Tales from the Borderlands – Epizod 1 „Zero Sum” – recenzja gry

To jest aż niewiarygodne. Telltale Games robi cztery gry na raz i wciąż nie może zaliczyć żadnego potknięcia! Liczyłam na to, że chociaż tu, przy spin-offie serii skupiającej się wyłącznie na strzelaniu nie uda im się stworzyć wciągającego scenariusza. Jakże się pomyliłam...

Nie lubię Borderlandsów. Tak, humor jest w porządku, Claptrap i w ogóle, ale samo strzelanie nie rekompensowało mi mizernej fabuły gry. Klimat futurystycznego westernu i pogoni za skarbami to coś co można wykorzystać z wielkim urokiem, jak udowodnił chociażby „Firefly”, ale w wersji FPS zupełnie do mnie nie trafiło. Do przygodowej alternatywy zabierałam się zatem jak pies do jeża wątpiąc w to, czy Telltale Games – studio już mocno wyeksploatowane w tym gatunku – będzie w stanie zabłysnąć ponownie. Ale niech mnie skag ściśnie, jeśli jeszcze raz będę podważać geniusz tego studia. TFTB to jedna z najbardziej humorystycznych pozycji tego roku, w którą absolutnie warto zagrać – nawet jeśli nie ma się bladego pojęcia o całym uniwersum Borderlands.

Wszystko zaczyna się w siedzibie korporacji Hyperion (rządzonej wcześniej przez Przystojnego Jacka znanego z drugiej części Borderlands). Nasz bohater – Rhys – to ambitny, młody człowiek, który marzy o tym, by zostać zauważonym w firmie. Gdy awans jest już na wyciągnięcie ręki, nowy szef w wymowny sposób podcina mu skrzydła i sprowadza do parteru. Chcąc się odegrać na aroganckim cwaniaku, Rhys wraz ze swoim najlepszym kumplem Vaughnem postanawiają wykorzystać pewne informacje i pozbawić szefa okrągłej sumki, która ich trójce (w operacji pomaga im także koleżanka) pozwoli na spokojne życie w dostatku. W teorii plan jest prosty, ale już po pierwszych minutach spędzonych na Pandorze – planecie o niezwykle niebezpiecznej faunie i bardzo niegościnnych mieszkańcach – nasi bohaterowie uświadamiają sobie, że porwali się z motyką na słońce.

Z minuty na minutę sprawy komplikują się coraz bardziej – także z uwagi na drugą postać, którą dane nam będzie kontrolować. Fiona to oszustka, która wraz z siostrą zamieszkuje Pandorę i próbuje wydoić co się da z naiwniaków skuszonych wizją tajemniczych skarbów, w które obfituje planeta. Po raz pierwszy Telltale Games pozwala nam zobaczyć sytuacje z dwóch perspektyw i radzi sobie z tym wyśmienicie.

Przełączanie między bohaterami odbywa się automatycznie – najpierw sterujemy Rhysem, później oglądamy scenę z perspektywy Fiony. Dzięki temu mamy okazję zauważyć jak każde z nich przeinacza fakty na swoją korzyść i stara się być bohaterem numer jeden. W swojej wersji wydarzeń Rhys zawsze jest błyskotliwy i odważny, z kolei Fiona postrzega go jako płaczliwego i niezgrabnego mięczaka.

Nie tylko to jednak wywołuje salwy śmiechu. Cały odcinek obfituje w humorystyczne dialogi, komiczne sytuacje i rewelacyjnie nakreślonych bohaterów. Ambitny nieudacznik z mechanicznym ramieniem i skanerem w oku, ciapowaty i bojaźliwy komputerowy magik, podejrzliwa i inteligentna oszustka, zajarana na punkcie broni siostra, sympatyczny mech bojowy, tępy osiłek, tajemniczy napastnik, rozchwiany emocjonalnie właściciel muzeum osobliwości – oj dawno nie mieliśmy w grach przygodowych takiej mieszanki wybuchowej. To najbardziej przyjemna w odbiorze i relaksująca pozycja od Telltale Games, która mimo ograniczonej mechaniki stanowi esencję gier przygodowych – wciska nas w sam środek dobrze przemyślanej i wariackiej zarazem akcji.

W porównaniu do pozostałych tytułów tego studia TFTB pozbawione jest praktycznie wyborów moralnych. Oczywiście jest sporo momentów, w których decydujemy jakie kwestie ma wypowiedzieć nasz bohater czy jak się zachować, ale ma się wrażenie, że nie są to sprawy bardzo istotne. O tym jak wpłyną one na fabułę dalszych epizodów musimy co prawda poczekać, ale w tym odcinku przynajmniej ani razu nie wyczułam specyficznego napięcia wynikającego z konieczności dokonywania wyborów między złym, a gorszym.

Także bardzo niewiele jest sekwencji, w których swobodnie się poruszamy. Czy to źle? Chyba nie, bo dzięki temu tempo rozgrywki jest odpowiednio poprowadzone. Całkiem sporo natomiast mamy tutaj scenek QTE oraz momentów walki. Strzelanie nie wygląda oczywiście jak w serii Borderlands, ale jest miłym przerywnikiem od pozostałych scen.

Pod względem wizualnym Telltale znowu wznosło się na wyżyny cel-shadingu. Ten styl pokrywa się idealnie z wizją Borderlands, zatem mimo odmiennej mechaniki fani serii poczują się tu jak u siebie w domu. Nie brakuje cieszących oczy ręcznie rysowanych teł, a mimika postaci w połączeniu z dubbingiem pierwszej klasy powinna zadowolić wiecznych malkontentów. W zasadzie jedynym minusem, który udało mi się tu wyłapać były częste ekrany wczytywania gry, ale to już domena przestarzałego silnika tego studia.

The Walking Dead było smutną opowieścią o przetrwaniu. Wolf Among Us wciągającym kryminałem noir. Gra o Tron zapowiada się na obyczajówką pełną intryg pasującą idealnie do cyklu „Pieśni Lodu i Ognia”. I do tego zacnego grona dochodzi Tales from the Borderlans z niewybrednym humorem i wartką akcją. Gry przygodowe rozkwitają jak grzyby po deszczu i choć podział na krótkie epizody, za którymi trzeba czekać ponad miesiąc może niektórych drażnić, to osobiście nie mam nic przeciwko. Przynajmniej wiem, że te dwie następne godziny będą tego czekania warte.

Ocena: 90/100

Plusy:

+ Humor

+ Ciekawy scenariusz, fajne postacie

+ Oprawa audio-wizualna

Minusy:

– Za dużo ekranów wczytywania

Tytuł: Tales from the Borderlands – Episode 1: Zero Sum

Producent: Telltale Games, Gearbox Software

Wydawca: Telltale Games

Platforma: PC, PS4, Xbox One, PS3, Xbox 360, Android, iOS

Data premiery: 25.11.2014 (PC), 3.12.2014 (PS4, Xbox One), 3.12.2014 (Xbox 360), 3.12.2014 (PS3) 11.12.2014 (iOS)

Cena: około 21 zł za epizod, około 78 zł za sezon 5 odcinków (ceny z PlayStation Store) lub 85 zł (cena ze Steama)

Język: angielski

PEGI: 18

0
Zamknij

Choć staramy się je ograniczać, wykorzystujemy mechanizmy takie jak ciasteczka, które pozwalają naszym partnerom na śledzenie Twojego zachowania w sieci. Dowiedz się więcej.