„Szepty w Mroku: Statek Widmo” – recenzja gry (PC)

Najnowsza gra przygodowa autorstwa polskiego studia Moonrise Interactive zabiera graczy w sam środek mrocznej, kryminalnej historii rozgrywającej się u wybrzeży pewnego nadmorskiego miasteczka. Równocześnie jest to kolejna gra wydana pod skrzydłami Artifex Mundi – znanego developera casualowych gier typu HOPA. Jak wypada ona na tle pozostałych produkcji?

Do tej pory ze wszystkich gier Artifexu najbardziej przypadła mi do gustu produkcja wydana 2 lata temu. Enigmatis: The Ghost of Maple Creek cechowała przede wszystkim niepokojąca atmosfera i ciekawy scenariusz. Jesienna stylistyka i projekt całego miasteczka były bardzo intrygujące i sprawiły, że naprawdę fajnie bawiłam się przy tym tytule, mimo, że poziom adrenaliny tylko miejscami wychylił się lekko poza normę. Następne gry Artifexu dalej obracały się w kręgu zjawisk nadprzyrodzonych i kryminalnych historii, jednak były na tyle barwne, że mrok, który w domyśle miał znajdować się w scenariuszu w ogóle nie był odczuwalny. Zresztą może i dobrze, w końcu pod względem stylistycznym każda z ich gier jest inna i może trafić przez to w gusta zróżnicowanego odbiorcy. Ja jednak po cichu liczyłam na sequel Enigmatis lub chociażby namiastkę tamtego klimatu w nowej grze. I w końcu się doczekałam – niestety tylko połowicznie.

Szepty w Mroku: Statek Widmo rozpoczyna się tendencyjnie (i zgadnijcie, jak się kończy…). Wcielamy się w panią detektyw, która zostaje wezwana do nadmorskiego miasteczka Portsmouth. Mamy poprowadzić śledztwo dotyczące zniknięcia załogi statku, który odnalazł się po kilku tygodniach poszukiwań. Na miejscu dowiadujemy się, że nie jest to pierwszy przypadek. Co jakiś czas okręty znikają na środku morza, a potem odnajdują się bez ładunku i załogi, niczym statki widmo. W lokalnej prasie natrafiamy na pogłoski o klątwie, w którą głęboko wierzy okoliczna ludność, a która ma związek z tragiczną śmiercią pewnej rodziny.

Początek zapowiadał się nieźle. Przynajmniej do momentu pojawienia się ducha dziewczynki, który jakoś paradoksalnie rozwiał klimatyczną atmosferę (chyba zgodnie z zasadą, że straszniejsze jest jednak to, czego nie widać). Od momentu wejścia na statek widzimy, że ewidentnie wprowadzono nas w błąd. Odnajdujemy bowiem martwe ciała załogi, choć przecież to właśnie ich zniknięcie mieliśmy wyjaśnić. Czyżby w sprawę był zamieszany sam burmistrz? 😉 Po piętach zaczyna deptać nam tajemnicza postać mężczyzny z hakiem w dłoni (ktoś tu chyba za dużo się naoglądał „Koszmaru Minionego Lata”;)), a reszta zabawy polega na odkryciu jego tożsamości i wyjaśnieniu tragedii do jakiej doszło przed laty.

Scenariusz w swoim zamyśle jest dobry, choć moim zdaniem twórcy zbyt lekko i pobieżnie podeszli do tematu. Główny wątek jest niespójny – grając w grę ma się to dokładnie to samo wrażenie, co podczas oglądania niskobudżetowego horroru, w którym intencje antagonisty są z zasady „złe”, ale nikt już nie kwapi się z wyjaśnieniem dlaczego postać postępuje tak, a nie inaczej. To dla mnie za mało, tym bardziej, że jest to przecież gra przygodowa, która powinna się bronić właśnie scenariuszem.

A jednak nie mogę uznać czasu spędzonego z tą grą za stracony. Może jest to zasługa ładnej stylistyki (posiadłość Eringtonów z krukiem siedzącym na drogowskazie wyszła świetnie), nastrojowej ścieżki dźwiękowej (choć odsłuchiwanie tej samej aktorki w kolejnej z rzędu produkcji jest nieco męczące) i wciągającej mechaniki? Na pierwszy rzut oka lokacje wydały mi się dość surowe w porównaniu do tych z Nightmares from the Deep, ale to było mylne wrażenie związane z zastosowaniem po prostu mniejszej palety barw. Dzięki brunatnej kolorystyce twórcom udało się utrzymać atmosferę na dobrym poziomie.

Jeśli chodzi o rozgrywkę nie ma tu rewelacji. Jest poprawnie, większość interakcji z obiektami jest sensownie uzasadniona (rozbawiła mnie jedynie papuga trzymająca w dziobie ołówek i rozpisująca nam szyfr na kartce). Sekwencje z szukaniem obiektów były różnorodne i nie ograniczały się do pojedynczych kliknięć, ale wymagały też od gracza odrobiny pomyślunku – np. szukając perły należało najpierw znaleźć w plątaninie przedmiotów nóż, którym z kolei trzeba było otworzyć równie dobrze ukrytą małżę. Niestety twórcy nie dodali alternatywnej zabawy, więc jeśli ktoś nie lubi sekwencji z hidden object to będzie musiał troszkę się przemęczyć. Można natomiast korzystać jak zawsze z systemu wskazówek. Mini-gier jest 14, co jak na 3 godzinną zabawę nie jest oszałamiającym wynikiem, ale są one różnorodne i nad niektórymi trzeba ostro pogłówkować.

Moonrise Interactive to młode, polskie studio, o którym informacji na próżno szukać w Internecie. Jak na początkujący zespół moim zdaniem poradzili sobie na tyle dobrze, by dać im kredyt zaufania. Graficznie Szepty w Mroku niewiele odstają od gier Artifexu, a 18 zł to uczciwa cena za 3 godziny dobrej – mimo nie do końca satysfakcjonującego scenariusza – zabawy.

Ocena: 75/100

Plusy:

+ mroczna stylistyka

+ przyjemna rozgrywka

+ liczba lokacji

+ niska cena

Minusy:

– niedopracowany scenariusz

– znów Ci sami aktorzy dubbingujący

Tytuł:

Szepty w Mroku: Statek Widmo (ang. Left in the Dark: No One on Board)

Producent:

Moonrise Interactive

Wydawca:

Artifex Mundi

Platforma:

PC; wkrótce tablety z iOS, Android, Windows 8

Data premiery:

20 sierpień 2013r.

Cena:

18 zł (grę można zakupić na oficjalnej stronie wydawcy)

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.