Muzyka na życzenie trafia do Polski. Ale niebyłoby jej, gdyby nie piractwo

Za muzyczną rewolucję podziękujmy piratom

Muzyka na życzenie trafia do Polski. Ale niebyłoby jej, gdyby nie piractwo

Muzyka na życzenie trafia do Polski. Ale niebyłoby jej, gdyby nie piractwo

Piractwo muzyczne istniało od zawsze. W Polsce było na nie, z uwagi na trudne warunki związane z sytuacją polityczną, szczególne przyzwolenie. Ale nawet i na świecie wiedziano, że istnieje, i nikt sobie z tego nie robił większego halo. Radiostacje nieraz nadawały całe płyty, by słuchacze mogli je nagrać na kasety. Z bardzo prostej przyczyny: podróbka była gorszej jakości od oryginału.

Kto chciał mieć piękną, wypasioną kasetę, z wyraźnym, czystym dźwiękiem, z fajną rozkładaną okładką, szedł do sklepu muzycznego i kupował oryginał. Kto zaś był zadowolony z trzasków, rozciągniętego dźwięku i okładki z kserokopiarki, szedł do ulicznego handlarza, lub do kolegi z „jamnikiem” (młodsi Czytelnicy, odsyłam do wyszukiwarki internetowej) i czystą kasetą do przegrania. Porządek świata został zachowany.

Potem nadeszły płyty CD i zaczęły być modne odtwarzacze zwane „bumboksami” (które, rzecz jasna, z prawdziwym Boomboxem nie miały za wiele wspólnego). Płyty CD same w sobie były dość kłopotliwe. Nie można było biegać z Discmanem, tak jak z Walkmanem, z uwagi na zbyt mały bufor danych, a ich kopiowanie było dość kłopotliwe („nie ruszaj myszką, bo się Nero zawiesi!”), ale jakość kopiowanej muzyki niczym się nie różniła od oryginału. Piractwo zaczęło być problemem, i walka z nim przybrała na sile. Rozpoczęły się naloty policji na ulicznych handlarzy. Również w Polsce. Ale wszystko było pod kontrolą. Prawdziwy problem czaił się tuż za rogiem.

Najpierw nadeszło MP3. Nagle się okazało, że kopiowanie muzyki od kolegi stało się banalne. MP3 oferował nieco gorszą jakość od CD (a raczej tak je kompresowano, z uwagi na ówczesne pojemności nośników danych), ale zgranie muzyki to przyniesienie urządzonka wielkości pendrive’a do znajomego. Potem do niego podłączało się słuchawki i już można było w drodze powrotnej słuchać nowych płyt. Wytwórnie płytowe były przerażone. Ale nawet nie to je dobiło, a powszechny dostęp do Internetu za pomocą łącz szerokopasmowych.

Napster
Napster

W końcu ktoś wymyślił, że MP3 można się wymieniać w inny sposób niż poprzez serwery FTP czy pendrive’y. Powstały przeróżne sieci do wymiany danych. Ja pierwsze MP3 z Internetu pobrałem za pomocą serwisu Audiogalaxy. Wydaje mi się, że to on jak pierwszy zdobył popularność, ale tego nie jestem pewien, a źródła w Internecie nie podają. Ostateczną wojnę wywołał Napster. I Metallica.

Lars Ulrich, perkusista zespołu Metallica a także główny „mózg” zespołu, jechał samochodem, kiedy usłyszał w radiu utwór „I Disappear”. Problem w tym, że nie tylko ta piosenka nie została jeszcze wydana, ale też do końca skomponowana czy nagrana. To, co puszczono w radiu, to była wersja demo utworu, czyli nagranie na wewnętrzny użytek zespołu. Z uwagi na to, że nagrane to było bez jakiegokolwiek miksu czy masteringu, a kompozycja nie była nawet w połowie ukończona, brzmiało to fatalnie. DJ-e puszczający to w radio, rzecz jasna, nie pozostawili na utworze suchej nitki. „Nowa Metallica ssie!” – taki był ogólny wniosek prowadzących audycję. Pochwalili się też skąd mieli utwór. Ktoś wrzucił na Napstera. Ulrich wpadł w furię. Szybko zadzwonił do swojej wytwórni muzycznej, mając tylko jedno pytanie: ” WHAT. THE. FUKK!!!!”. Został poinformowany, że dzięki Napsterowi to generalnie każdy internauta może pobrać ów kawałek i go sobie posłuchać. To dla perfekcjonisty, jakim jest Ulrich, było po prostu za wiele. A wytwórnia opiekująca się Metalliką wyczuła, że znalazła kogoś, kogo potrzebowała. Bezkompromisowego typa, który sprzedaje miliony płyt, który ma gigantyczny wpływ na rynek muzyczny i który właśnie wpadł w furię. Zachęcona przez swoich menadżerów, Metallica wypowiedziała wojnę Internetowi.

Rozpoczęły się pozwy, sądowe batalie, angażowanie fanów w przepychanki w sądzie. I tak jak dziś Metallica sama ze wstydem przyznaje, że wymknęło im się to spod kontroli i że nie rozumiała czym jest Internet, tak w tamtych czasach „termonuklearna wojna” Steve’a Jobsa z Androidem to były przyjacielskie kuksańce w porównaniu do tego, co robiła Metallica z Napsterem i osobami odpowiedzialnymi za sieci P2P. A Metallica ma miliony fanów, wręcz fanbojów, na całym świecie. Część się przez to od nich odsunęła, ale cała reszta „rozumiała ich punkt widzenia” (fani, w tym ja, mega fanboj Metalliki, bywają bezkrytyczni wobec swoich idoli). A tego wytwórnie płytowe potrzebowały.

Korporacje zajmujące się wydawaniem artystów doskonale przewidziały, że jeżeli czegoś nie wymyślą, to wkrótce staną się niepotrzebne. Wiedziały jednak, że ważniaki w garniturach nie są autorytetem dla młodzieży. Są nimi artyści. Metallica i jej działania to dokładnie to, czego potrzebowały. Rozpoczęła się nagonka na fanów. Zniszczono Napstera, ale to nie pomogło. Technika poszła naprzód i zaczęły się pojawiać kolejne sieci, coraz trudniejsze do zniszczenia. Najpierw edonkey2000, potem BitTorrent, który do dziś jest popularny. Wytwórnie zwróciły się więc przeciwko samym fanom. Ich klientom. W Polsce tego nie odczuliśmy za bardzo, ale na „Zachodzie” zaczęły powstawać firmy specjalizujące się w wyłapywaniu ludzi, których zbrodnią było pobranie płyt z The Pirate Bay.

Z jednej strony należy rozumieć rozżalenie wykonawców. Nagranie płyty, wynajęcie studia, instrumenty muzyczne, to wszystko kosztuje pieniądze i to niemałe. A pamiętajmy, że artyści chcą też zarobić, a nie tylko zwrócić swoje koszty i w pełni to rozumiem. Z drugiej jednak strony… jak zaczynałem tę notkę, to pisałem, że kupno oryginału wiąże się z tym, że jest lepszy od pirackiej podróbki. Tymczasem ściągając płytę z The Pirate Bay w przyzwoitym kodowaniu nie jestem w stanie rozróżnić jakości od oryginału. Pliki są otagowane, opisane, opatrzone okładkami. A wszystko to mam nie wstając z fotela. Nie muszę wychodzić na mróz do sklepu muzycznego. No i tak jak byłbym w stanie bez bólu zapłacić 10 złotych za album, tak wydatek 50 złotych już boli. Że nie wspomnę, że z pirackimi MP3 robię co chcę. Z płytą CD z DRM już niekoniecznie. Oferta jest po prostu nieadekwatna do korzyści. Nie należy się więc dziwić dzieciakom, które dostają 40 złotych kieszonkowego tygodniowo (jeśli tyle!), że po prostu wolą „piraty”. I potem do rodziców dzieciaka przychodzi pozew sądowy. Za co? Za to, że chciał po prostu posłuchać sobie wykonawcę, którego uwielbia, który go nakręca, który go pociesza, który powoduje, że się dobrze bawi. To muzyka, to rock and roll! I co? I coś tu jest bardzo nie tak.

Ta wojna nie była do wygrania. iTunes nieco uratował sprawę, bo po prostu był modny. Jak się miało utwory kupione na iTunes, było się „fajnym”. Steve Jobs, chcący lub niechcący, bardzo pomógł komercji w muzyce (która sama w sobie nie jest niczym złym!). Ale ilość użytkowników The Pirate Bay i podobnych serwisów rosła, a przyrosty liczono w milionach. Wytwórnie muzyczne nie były w stanie zaoferować niczego, co by zwiększyło zainteresowanie płaceniem za muzykę. Ale podobnie jak w przypadku piractwa i sieci P2P, zmianę przynosi nowoczesna technika.

Kilka klików myszką i mam wszystko co chcę, w kilka sekund, za darmo
Kilka klików myszką i mam wszystko co chcę, w kilka sekund, za darmo

Dziś nawet telefon za złotówkę potrafi łączyć się z Internetem i obsługiwać media strumieniowe. Paczki danych nie są kosztem nie do obejścia w umowie z operatorami, i nawet średnio zamożny użytkownik smartfonu jest w stanie sobie pozwolić na taką o przyzwoitej objętości. A w domu? Wi-Fi i Ethernet są powszechne i tanie. Więc w końcu wymyślono rozwiązanie.

A co jeśli za dostęp do muzyki płacić ryczałtowo? Powiedzmy, że użytkownik danej usługi płaciłby określoną, nie za wysoką kwotę, a w zamian miałby dostęp do czegokolwiek tylko chce? Genialny pomysł. Usługi zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu. I zdobywać olbrzymią popularność. Fakt, The Pirate Bay jest darmowy. Ale tu nawet nie musimy nic pobierać. Wpisujemy artystę i jest. Utwór i jest. Album i jest. Klikamy i gra. Od razu. W wysokiej jakości. Nie wiesz czego posłuchać? Wpisujesz „zagraj coś w stylu Boba Dylana” i gra.

Niestety, dla Polaków nie było to dostępne przez długi okres. ZAiKS, ZPAV, trudne prawo i tym podobne powodowały, że mogliśmy z zazdrością patrzeć na kolegów z Zachodu. Ale w końcu są. Szlak przetarł Deezer. Niedawno pojawił się WiMP. Lada moment pojawi się również Spotify. Co ciekawe, każda z tych usług ma przygotowaną umowę z operatorem. Będąc w Orange (i mając jeden z nowych abonamentów) transfer pomiędzy kartą SIM a Deezerem nie jest uwzględniany przez operatora. Analogicznie WiMP z Play. O Spotify nic nie wiadomo, ale z uwagi na umowę tej firmy z Deutsche Telekom, jestem przekonany, że abonenci T-Mobile będą mieli również darmowy dostęp do tej usługi. Wolny zostaje Plus. Tego nie wiem, i tu już zgaduję, ale kolejny mocny gracz ostrzy zęby na słuchaczy w Polsce. Xbox Muzyka od Microsoftu. Zostaje więc sam koszt abonamentu za owe Deezery, WiMP-y i resztę. A za to zapłacimy, w zależności od usługi, około 25 złotych miesięcznie. Mniej niż za jedną płytę CD. Uczciwiej się nie da.

Używałem Deezera, a teraz, dzięki uprzejmości firmy Spotify, przedpremierowo korzystam z tej usługi. I jestem zachwycony. Muzyka z całego świata w zasięgu myszki i / lub palca. Okres próbny dostałem na kwartał. Ale już wiem, że chętnie będę za to płacił po okresie „wykupionym” za mnie na potrzeby testów. Bo to, po prostu, rewelacja. I to każdy z serwisów na swój sposób. Innym razem postaram się je porównać. Dużo wygodniejsze od The Pirate Bay! Uczciwa cenowo oferta.

Spotify. Jeszcze wygodniej, niż na Pirate Bay. Niewiele drożej. Legalnie.
Spotify. Jeszcze wygodniej, niż na Pirate Bay. Niewiele drożej. Legalnie.

A gdyby nie piraci, dalej płacilibyśmy 60 złotych za kompakt, a po włączeniu KazAa, eMule’a czy innego BitTorrenta bojaźliwie patrzylibyśmy w skrzynkę pocztową czy nie ma tam jakiegoś pozwu i propozycji ugody za kilka tysięcy złotych. To właśnie zespoły takie, jak Nine Inch Nails, które wydały swoje płyty za darmo, puszczając je w Sieć, prosząc o opłatę „co łaska” i nie wymagając jej, zarobiwszy następnie na tym miliony, uzdrowiły sytuację. Popyt powinien regulować podaż. Ktoś się w tym wszystkim pogubił i zamiast dostosować ofertę do zapotrzebowania, zaczął pozywać swoich klientów.

Metallica dziś pokornie spuszcza głowę, nieśmiało się tłumacząc, że wierzyli w słuszność swoich działań, ale dali ciała. A ostatecznym, symbolicznym przypieczętowaniem nowej epoki jest udostępnienie ich katalogu muzycznego na Spotify. Tak więc chwała rebeliantom, chwała korsarzom, internetowym piratom. Dzięki nim dziś będę fanem, który chętnie płaci odpowiednie pieniądze za muzykę, którą nagrali moi idole. To oni w swojej nieustępliwości dali popalić wytwórniom płytowym, przypominając im kim są ich klienci, i kim oni powinni być dla nich. Chwała i dzięki!

P.S.: Istnieje jeszcze usługa Grooveshark. Działająca dokładnie tak samo, jak Spotify, Deezer, Xbox Muzyka i reszta, tyle, że jest darmowa. Ale to tak samo nielegalna usługa, jak The Pirate Bay. Muzyka pochodzi nie od artystów, a od użytkowników, przez co artyści i wytwórnie nie dostają wynagrodzenia za swoją pracę. Oczywiście, możesz zaoszczędzić te 20-30 złotych miesięcznie i korzystać własnie z Groovesharka. I nie mam zamiaru potępiać nikogo, kto z Groovesharka będzie korzystał. Ale sam(a) się zastanów, czy przez ową oszczędność kreujesz rynek w kierunku, jakim sobie życzysz, by zmierzał. Jak dla mnie, 25 złotych miesięcznie za motywację do dalszego nagrywania płyt jest godną propozycją. Decyzja należy do ciebie.

Chcesz być na bieżąco z CHIP? Obserwuj nas w Google News