oponenci:

Banshee

– hybrydy zombie i asari, które posiadały potężne zdolności biotyczne zdolne wyssać z nas całą energię (brrr… ich odgłosy były zaiste przerażające) i

Brutale

– połączenie Krogan i Turian – ciężcy tankerzy rozwalający swoją masą wszystko w okolicy. Ciekawie zróżnicowano też oddziały Cerberusa. Po raz pierwszy w serii używałam na przemian 3 broni i przynajmniej 2 zdolności biotycznych. Do tego wprowadzono walkę wręcz, która nie raz uratowała mi życie. Broni jest całe mnóstwo, począwszy od małych i szybkostrzelnych choć zadających niski poziom obrażeń pistoletów, po ciężkie shotguny, które wolno się przeładowują, ale analogicznie mają niezłego kopa.

Jest efektywnie, widowiskowo i dynamicznie –

sceny filmowe ładnie przechodzą do scen akcji

. Tereny są zróżnicowane i wszystko byłoby naprawdę super, gdyby nie jeden mankament – bezsensowne przypisanie pod jeden klawisz 3 czynności: biegania, chowania się za przeszkodą i turlania do następnej… Chyba nie muszę tłumaczyć jakie błędy to generuje? Podczas szybkich akcji traci się kontrolę nad Shepardem. Chce się na przykład przeturlać w bok, a on skacze w przód – prosto w ogień wroga. Chce się podbiec do przodu, on chowa się za drugą zasłoną… Oj, odpowiedzialny za to człowieczek będzie się smażył w Piekle;)

Smakowite kąski

Już Mass Effect 2 miał parę pięknych lokacji, które dobrze zapamiętałam. Ogrom misji pobocznych na obcych planetach dawał namiastkę różnorodności naszego uniwersum. W najnowszej części jest jeszcze lepiej! Tła są dopracowane, pomieszczenia bardziej szczegółowe i niemal każda plansza na jakiej postawimy stopę cieszy się własnym, unikalnym charakterem. Jest to niewątpliwie największy progres w kwestii wizualnej, ale ma on też wadę. Otoczenie bowiem odwraca naszą uwagę od bitwy;) Momentami olewałam całą tą gonitwę by przystanąć na chwilę i podziwiać architektoniczne ruiny Tuchanki czy przepiękny świat Rannoch.

W tej części zastąpiono też wysyłanie sond i przeszukiwanie planet w celu wydobycia surowców prostym skanowaniem danego układu. Sądziłam, że będzie mi tego bardzo brakować, bo była to jedna z moich ulubionych czynności w poprzedniej części, ale tak się nie stało. Byłam skupiona na fabule gry więc traktuję to również jako zaletę. Jeśli dodać do tego

adrenalinę i uciekanie statkiem przed Żniwiarzami

– sądzę, że Bioware lepiej tego rozwiązać nie mogło.

Modyfikowanie broni

. Tu wrócono do pomysłu znanego z części pierwszej, co również spotkało się z aplauzem Graczy. Upgradów można dokonać na specjalnych stołach ustawionych stosunkowo rzadko na planszach lub przed rozpoczęciem danej misji. Samych części jest natomiast mnóstwo i łatwo jest skombinować swój ulubiony zestaw eksterminacyjny:)

Zabrzmi to może nieco paradoksalnie, ale uważam, że pomimo patosu i powagi całej sytuacji i głównej osi fabularnej w ME3, jest to zarazem najbardziej obfitująca w humor część tej serii. Dialogi między bohaterami momentami zwalają z nóg. Warto przechadzać się po Normandii by posłuchać dowcipów Jokera i Garrusa w stylu:

Garrus- Jak brzmi pierwszy rozkaz dowódcy Przymierza wydawany na początku walki?

Joker – Eee… Poddaję się…

Garrus- Zgadza się!

Miłym zaskoczeniem było też dla mnie pojawienie się pewnej postaci i nawiązania do historii znanej z książki Drew Karpyshyn’a ”

Mass Effect: Objawienie

„. To naprawdę intrygujące przeżycie móc zobaczyć i porozmawiać z osobą, z którą wcześniej przeżywało się przygody na papierze, a także zobaczyć lokacje, które najpierw oglądaliśmy za sprawą książki tylko w wyobraźni.

Ciężko tutaj wspomnieć o nich wszystkich bez spoilerów, więc musicie uwierzyć mi na słowo –

są momenty, w których szczęka opada

. Już pomijam wzruszające sceny, w których idzie wręcz uderzyć pięścią w monitor krzycząc ze smutkiem ” o nie….”. Mam bowiem na myśli smaczki, których naprawdę się nie spodziewałam. Czeka Was chociażby jedna misja, w wirtualnej lokacji, która swoim designem kojarzyła mi się z Tronem i bardzo mi się podobała. Samotny Shepard walczący ze Żniwiarzem. Senne koszmary. Zakochany Joker. Odmieniona Jack. Kaidan bez koszulki. Wywiady z seksowną dziennikarką. Fotografowanie zachowań ludzkich – jest tego mnóstwo i jeszcze więcej! Wszystko to sprawia, że ME3 nie da się nie kochać…

Refleksje na temat zakończenia

Nie bójcie się.

Nie będzie spoilerów.

Uważam bowiem, że niczym w najlepszym filmie czy książce,

nie mogliśmy wymarzyć sobie lepszego zakończenia

, niż to, które zaserwowało Bioware – zakończenia otwartego, którego liczne interpretacje będą mnożyć się w głowach, a których nie mam zamiaru Wam nasuwać, by nie popsuć zabawy.

Przede wszystkim nie wierzcie głupim pogłoskom i prześmiewczym grafikom z sieci, które mówią, że wybory z poprzednich części gry nie miały żadnego znaczenia. Miały, choć nie taki, jaki sobie większość Graczy wyobrażała. Przede wszystkim chodzi tutaj o stan wymiernej siły zbrojnej, od której zakończenie gry jest uzależnione.

Każda decyzja ma znaczenie

. Każda śmierć członka drużyny ma znaczenie. Zbieranie punktów reputacji ma znaczenie, podobnie jak realizacja pobocznych misji, eksploracja planet i gra w trybie kooperacji. Nie wierzycie? Jest aż 16 różnych zakończeń. Różnią się one detalami, które niecierpliwego Gracza mogą rozczarować – to fakt. Ale gdy zrealizujecie na 100% wszystkie zamierzenia rozgrywki, ujrzycie coś, co sprawi, że kompletnie inaczej spojrzycie na cały finał bitwy o Ziemię. I oglądając animację bonusową, po napisach końcowych Wasze serca wypełni nadzieja.

Podsumowanie

Mass Effect 3 to piękne zakończenie kosmicznej trylogii o przyjaźni, poświęceniu, miłości i jednoczeniu w obliczu totalnej zagłady. Ma w sobie wszystko to, czego oczekiwałam: patos, dynamiczną akcję, niespodziewane zwroty fabularne, zróżnicowane scenerie i wzruszające momenty. Pozwala wierzyć w dobro i pielęgnuje

legendę o człowieku, którego hart ducha i siła walki jest w stanie zmienić losy całego wszechświata

. Uczy nas, by nigdy się nie poddawać. By być tolerancyjnym. By przyjmować odpowiedzialność za swoje wybory i brać nauczkę z lekcji historii. Pokazuje, że każdy błąd można naprawić, a śmierć w imię wyższych idei nie idzie na marne. I sprawia, że patrząc w niebo pełne gwiazd ogromnie żałuję, że zapewne nie dożyję chwili, gdy ludzkość stanie po tamtej stronie.

Plusy:

+ Wspaniała ścieżka dźwiękowa, zdecydowanie najlepsza z serii

+ Scenografia

+ Fabuła pełna zwrotów akcji i epickie, filmowe sceny

+ Dobry poziom trudności w walce, wymagający taktycznego podejścia

+ Powrót starych bohaterów

+ Patos, Łzy wzruszenia – prawdziwy klimat galaktycznej wojny totalnej

+ Otwarte zakończenie i aż 16 możliwych kombinacji

+ Wciągający tryb multiplayer

+ Bardziej emocjonalne wątki romansowe

+ Ogrom misji dodatkowych (czas gry dla pojedynczego gracza to ponad 30 godzin)

+ Szybkie skanowanie układów słonecznych

+ Płynne przechodzenie z sekwencji filmowych do scen walki

Minusy:

– Przypisanie jednego klawisza 3 akcjom – irytacja w polu bitwy

– Brak polskiego dubbingu

– Zdecydowanie za krótkie sekwencje filmowe przy zakończeniach ( zapewne bezpłatne DLC zapowiedziane na lipiec to poprawi)

Ocena:

90/100

Więcej newsów i recenzji gier znajdziesz na: