Splinter Cell: Blacklist – recenzja

Jeśli zagrywaliście się w pierwsze cztery części Splinter Cella, Blacklist ma duże szanse, żeby stać się jedną z waszych ulubionych gier tego roku.

Szósta część przygód Sama Fishera jest moim zdaniem jedną z najlepszych części serii Splinter Cell. Pół roku po wydarzeniach przedstawionych w Splinter Cell: Conviction organizacja terrorystyczna o wdzięcznej nazwie: Inżynierowie postanawia poinformować o swoim istnieniu cały świat. Czarna Lista to wymierzona w Stany Zjednoczone operacja terrorystyczna, której celem jest zmuszenie USA do wycofania amerykańskich wojsk zewsząd.

Ambitnie.

Okazuje się oczywiście, że tylko Sam Fisher, w którego wciela się gracz może powstrzymać terrorystów. Fisher zostaje wcielony do rządowej organizacji Fourth Echelon, która powstała tylko po to, żeby pokrzyżować plany terrorystów. Przyznaję: Fabuła w Blacklist od początku do końca jest sztampowa, momentami śmieszna, nie brakuje jej pewnych niedociągnięć i momentów żywcem wyjętych z kiepskich filmów szpiegowskich, emitowanych w niedzielę po południu na jednej z naszych komercyjnych stacji telewizyjnych.

Na szczęście sama rozgrywka jest o wiele lepsza.

Gra oferuje nam trzy podstawowe style rozgrywki, których nazwy mówią o nich wszystko. Jako duch chcesz pozostać nieuchwytny, kryjąc się w cieniach, przemykając niepostrzeżenie i korzystając z wielu tajnych przejść o których tym razem pamiętali ludzie odpowiedzialni za projektowanie poziomów. Pantera to styl, który premiuje błyskawiczne ataki przeprowadzane z ukrycia. Szybkie unieszkodliwienie strażnika, ukrycie jego ciała w jakimś niedostępnym miejscu i powrót do bycia niewidzialnym. Styl szturmowca jest zarazem najmniej ciekawy jak i najgorzej premiowany – otwórz drzwi kopniakiem, powystrzelaj wszystkich z karabinu maszynowego i idź dalej. Serio – jeśli chcecie sobie bezkarnie postrzelać do komputerowych przeciwników, są o wiele lepsze gry.

Stylem, który mi osobiście najbardziej przypadł do gustu było coś pomiędzy duchem i panterą (w trakcie misji nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zmieniać nasz sposób rozgrywki). Duch jest najwyżej premiowanym stylem i najszybciej zapewni nam dostęp do lepszego ekwipunku, jednak animacje likwidowania niczego nie spodziewających się strażników wyglądają zbyt dobrze, żeby je pominąć…

A skoro jesteśmy już przy ekwipunku, należałoby wspomnieć o nowości w serii Splinter Cell, czyli pieniądzach. Zapewniam was, że jest na co je wydać. Od ulepszeń naszego mobilnego centrum dowodzenia, czyli samolotu Paladyn, na pokładzie którego spędzamy czas pomiędzy misjami (pamiętacie Normandię z Mass Effect? Paladyn pełni dokładnie taką samą funkcję), po ulepszenia broni, ekwipunku czy zakup nowych gadżetów. W tym naszego wiernego drona, który świetnie sprawdza się jako bezszelestny zwiadowca, który, jeśli wymaga tego sytuacja może ogłuszyć niczego nie spodziewającego się strażnika pociskiem z ładunkiem elektrycznym.

Sama mechanika rozgrywki sugeruje, że twórcy byli zadowoleni z tego, co widzieliśmy w poprzedniej części – Splinter Cell: Conviction. System eliminacji, polegający na zaznaczeniu maksymalnie trzech przeciwników i, no cóż, wyeliminowaniu ich po wciśnięciu jednego przycisku został udoskonalony i nie owocuje już absurdalnymi sytuacjami, które zepsuły mi granie w poprzednią część. Nowym elementem mechaniki są tzw. sekwencje akcji znane z takich gier jak Uncharted, Call of Duty, czy Dead Space. Na początku nie byłem przekonany do tego elementu w Splinter Cell, jednak po ukończeniu gry stwierdzam, że sekwencje zdecydowanie urozmaicają rozgrywkę i, co tu dużo pisać: potrafią sprawić ogromną frajdę z ich bezbłędnego wykonania.

Na uwagę zasługuje też współpraca Ubisoftu z firmą Nvidia. Prawdopodobnie nigdy bym o tym nie napisał, gdybym w trakcie gry nie musiał zmieniać komputera. Na mojej drugiej maszynie, wyposażonej w kartę od Nvidii obsługującą oprogramowanie GeForce Experience gra przeszła szybką optymalizację i dzięki teselacji DirectX, HBAO+ (ulepszona technologia renderowania

miękkich i realistycznych cieni pomiędzy przedmiotami) i wygładzaniu krawędzi TXAA wyglądała… Moim zdaniem o wiele lepiej niż uruchomiona na GPU od konkurencji. Szkoda, że nie wiedziałem wcześniej, że różnica w wyświetlaniu obrazu jest aż tak duża.

Podsumujmy zatem. Splinter Cell: Blacklist nie jest dziełem sztuki. Fabuła jest przewidywalna i prawdopodobnie nie zapadnie wam w pamięci. Tak samo jak postacie przedstawione w grze, które pomimo okazjonalnych prób nadania im głębi, do końca wydawały mi się dwuwymiarowe (bynajmniej nie chodzi mi tu o grafikę). To wszystko jednak rekompensuje najważniejszy element gry: sama rozgrywka. Planowanie następnego ruchu, pozostając w bezpiecznym ukryciu i jego bezbłędna egzekucja to ogromna satysfakcja. Nie znudziło mnie także przeszukiwanie nieźle zaprojektowanych lokacji w poszukiwaniu kolejnych tajnych przejść, a misje poboczne oferowane jako odskocznia od ciągłej walki z Inżynierami utrzymano na całkiem przyzwoitym poziomie. Do tego gra na PC z kartą Nvidii wygląda o-sza-ła-mia-ją-co i nie sądzę, żeby gry na konsolach nowej generacji ją przebiły.

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.