Nowy trend, czyli… foto-dekielki

Z jednej strony mamy wyścig na megapiksele, wielkość matrycy, jasność obiektywów. Wyścig we wszystkim, co ma wpływ na windowaną na coraz bardziej niebotyczny poziom jakość zdjęć. Z drugiej... No właśnie, z drugiej po cichutku, pomalutku, popularność zdobywają niezwykłe dekielki na korpusy aparatów. Niezwykłe dlatego, że... da się nimi robić zdjęcia.

Najpierw… mała zgadywanka;-)

Co jest nie tak z prezentowanym poniżej zdjęciem?

Nie, nie chodzi o to, że było dość mocno przerabiane w technice, którą w skrócie określić można jako pseudo-hdr. Zresztą, proszę bardzo – jak się nie podoba, to tak wygląda oryginalny plik JPEG prosto z aparatu, zmniejszony jedynie do szerokości 640 pikseli (nawet bez ostrzenia):

Nadal nie wiadomo, co z nim jest nie tak? Szczerze mówiąc, ja też bym się raczej nie domyślił;-) Ale sytuację wyjaśni może odczytanie metadanych tego zdjęcia (tzw. Exif). Wyglądają one następująco:

I nagle wszystko stało się jasne! Wierzcie mi, że to, co przedstawia program do odczytywania metadanych, to szczera, najszczerusieńsza prawda. KUSO Exif Viewer wyświetlił komunikat NO-LENS, bo to zdjęcie zostało wykonane bez obiektywu .

A tak konkretnie, to zostało zrobione

z założonym

(na przedprodukcyjną wersję Panasonica G5)

dekielkiem

. Aparat nie chciał nawet zrobić zdjęcia, dopóki nie zaznaczyłem głęboko w menu maleńkiej opcji: Zdjęcia bez obiektywu – ON. Panasoniki tak mają…

Rzeczony dekielek wyglądał zaś następująco:

Trochę dziwny, prawda? Kilka miesięcy temu zaprezentował go Olympus. Przeznaczony jest do zatykania komory aparatów Mikro Cztery Trzecie – wtedy, gdy nie jest do nich podłączony żaden obiektyw. Wyróżnia go to, że jest trochę droższy, niż zwykły dekielek (ok. 300 zł), a przede wszystkim –

ma na środku zespół niewielkich soczewek

. Takie coś pomiędzy małym obiektywem (ale bez autofokusu i ze stałym otworem przysłony) a zwykłą dziurką, stosowaną przez niektórych miłośników fotografii otworkowej.

Działa to całkiem fajnie, bo odpowiednio duża głębia ostrości plus brak autofokusu sprawia, że aparat nie traci nawet ułamka sekundy na ustawianie ostrości – po prostu naciskamy i zdjęcie jest wykonywane. Ma ono trochę gorszą jakość, ale chyba nie na tyle, by można to było rozpoznać gołym okiem. W każdym razie nie wtedy, gdy oglądamy je zmniejszone do szerokości 640 pikseli…

To był Olympus, natomiast przed kilkoma dniami podobny „foto-dekielek”, ale do swoich bezlusterkowców z systemu Q, pokazał Pentax:

W tym przypadku nie znamy jeszcze dokładnych danych technicznych. Wiadomo tylko, że zdjęcia mają mieć charakter podobny do tych wykonanych „aparatem-zabawką”, a więc pewnie będzie na nich widoczne potężne winietowanie. A skoro to już drugi tego typu dekielek w systemowych aparatach bez lustra, to możemy już chyba mówić o pewnym trendzie, prawda? 😉

Zresztą, gwoli uczciwości, na pomysł foto-dekielka nie wpadł ani Olympus, ani Pentax. Wydaje mi się (choć nie jestem pewien), że pierwsza była firma Loreo, sprzedająca swój Lens In A Cap z mocowaniem do kilku systemów lustrzankowych:

A teraz spójrzmy na to wszystko nieco szerzej. Po pierwsze, foto-dekielki oferują przyzwoitą jakość obrazu. Po drugie, fotografuje się nimi nawet łatwiej, niż zwykłymi obiektywami, bo nie trzeba nic regulować, nie trzeba czekać, aż aparat ustawi ostrość, nie wspominając już o tym, że cały zestaw nagle robi się mniejszy i lżejszy. Po trzecie, foto-dekielki są tańsze niż prawdziwe obiektywy.

Co z tego wynika? Warto ich używać! Do pełnego sukcesu rynkowego moim zdaniem potrzeba jeszcze tylko jednego drobiazgu:

foto-dekielki powinny stać się kultowe! Ja jestem ZA;-)

Close

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.